Dokument, który warto obejrzeć


Wstęp

Dzień dobry! 
Indonezja. Kolejny kraj do kolekcji "narodów, które chcę zgłębiać." Co prawda, to świeża miłostka, która dopiero zaczęła się we mnie tlić, ale uważam, że Indonezji należy poświęcić wiele postów z jednego prostego powodu: ludzie mało o niej wiedzą i pozwolę sobie tutaj zacytować Łukasza Bonczola, autora książki "Zrozumieć Indonezję. Nowy Ład generała Suharto": Indonezja należy do najważniejszych członków wspólnoty międzynarodowej. Tym bardziej zdumiewa stosunkowo nikłe – a w Polsce niemal żadne – zainteresowanie jej dziejami ze strony historyków.

Dama z Seulu



Dzień dobry! 

Wstęp

    Od czasu do czasu zdarza się taki film lub książka, które nie dają mi spokoju do momentu aż o nich nie napiszę. I jak już się pewnie domyślacie, jednym z takich dzieł jest właśnie "Dama z Seulu" w reżyserii Jang Jin. 

Musicie wiedzieć, że przeczytawszy krótki opis na stronie Pięciu Smaków, coś mną na tyle poruszyło, iż pomimo zmęczenia zajęciami i nauką udało mi się wraz z siostrą usiąść późnym wieczorem przed ekranem. W głowie mi piszczało z przerażenia; "to będzie za trudny emocjonalnie film dla Ciebie!!", ale z powodzeniem uciszałem te krzyki i cierpliwie czekając na seans, popijałem owocowa herbatkę. A wszystko to bez świadomości, że jednak moja głowa miała rację: "Dama z Seulu" wyrywała ze mnie każdą z emocji po kolei. 

Aktor musi wiedzieć, co to rozpacz | film Song Lang



Xin chào! 

Styczeń. Piątek wieczór. Jestem świeżo po zajęciach z wietnamskiego. Idąc po wodę, nogi odmawiają mi posłuszeństwa ze względu na to, że czuję się piekielnie zmęczona. W końcu docieram do kuchni, nalewam sobie wodę do szklanki i wtedy - dopiero wtedy - dostrzegam jedno z powiadomień na komórce. "Festiwal Pięciu Smaków. Lunarny Nowy Rok. Filmy. Song Lang"

- Song Lang - powtarzam, bo ten tytuł wydaje mi się dziwnie znajomy. 

Z ciekawości sprawdzam e-maila. Podoba mi się plakat filmu. Czytam opis i z ręką na sercu (tak teatralnie!) zamieram.  

Wietnam: "Ròm" | pogadanka


Wstęp i język wietnamski 

Xin chào! 
Czułam obowiązek zakończenia tej festiwalowej serii filmowych recenzji specjalnym tytułem. Właściwie produkcją, przez którą trafiłam w ogóle na festiwal "Pięciu Smaków". Dlatego "Ròm" był dla mnie priorytetem nad priorytetami. Wisienką na torcie. Prawdziwym, wietnamskim rarytasem w przysypanej śniegiem Polsce. Cóż, towarzyszył mi także ostatniego dnia w postaci tejże recenzji, która jest dla moich uczuć szczególna, ale do tego jeszcze przejdę! 

Ciekawostka o języku wietnamskim: nie ma w nim zaimka "ty". Naprawdę. Teraz ktoś może wytrzeszczyć oczy i zapytać, co ja za głupoty wypisuję. Jak w takim razie mam się zwrócić do rozmówcy? Ano, właśnie. Zwracając się do kogoś, nazywamy go/ją starszą siostrą (chị), starszym bratem (anh), ciocia (cô), wujkiem (bác), młodszym bratem (em), babcią (bà), dziadkiem (ông), a do osoby w naszym wieku, np. przyjacielu (bạn). Dla przykładu przedstawię Wam zdanie: 
 Mama kupiła dla mnie jabłka: Mẹ mua cho con quả táo. 
A DOSŁOWNIE: Mama kupiła DZIECKU jabłka. Jest to wyraz szacunku i wydaje mi się to bardzo urocze! 
 


"Ròm" rok produkcji: 2019, reżyseria: Tran Thanh Huy  

Fabuła: Tytułowy, główny bohater Ròm ma dziwną "pracę". Czasem jest bogaczem, a czasem nie ma przy sobie ani grosza. Jednym dniem ludzie go kochają, a drugim mają ochotę go zabić. Poza tym uprzykrza mu się jakiś chłopak, bo rywalizują ze sobą w branży. Czym zajmuje się Ròm? Obstawianiem liczb w loteriach i sprzedawaniem samych losów. 

