Tragedia o komediowym tytule


Cześć, moi, 你好!
"Czyim mężem był mój eks?" - tak brzmi polski tytuł i trochę mi wstyd, że widząc go na Netflixie stwierdziłam, że poświęcę swój czas na coś o takiej nazwie. Na swoją obronę mogę napisać, że przekonał mnie kraj produkcji i chęć nasłuchania się mandaryńskiego.
Ale już na wstępie wspomnę: nie żałuję ani minuty spędzonej nad tą produkcją, bo przyznam szczerze, że dawno nie płakałam tak rzewnymi łzami. A ten nieco zabawny, lekki tytuł wcale nie oddaje tego, o czym sam film opowiada. Wcale nie mamy tam komediowej walki o mężczyznę czy przerysowane postacie mające na celu rozbawić widza. Nic z tych rzeczy. Bo jest to ciężka historia. Jedna z tych, przy której trzeba wykrzesać z siebie wiele współczucia i zrozumienia.
Mimo wszystko, film jasno odpowiada na pytanie: "czyim mężem TAK NAPRAWDĘ był mój eks?"


Fabuła 

Song Zhengyuan umiera, zostawiając zrozpaczoną żonę, syna i kochanka. Młody Song Chengxi nie dogaduje się ze swoją mamą, a jej konflikt z kochankiem ojca nie polepsza ich relacji. A kłócą się oni o spadek, który przepisał zmarły nie na kobietę, a na mężczyznę, czego ona nie potrafi znieść i próbuje odzyskać to, co w jej mniemaniu, należy się tylko i wyłącznie żonie, a nie "obcemu" człowiekowi. 
Wszystko dzieje się przy akompaniamencie teatru, co jest najbardziej emocjonalnym motywem, bo sztuka wiąże się mocno z dwoma głównymi bohaterami.
I właściwie na tym mogę tutaj skończyć, bo więcej zdradzę w samej opinii. Dlatego teraz zapraszam do przeczytania mojego zdania, które piszę trzęsącymi się dłońmi na myśl o jednym z momentów wyciągniętym z tego filmu.
(Troszkę hiperbolizuję, ale tylko po to, aby pokazać, jak mocno wpłynęła na mnie ta produkcja.)


Pandzie zdanie 

Zacznę tak: każdy z nas ma swoje tytuły, do których od czasu do czasu wraca, nawet włączając wybrane fragmenty, aby jeszcze raz chociaż troszkę odczuć to, co czuło się za tym pierwszym, oglądanym/czytanym/przesłuchanym razem. I dla mnie - to jest dokładnie film z tej półki. Kiedy masz wrażenie, że coś tego pokroju nie powinno podlegać ocenie, tylko powinny być przeliczniki łez.

Trzy główne postacie są bardzo dobrze zarysowane. Mamy syna, który przysięgam, że jest wyjątkowo denerwującą osobą, ale ta jego opryskliwość można w łatwy sposób usprawiedliwiać sytuacją rodzinną. A ta na pewno będzie sprzyjała nikomu, zwłaszcza człowiekowi w tak młodym wieku, kiedy nasze spojrzenie na świat dopiero się kształtuje.  
Z drugiej strony obserwujemy kobietę, mamę, wdowę: Liu Sanlian dowiadującą się, że jej zmarły mąż przepisał pieniądze na osobę, którą ona darzyła wielką nienawiścią, ale tą z największych, najsilniejszych i destrukcyjnych. Osobą, która ją potwornie zraniła. Liu nie chce pozwolić na to, aby poniżono ją w taki sposób. Dlatego wręcz nachodzi kochanka męża - Jaya. 

I na tej podstawie można od razu pomyśleć, kto ma słuszność w zaistniałej sprawie, ale ona wcale nie jest taka łatwa i jasna, jak nam się wydaje. Podczas seansu ciągle wychodzą na światło dzienne nowe fakty, które wywołują mieszane uczucia. Bo z jednej strony Sanlian ma przerażające życie emocjonalne, a potem patrzysz na ogół i masz mętlik w głowie. W każdym razie końcówka jest piękna i myślę, że dokładnie taka, jaka miała być. 
No i Jay, czyli ten zły, oschły z zaniedbanym mieszkaniem i właściwie samym sobą. Jest skupiony na wystawieniu sztuki, której jest reżyserem. Marzy mu się, aby przywrócić tym dawną świetność teatru. 


Poza samą historią chciałabym wyróżnić dwie rzeczy: Roy'a Chiu, czyli aktora grającego Jaya i Ying-Xuan Hsieh, która odgrywała Liu Sanlian. Ja kupiłam te dwie postacie i dla mnie wypadły wyjątkowo dobrze, a ich duet sprawił, że film dodatkowo zyskał. 
Wydaje mi się, że cięższą rolę miała do odegrania Hsieh, bo jednak musiała operować całą gamą emocji; począwszy od manipulującej matki, która poprzez łzy próbowała wzbudzić w synu litość przez próbującą uratować małżeństwo żonie, kończąc na awanturującej się na klatce schodowej kobiecie. I Ying-Xuan zrobiła to po mistrzowsku. 
Drugą sprawą są kadry. Te nowe tajwańskie i chińskie produkcje są dla mnie wyjątkowe pod tym względem, bo przypominając sobie takie filmy jak" "My i oni", "Obłąkany świat" czy "The stolen years" to w każdym z nich obraz robił swoje. Szczególnie w "Obłąkanym świecie" i "Czyim mężem był mój eks?" wizualna strona podkreślała dramat rozgrywający się na ekranie. 