UWAGA! SPOILERY
Myślę: Zacznijmy od tego, że nią miałam pojęcia, iż w Wietnamie jest spory problem z osobami, które biorą udział w loteriach. Tracą wszystkie pieniądze, zadłużają się u szemranych typów, narażają własną rodzinę, bo może akurat tym razem uda im się wygrać grube pieniądze. I tak w kółko. Nie pomagają w tym chłopcy roznoszący losy, obiecujący, że dziś wygra właśnie ten numer, dokładnie ten, który oni podają. Zabawa trwa. Ludzie tracą pieniądze, a uwielbienie do nich wzrasta. Czy istnieje do takiej mieszanki dobre zakończenie? 

W związku z powyższym Tran Thanh Huy przedstawił niezwykle smutny obraz mieszkańców Sajgonu, którzy zarażają siebie hazardem i popadają w coraz większą obsesję na punkcie loterii. Z tego filmu uderza bieda, cierpienie i uwaga, nadzieja. Nadzieja objawia się w głównym bohaterze (którego, swoją drogą, gra młodszy brat reżysera i moim zdaniem radzi sobie wspaniale). Ròm pragnie odnaleźć swoich rodziców. Pewnego dnia trafia się okazja, aby zrealizować jego marzenie o spotkaniu mamy i taty, dlatego tak zależy mu na znalezieniu szybkiej i łatwej gotówki. Jednak wykorzystywanie uzależnionych ludzi nie jest takie łatwe, jak mu się wydawało. Na jego drodze stoi drugi chłopak - Phúc - , do którego "należał teren". Zatrzymajmy się tutaj na chwilkę. 
Relację Phuca i Roma można porównać do powtarzającej się paraboli. Jeśli widz już myśli, że między chłopakami jest w porządku, a nawet zaczynają się przyjaźnić, to chwilę później zdaje sobie sprawę z własnej naiwności. Myślę, że niewątpliwie tragedią dla bohaterów jest fakt, że absolutnie nikomu nie mogą ufać. Są zdani tylko na siebie w brutalnym środowisku, gdzie każdy musi być egoistą, aby przetrwać. 

Scenariusz jest dynamiczny, nie nudzi, a wciąga od pierwszych minut. Zaopatrzone jest to także w piękne kadry, które pokazują niejako duszność okolicy, w jakiej żyją bohaterowie. Widz zdecydowanie czuje się przytłoczony przez tę część Sajgonu. A również ciekawie prowadzona kamera, która subtelnie oddaje emocje danej sytuacji. Porównałabym to trochę do filmu "Moonlight". Dlatego też "Rom" jest szalenie refleksyjną i emocjonalną pozycją. Ściska serce, kiedy obserwuje się cierpienie głównego, tytułowego bohatera. Jego porażki niemal zmuszały do łez, a gdy udało mu się coś osiągnąć, widz zaczynał mu kibicować z całych sił. Film miałam okazję obejrzeć wraz z siostrą, która ma całkowicie inny gust filmowy ode mnie, a jednak obie przeżywałyśmy seans. Och, niektóre sceny wbijały w fotel!

Czy warto obejrzeć tę wietnamską produkcję? JAK NAJBARDZIEJ! Co więcej, uważam, że jest to najlepszy tytuł, jaki obejrzałam przy okazji Festiwalu. Jest dla mnie strasznie ważny, bo nie tylko wprowadził mnie w świat azjatyckiego festiwalu, wzbudził jeszcze większe zainteresowanie samym Wietnamem, ale przede wszystkim - został w głowie i nie chce stamtąd wyjść! 
Warto zaznaczyć jedną rzecz: zakończenie zostało zmienione. Musiało, ponieważ w innym wypadku reżyser nie mógłby go wypuścić na wietnamski rynek (pamiętajmy, Wietnam to komunistyczny kraj). Nie zmienia to faktu, że kiedy "Rom" w końcu zdobył swoją premierę w ojczyźnie, okazał się prawdziwym hitem. A ja się temu wcale nie dziwię i jeśli miałabym Wam polecić jeden tytuł na święta - byłby to właśnie ten. 

Koniec festiwalowych recenzji 

To, czego nauczyły mnie filmy obejrzane w ciągu ostatnich dni to przede wszystkim - wyrozumiałość. Jaka to była lekcja empatii! Różnorodność poruszanych tematów, kwestii społecznych, problemów sprawiała, że ja jestem wrażliwsza na ludzi. Więcej rozumiem, więcej wiem i jestem przeogromnie wdzięczna za ten niesamowity, filmowy wykład. 
A zapowiedzi przed seansami, które wprowadzały w dany tytuł, aby lepiej go zrozumieć czy same wywiady z reżyserami i reżyserkami przyniosły mi multum szczęścia. Wiem jedno, na pewno za rok również wezmę udział. Choćby jeden dzień! 

Poza tym dobrze mi zrobiło tak intensywne pisanie recenzji. Z jednej strony było to po to, aby móc wkręcić się na nowo w, no właśnie - pisanie recenzji -, a z drugiej zwykła potrzeba podzielenia się bardzo ważnym i cudownym, wydarzeniem w moim życiu, dzięki któremu genialnie kończę 2020 rok. 
Ha! Napiszę więcej! Jestem z siebie szalenie dumna, że udało mi się zrealizować te pięć postów w ciągu około dziewięciu dni. Nie wierzyłam w swoje możliwości, a jednak. Bardzo mnie to cieszy! 
Widzimy się pod koniec tygodnia. Całusy! 

Trzymajcie się ciepło i zdrowo 
Panda Fińsko-Chińska 

Poprzednia festiwalowa pogadanka: "Geran" i "Czasami, czasami" (Malezja) 
Aktualizacja: Na festiwalu Pięciu Smaków obejrzałem:  
4) "Wioska Ohong" (Tajwan) 
5) "Smak phở" (Polska) 
6) "Ròm" (Wietnam) 
7) "Słodko-gorzki" (Japonia) 
10) "Mekong 2030" (Laos) 
11) "Kropla piękna" (Korea Południowa) 
12) "Kulinarne historie: Posiłek na planie" (Tajlandia) 
13) "Kim Ji-young, urodzona w 1982" (Korea Południowa) 
14) "Bestie na krawędzi" (Korea Południowa) 
15) "Szczęściara Chan-sil" (Korea Południowa) 
16) "Córka przeklętej ziemi" (Indonezja) 
17) "Odleżyna" (Korea Południowa) 

źródło zdjęć: imdb

Malezja: "Czasami, czasami" i "Geran" | pogadanka

"Niech świat Cię zmieni, a wtedy Ty zmienisz świat" cytat z filmu "Mekong 2030 (Laos)"
 


Wstęp

Xin chào! 

Dziś kraj, którego jeszcze na Pandzi nie było. Co prawda, Malezja gościła na moich półkach w tym roku, ponieważ miałam okazję przeczytać reportaż o wyjątkowym państwie. "Zakochani w świecie. Malezja" - to książka, która dla takiego laika jak ja, pomogła zapoznać się na podstawowej płaszczyźnie z kulturą czy sytuacją w Malezji. Nie zmienia to faktu, że książki raczej nie polecam, bo zjadłam przy niej więcej nerwów niż się dowiedziałam. Z drugiej strony wydaje mi się, że na polskim rynku - tak, jak w przypadku Wietnamu - lektur o Malezji jest niewiele, a wręcz w ogóle. (Naturalnie, jeśli ktoś ma coś do polecenia, to chętnie przyjmę!). 

 

Mając to na względzie, nic dziwnego, że filmy malezyjskie (a konkretnie; dwa) okazały się moimi pewnikami na festiwalu Pięciu Smaków. Zanim jeszcze jednak do nich przejdziemy, chcę Wam opowiedzieć ciekawostkę. 

Połowa społeczeństwa w Malezji to "mniejszości" narodowe, tzn. głównie Chińczycy czy Hindusi. Co ciekawe, filmy produkowane przez te mniejszości/w języku innym niż malajski przez długi czas nie były uznawane za, no właśnie - malezyjskie. Dopiero w ostatnim czasie zaczęło się to zmieniać. Między innymi jeden z prezentowanych dziś tytułów "Czasami, czasami" jest produkcją w języku mandaryńskim, a sam reżyser ma korzenie chińskie. Jednak film wyraźnie przypisywany jest do Malezji. Ot, taka ciekawostka! 



Filmy


"Czasami, czasami" rok produkcji: 2020, tytuł oryginału: "Yi Shi Yi Shi De" 

Jedna z pierwszych produkcji, jakie obejrzałam na festiwalu. Z jednej strony, chciałam zobaczyć chociaż jeden film z Malezji, a z drugiej - fabuła niezwykle mnie zainteresowała.
Fabuła: Zi Ken skończył szesnaście lat. Myśli o kolejnym etapie w jego edukacyjnej karierze. Dlatego też chciałby się w końcu poczuć jak dorosły człowiek. Zakochuje się. Papuguje przed rówieśnikami teksty, które usłyszał od partnera matki. Samą matkę traktuje, jakby to ona była jego dzieckiem - wypytuje gdzie była, z kim, dlaczego wraca tak późno? Można pomyśleć, że traktuje ją chłodno, jednak okazuje się to jedynie powierzchownym założeniem. 