Często słyszę i czytam o tym, że to azjatyckie kino jest zbyt patetyczne. Dużo w tym płaczów, krzyków i jeszcze raz płaczów. Ja lubię filmy z tamtych regionów, ale jestem w stanie zrozumieć, dlaczego do europejskiego odbiorcy one mogą nie trafiać. 
Mimo wszystko, myślę, że w przedstawianej przeze mnie produkcji ta azjatycka specyfika kierowania uczuciami bohaterów nie jest aż tak skrajna. Jest dość sporo krzyków ze strony Liu, ale jestem przekonana, że były one całkowicie potrzebne i taka właśnie była Sanlian. 

Co sądzi inny typ widza niż ja? 

Czyli co myśli Knightx?

Kończąc, polecam z całego serduszka, bo mój licznik łez dawno nie przekroczył takiego wyniku. 
A tutaj dodaję jeszcze krótką opinię bliskiej mi osoby o "Czyim mężem był mój eks?", a jest ona widzem, który preferuje całkowicie inne kino ode mnie. Oto zdanie osoby uwielbiającej takie realizacje jak: "Wikingowie", "Troja", "Dobry, zły i brzydki" czy "The Walking Dead". Ażeby nie było tak słodko, a co!
Przy analizie tego filmu przypomniałam sobie pewien artykuł, którego tematyką była sprawiedliwość według Chin. Mówiła ona, że tam nie ma takiej Europejskiej teorii "Winny jest tylko jeden i jeden ponosi karę (głównie chodziło o sprawy w sądach)".Tak i w tym filmie uważam, że ta mentalność chińska była w dużej mierze widoczna. Podczas seansu ciągle zmieniałam strony winne. Matka tylko kochała syna i za tę miłość chciała w zamian takiej wierności, oddania. W związku z sytuacją z jej mężem bała się, że straci kolejnego członka rodziny. Stawała się zazdrosna, bo ten sam człowiek odbierał kobiecie cząstkę domu, tylko takiego rodzinnego. A kochanek nie mógł wytrzymać utraty swojej miłości. Zachowywał się obojętnie praktycznie do wszystkich wokół. Bywał agresywny wobec pracowników. Tak jak matka, on też miał ku temu swój osobisty powód. Syn mnie w pewnym momencie zaczął dręczyć, ale chyba rozumiem jego postępowanie. Ja też ciągle mam takie swoje widzimisię, buntuję się i dni, w których wolę pobyć z daleka od domu. W recenzji, która pewnie wyjdzie mi znacznie dłuższa, niż pierwotnie miałam w planach, chciałam nawiązać do samej kolorystyki panującej w scenografii. Do tej pory, kiedy myślę o tym filmie, moim pierwszym obrazem jest ciemność, przez którą przebijają się odcień niebieski i fioletowy. Miałam jeszcze wiele rzeczy do powiedzenia, ale nie chcę tutaj strasznie się rozpisywać, bo wyglądałoby, że jestem wygadana jak osioł z animacji "Shrek". A skończyć kiedyś trzeba. W tym przypadku przechodzę do podsumowania. Ta ekranizacja ma na celu bardziej nami wstrząsnąć emocjonalnie, mniej uwagi poświęca na samą fabułę. Po obejrzeniu ciągle czuję niedosyt, film jest dobry i tyle. Żadnej większej satysfakcji, zachwytu i gdyby nie ta recenzja nie analizowałabym tak dogłębnie przekazu w tym filmie, doszukując się kolejnych wartości.
Wniosek jest taki: jeśli czujesz, że uwielbiane przez Knightxa tytuły są Ci bliższe niż te moje, to możesz się zwyczajnie w świecie męczyć podczas seansu. To prawda, że mimo wszystko najlepiej jest sprawdzić samemu, bo nikt nie ma dokładnie, co do książki czy płyty, takiego gustu jak Ty. Ale wydaje mi się, że to w jakiś sposób ułatwia ukierunkowanie się za co chwytać, a za co nie.


Wszystkiego dobrego

...na nadchodzący weekend. Chcę jeszcze tutaj zostawić dwa pytania: 
  • Czy dla Ciebie kino azjatyckie jest zbyt przesadne, sztuczne czy jednak jesteś jej fanem?
  • Jakie filmy ostatnio trafiły przed Twoje oczy? 
Na sam koniec dodam suche fakty.
Jest to tajwańskie dzieło, które pochodzi z listopada 2018.
Można go znaleźć na Netflixie.
Angielski i oryginalny tytuł to "Dear Ex".
Trwa około 100 minut.
Jest przepiękny.

Pozdrawiam najcieplej! 
Panda Fińsko-Chińska

PS Mam bardzo dobrą wiadomość! Wydawnictwo Poznańskie zapowiedziało premierę książki "Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki" autorstwa Aleksandry Michty-Juntunen na 16 października tego roku. Jeśli ktoś chce zobaczyć okładkę, to tutaj macie link do wpisu na Instagramie. Dla jasności, nikt nie kazał mi tego zrobić ani nie zapłacił mi za to, ani nic z tych rzeczy. Po prostu dzielę się dobrą nowiną, bo mnie ona bardzo ucieszyła.