Myślę:

Powiem tak; od tego filmu nie miałam żadnych oczekiwań. Po prostu włączyłam go pewnego wieczoru po zajęciach z podejściem "niech się dzieje, co chce". Nie mogę ukryć, że przez pierwsze pół godziny zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie. Fabuła wciągała, relacja pomiędzy synem a matką intrygowała, bo, przyznam szczerze, jeszcze czegoś takiego nie widziałam/nie doznałam. Dlatego nic dziwnego, że nie mogłam oderwać wzroku od ekranu, ale potem. Oj, potem napięcie i intryga zaczęły opadać. Dochodziły coraz to nowsze wątki, które nic konkretnego nie wnosiły do historii. W związku z tym, że na niebie księżyc zabawił na dobre, pod kołderką było cieplutko, a film nudny, nudniejszy, to z trudnością udało mi się dotrwać do końca z pełną świadomością. Ale osiągnęłam to i wraz z ulgą po zakończonym seansie, przyszło rozczarowanie, bo "Czasami, czasami" miało w sobie wielki potencjał. Jednak muszę podkreślić, że dla reżysera, a także scenarzysty i aktora grającego główną rolę - Jacky Yeap - było to debiut i nie można napisać, iż okazał się on nieudany. Mimo wszystko, myślę, że warto obejrzeć ten film. Chociażby ze względu na ciekawie wykreowaną postać syna (gwoli ścisłości, którego właśnie zagrał sam reżyser) czy dającą do myślenia relacje między głównymi bohaterami. 

Dobrze, muszę o tym wspomnieć, ale także po to, aby delektować się językiem mandaryńskim! 

Na koniec dodam, że dla Yeapa wielką inspiracją była jego relacja z reżyserką, z którą wcześniej pracował na planach filmowych. 



"Geran" rok produkcji: 2020

Odkąd w lutym zafascynował mnie Bruce Lee i jego filmy, to z chęcią patrzę na produkcje związane ze sztukami walki. Właśnie to uczucie zachęciło mnie do obejrzenia malezyjskiej produkcji o sztuce walki zwanej "silat". Ale podkreślę - jestem totalnym nowicjuszem w temacie filmów akcji. 

Przyznam szczerze, że o silacie pierwszy raz usłyszałam przy okazji omawianego dziś filmu. Jednak dowiedziałam się w zapowiedzi "Geranu", że jest on [silat] znany szerszej publiczności przez indonezyjską serię filmową "The raid". Jeszcze nie miałam okazji zapoznać się z nimi, ale z całą pewnością przyjdzie dzień, kiedy takowy seans sobie zorganizuję, a czemu nie! 
Ostatnia sprawa: silat indonezyjski, a malezyjski różni się następującą kwestią - ten pierwszy jest raczej hm, artystyczny, przypominający taniec, natomiast drugi służy przede wszystkim do walki. A twórcy filmu "Geran" chcieli za pomocą kamery uwiecznić ich regionalną sztukę walki. Co zdecydowanie dodatkowo zachęciło do mnie obejrzenia tego tytułu. 

Fabuła: Mat Arip jest najmłodszym synem z trójki rodzeństwa, jednak to właśnie on przysparza rodzinie najwięcej problemów. Miarka się przebrała, kiedy przez jego długi, siostra, brat i ojciec zostają napadnięci przez okoliczny gang. 

Myślę: 

Powtórzę się, ale to, co najbardziej cenię w Festiwalu Pięciu Smaków to nie tylko fakt, że mogę dowiedzieć się sporo nowych rzeczy o Azji, ale także obejrzeć filmy, które są dla mnie całkowitą nowością i świeżością na ekranie. "Geran" jest produkcją niskobudżetową i to widać, ale absolutnie nie zmienia to faktu, że bawiłam się przy nim bardzo dobrze. Wiadomo, że nie jest tytułem, który po seansie zmusi widza do refleksji nad życiem i społeczeństwem, jednak same przedstawione walki wprawiają widza w zachwyt. Co więcej, nie wiem, czy powinnam to podkreślać, ale jedną z czołowych przedstawicieli silatu w tym filmie to kobieta - Fatimah. Chciałam zwrócić uwagę na tę rolę, ponieważ zawsze, gdy myśli się o tego typu kinie, raczej ma się przed oczami osoby pokroju, nawet wcześniej wspomnianego, Bruce'a Lee. 

"Przyszła prawda i zniknął fałsz. Zaprawdę, fałsz musi zniknąć." 

Po drugie podobały mi się przejścia scen, kiedy Mat Arip wpędzał swoją rodzinę w coraz większe problemy, a w tym samym czasie jego ojciec go bronił, a nawet faworyzował! Moim zdaniem, te momenty zostały umiejętnie pokazane i jasne, drobnostka, ale za to jaka oddziałująca i dodająca głębi całej historii. Plus akcja dwutorowa w tej produkcji sprawia, że jest najzwyczajniej w świecie - ciekawiej.  

Chcę wpis miło zakończyć, dlatego zacytuję Wam, co napisałam, gdy robiłam notatki podczas seansu: "widzę w tym filmie zamiłowanie i pasję do tego, co się robi, może dlatego tak dobrze się to ogląda." Dodam jeszcze, że aktory w "Geran" posługują się językiem malajskim! (którego też miło posłuchać). 

Na koniec: chciałam bardzo wspomnieć o tych filmach, ale musiałam umieścić je w jednym poście, bo nie czułam, że mam wiele do powiedzenia na ich temat. Mam nadzieję, że w porządku się czyta tak krótką formę!
Ściskam Was mocno,
Panda Fińsko-Chińska (i nie tylko!) 

Poprzednia festiwalowa pogadanka: "On podaje rybę, ona woli kwiaty" (Wietnam) 
Aktualizacja: Na dziś, 05.12.2020, jedenaście dni od rozpoczęcia festiwalu, obejrzałem: 
3) "Czasami, czasami" (Malezja) 
4) "Wioska Ohong" (Tajwan) 
5) "Smak phở" (Polska) 
7) "Słodko-gorzki" (Japonia) 
9) "Geran" (Malezja) 
10) "Mekong 2030" (Laos) 
11) "Kropla piękna" (Korea Południowa) 
12) "Kulinarne historie: Posiłek na planie" (Tajlandia) 
13) "Kim Ji-young, urodzona w 1982" (Korea Południowa) 
14) "Bestie na krawędzi" (Korea Południowa) 
15) "Szczęściara Chan-sil" (Korea Południowa) 
16) "Córka przeklętej ziemi" (Indonezja) 

źródła zdjęć: imdb, High on Films, Golden Horse

Wietnam: "On podaje rybę, ona woli kwiaty" | pogadanka


 Wstęp i wietnamski

Xin chào! 

W końcu przyszedł ten dzień, kiedy recenzuję wietnamski tytuł (kolejnego możecie się spodziewać w niedzielę). Przyznam szczerze, że podczas festiwalu to właśnie te wietnamskie produkcje spodobały mi się najbardziej. Przynajmniej do tej pory tak jest, a jeśli coś się zmieni, to na pewno dam Wam znać. 

Ciężko nie wspomnieć o moich studiach, kiedy piszę o Wietnamie. Jak wiecie jestem niedoszłym sinologiem. Finalnie trafiłem na filologię wietnamską, zatem uczę się tego języka od kilku dobrych tygodni. I muszę napisać, że los wiedział, co robi. Naprawdę. Teraz, gdy nad tym myślę, to wydaje mi się, że właśnie takie było moje przeznaczenie. Chociaż wiem, jak głupio to brzmi. 

Fascynuje mnie ten język. Jest przepiękny i co więcej - bardzo poetycki. Zaskakuje mnie jedynie brak na polskim rynku (ale i na tym zagranicznym) książek o Wietnamie/wietnamskich autorów. Ale spokojnie, coś udało mi się wynaleźć, a rezultaty sami będziecie mogli zobaczyć w najbliższym czasie. Reasumując, filologia wietnamska jest wielkim szczęściem i spełnieniem. Cieszę się, że finalnie brnę w tym kierunku. Ba! Już mam kilka pomysłów na przyszłość (chociażby na reportaże!), ale to wciąż jedynie marzenia. W każdym razie chcę ku nim dzielnie brnąć. 

Swoją drogą, nadal nigdy nie byłem w Poznaniu. O ironio, studiuję tam, ale bladego pojęcia nie mam, jak wygląda to miasto. Trzymam się myśli, że i tak mnie to nie ominie! Jak się pewnie można też domyślić, matury jednak nie poprawiam. Jestem w niebie, będąc w tym miejscu. A jeśli już o niebie mowa: 

Ciekawostka o języku wietnamskim: to, co moim zdaniem, wyróżnia język wietnamski, to piękne, a czasami dziwne słowotwórstwo. Popatrzcie: chân - noga, trời - niebo, ale gdy połączymy te słowa: "chân trời" otrzymamy słowo "horyzont", czyli nogą nieba jest horyzont

Niesamowite jest też połączenie słów: mặt - twarz i znowu trời - niebo. Co może być twarzą nieba? Ano, "mặt trời" oznacza "słońce". Kiedy omawialiśmy to z profesorem, to nie mogłem się nadziwić, jak szalenie urocze to jest. 

Jednak napisałem także, że "suma" słów może być czasem dziwna, np. dưa - "arbuzowate", a chuột - mysz, aczkolwiek "dưa chuột" to, uwaga, werble, "ogórek". 

Tak, arbuzowata mysz to ogórek. Więcej ciekawostek w przyszłych postach, bo jest o czym opowiadać, oj jest! 


Trochę o samym filmie

Przejdźmy teraz do filmu, a właściwie jednego z odcinków serialu "Kulinarne historie" wyprodukowanego przez HBO. Każdy z odcinków nagrali różni reżyserowie z różnych krajów. "On podaje rybę, ona woli kwiaty" (Chàng Dâng Cá, Nàng Ăn Hoa) to 52 minuty niezwykle sensualnego kina w reżyserii Phan Đăng Di, z którym miałem przyjemność spotkać się miesiąc temu przy okazji filmu "Ojciec, syn i inne historie". Nie zrobił on wtedy na mnie wielkiego wrażenia, ale nie dało mu się odmówić oryginalności. Podobnie jest w przypadku tejże produkcji.

Fabuła: film to przede wszystkim niesamowite doznania artystyczne połączone z wyjątkową kuchnią wietnamską. Reżyser skupił się na daniach rybnych, w których specjalistą okazał się jeden z głównych bohaterów - Thang. Co więcej, właśnie za pomocą wybornych dań chce dotrzeć do serca pewnej, starszej nieco od niego kobiety. Jednak okazuje się to trudniejsze niż spodziewał się tego kucharz... Kobieta jego marzeń preferuje kuchnię wegetariańską. Tutaj zaczyna się problem. 


UWAGA, SPOILERY! Myślę: 

Trzeba napisać jedno: film zbiera raczej kiepskie oceny na filmwebie (na ten moment jest to średnia 5,7), jednak to mi tylko pokazuje, że nie zawsze można sugerować się tą stroną. Otóż, ode mnie "On podaje rybę, ona woli kwiaty" (za każdym razem, gdy przytaczam ten tytuł to nie mogę się nadziwić, jaki jest piękny) to mocne 8/10. Kadry, minimalizm (okna w mieszkaniu głównej bohaterki są inspirowane obrazami Mondriana, co dodaje tylko smaku), cudowne połączenia kolorystyczne, które same zapewniłyby mi pozytywne wrażenia z seansu. Mogłabym wyłączyć dźwięk i nadal - film zrobiłby na mnie wrażenie. 

Sama historia jest niezwykle ciekawa. Opowiadając znajomym o tym filmie, wszyscy powtarzali, że przecież motyw łączenia jedzenia z miłością jest bardzo popularny. Cóż, ja z nim nie miałam jeszcze do czynienia, dlatego może tytuł okazał się dla mnie odkrywczy. Poza tym, "ona woli kwiaty" - myślałam, że te słowa odnoszą się do tego, że bohaterka od jedzenia wolałaby dostać zjawiskowe kwiaty, aby móc je położyć na stoliku w salonie. A tu klops - woli kwiaty, owszem, ale do spożycia. A i właśnie, dowiedziałam się, że kwiaty są powszechnym składnikiem wielu dań wietnamskich. Czy to nie jest cudowne? Mnie to momentalnie zauroczyło! Co prawda, dziad ze mnie straszny, bo w życiu nie zjadłam nic z wietnamskiej kuchni (jak np. sajgonki czy zupkę phở), ale mam już wypatrzone kilka książek o kuchni z omawianego kraju, między innymi "Vegetarian Vietnam". Trochę jest to marzenie absurdalne, bo jestem absolutnie beznadziejnym kucharzem, który próbował już wiele razy swoich sił w upichceniu czegoś dobrego, ale w końcu - próba nie strzelba. 

Jest to także niezwykle sensualne kino. Uprzedzam także, że nie trzeba się bać o to, czy zostały tutaj powielone stereotypy związane z płcią. Co prawda, reżyser Phan Đăng Di zaprzecza w wywiadzie dla Pięciu Smaków, że chciał w filmie przekazać lub poprzeć feminizm, jednak kto zabroni nam film interpretować na własny sposób? Bo nie ukrywam, że przez większość seansu miałam w głowie myśl, że twórcy produkcji specjalnie odwrócili stereotypowe postrzeganie kobiety i mężczyzny w podobnych gatunkach literackich czy filmowych. Dla samego tego aspektu warto zobaczyć "On podaje rybę, ona woli kwiaty". 

Na koniec chciałabym Was zachęcić do obejrzenia powyższego traileru na Youtubie. Nie trwa długo, bo ponad 30 sekund, ale ja gdy go włączyłam, miałam gęsia skórkę. Na pewno wrócę do tej produkcji któregoś dnia (może będę wtedy rozumieć wszystko i nie potrzebować napisów? do tego dążę!), a reżysera z całą pewnością będę śledzić, chociaż nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, ale o tym opowiem szerzej, gdy będę mieć więcej do powiedzenia. W końcu nadal są przede mną niektóre z jego produkcji. 

Moi Drodzy, mam nadzieję, że ciekawostki z języka wietnamskiego okażą się dla Was interesujące, bo nie ukrywam, że poetyckość tego języka robi na mnie spore wrażenie! 

Trzymajcie się zdrowo i ciepło. Do usłyszenia na dniach,
Panda Fińsko-Chińska (a może przede wszystkim wietnamska?)

Poprzednia festiwalowa pogadanka: "Córki" (Japonia)
Aktualizacja: Na dziś, 02.12.2020, osiem dni od rozpoczęcia festiwalu, obejrzałem: 
2) "Kulinarne historie: on podaje rybę, ona woli kwiaty" (Wietnam) 
3) "Czasami, czasami" (Malezja) 
4) "Wioska Ohong" (Tajwan) 
5) "Smak phở" (Polska) 
6) "Ròm" (Wietnam) 
7) "Słodko-gorzki" (Japonia) 
9) "Geran" (Malezja) 
10) "Mekong 2030" (Laos) 
11) "Kropla piękna" (Korea Południowa) 
źródło zdjęcia: imdb

Japonia: "Córki" | pogadanka

Wstęp

Xin chào! 
Dziś miała pojawić się recenzja jednego z wietnamskich tytułów, jednak musi on jeszcze chwilkę poczekać, bowiem w sobotni poranek, kiedy posprzątałam w kuchni, stwierdziłam, że w ramach odpoczynku od nauki, obowiązków domowych i własnych myśli - włączę sobie pewien japoński tytuł. A zwrócił on moją uwagę na festiwalu przez zdjęcie okładkowe (poniżej). Jest przepiękne i na tle pozostałych filmów wyróżnia się. 
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. 

Hongkong: "Suk suk" | pogadanka


Wstęp: 

23.11.2020r. 
Xin chào! 
Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku! Wracam dziś z wyjątkową wiadomością. Biorę udział w festiwalu Pięciu Smaków (trwa od 25 listopada do 6 grudnia), czyli azjatyckiego kina! Trafiłem na to wydarzenie całkowicie przypadkowo - szukając wietnamskich filmów. Na samym festiwalu są dwa tytuły wyreżyserowane właśnie przez wietnamskich reżyserów ("Ròm" i "Kulinarne historie: On podaje rybę, ona woli kwiaty"). Później zacząłem przeglądać inne produkcje i grzechem byłoby nie wykupić karnetu! 

Dlatego zdecydowałem się na recenzowanie obejrzanych przeze mnie tytułów, a przynajmniej części z nich. Tak, będę nadrabiać zaległości. Oczywiście, w ramach recenzowanych filmów, opowiem także o moich studiach (spoiler: filologia wietnamska okazała się przeznaczeniem i miłością). 
Chcę wrócić do recenzowania i takowy festiwal spadł mi wręcz z nieba! 

Zapraszam do zapoznania się z pierwszą opinią i widzimy się na dniach!


Trochę o samym filmie i fabule: 

Niesamowite na samym festiwalu są również wywiady z reżyserami. Jeden z nich przeprowadzono właśnie z reżyserem "Suk suk", czyli Ray'em Yeungiem. Chcę napisać o dwóch rzeczach, o których powiedział. Po pierwsze: szukanie aktorów do tego filmu zajęło prawie rok, ponieważ ciężko o starszych mężczyzn (ci, którzy finalnie zagrali mają po 65-70 lat) chętnych do zagrania gejów. Ray wspomina, że jeśli już ktoś się zgodził zagrać, to odmawiał np. pocałowania drugiego mężczyzny albo trzymania się za rękę. Dlatego też poszukiwania zajęły, ile zajęły. Po drugie: reżyser miał spotkanie w jednym z liceów w Hongkongu odnośnie najnowszego filmu i wydało mi się to genialne (z jednej strony - niestety), że mógł wziąć udział w czymś takim, bo niewyobrażalnym jest dla mnie, aby coś takiego wydarzyło się w polskiej szkole. 

Dodam jeszcze, że "Suk suk" oznacza wujka, ale tym słowem zwraca się również do obcych mężczyzn, którym chce się okazać w pewien sposób szacunek. 

Fabuła: Hoi wychował samotnie syna, odszedł na emeryturę. Pak nadal jest taksówkarzem, prowadzi spokojne życie u boku żony i dwójki dzieci, i ukochanej wnuczki. Wydawałoby się, że już są spełnionymi osobami, niczego więcej do szczęścia im nie trzeba - tylko odpoczywać i cieszyć się rodziną. Jednak okazuje się, że ich spotkanie wywróci tę monotonną codzienność o 180 stopni. 

UWAGA, SPOILERY. Myślę: 

Nie będę ukrywać, że na ten tytuł szczególnie czekałam, dlatego nic dziwnego, ze festiwal zaczęłam właśnie od "Suk suk". Zaintrygowało mnie to, że mało jest (a przynajmniej ja nie obejrzałam wiele) filmów o miłości, a może samej potrzebie bycia kochanym, starszych ludzi. Poza tym - sam fakt, że akcja rozgrywa się w Hongkongu było niezwykle kuszące. 

Ten film jest oksymoronem, ponieważ moją pierwszą myślą po zakończeniu seansu było - "spokojny chaos". Spokojny, bo chemia między głównymi bohaterami, czułostki, delikatności dawały mi pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa i sielankowości,  a z drugiej strony - ta konieczność ukrywania siebie, swojej miłości przed całym światem była dla mnie dewastująca. "Suk suk" to historia opowiedziana drobnostkami, które widz musi wyłapywać, aby seans wzbudził emocje. Jest lekcją wyrozumiałości dla drugiego człowieka. Dlatego szczerze zazdroszczę licealistom z Hongkongu, którzy mieli okazje spotkać się z reżyserem, a moim marzeniem jest, aby i Ci polscy mieli któregoś dnia okazję na tego typu wydarzenia we własnych szkołach. 

Poza tym film obrazuje również stosunek tradycji i rodziców (swoją drogą, nie tylko azjatyckich!) do małżeństw, pozycji kobiety i mężczyzny w rodzinie, co jest przerażające i przede wszystkim - przeraźliwie smutne. Córka głównego bohatera - Paka, wychodzi za mąż. Przyprowadza rodzicom swojego przyszłego męża, z czego jej mama się cieszy, no bo w końcu córka już do najmłodszych nie należy, zatem "wypadałoby" jej wziąć ślub. Niestety, okazuje się, że takowy wybranek jest młodszy od narzeczonej, ale w dodatku nie ma pieniędzy na to, aby zorganizować wielkie wesele. Co zdaniem matki, jest bulwersujące i nie do pomyślenia. 
I właśnie - są to postaci poboczne, ale jakże dobrze budują one tło głównego bohatera! Pokazują nieszczęśliwą żonę czy problemy córki, która myśli, że tata woli jej brata niż ją. A w tym całym garnku emocjonalnych dewastacji - on, nasz bohater. Ja, jako widz, miałem ochotę ich zmusić do szczerej, otwartej rozmowy, aby mogli siebie nawzajem wysłuchać i wyrzucić to, co im leżało na sercu. Tego ewidentnie brakowało, ale da się to także wyczuć po drugiej stronie skrytego i subtelnego romansu. 

Hoi sam wychował syna, który jest bardzo religijny i chrześcijańskie tradycje chce przekazać córce, a wnuczce Hoi'a. Razem z żoną chodzą regularnie na msze. Zachęca do tego również swojego ojca. Powiedział on (syn) coś, co utkwiło mi w pamięci: "chciałbym cię odnaleźć po śmierci." - w ten sposób pragnął tatę przekonać do nawrócenia. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o tę relację, to była ona pełna, znowuż!, niedomówień. Z drugiej strony, zastanawiając się nad tym po seansie, to niesamowite, ile emocji, myśli i wszystkiego kryjemy przed innymi ludźmi, a właściwie - najbliższymi. 
Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawsze jest to łatwe zadanie. Tak, jak w przypadku bohaterów pięknego "Suk, suk". 


Na koniec: jeśli kogoś nie przekonuje strona psychologiczna i społeczna w filmie, to może skusi się na przepiękne zdjęcia i jedynego w swoim rodzaju urok Hongkongu? 
Wiem, że mogłem zdradzić sporo z fabuły, ale uwierzcie mi, ten film porusza mnóstwo problemów, z którymi muszą się borykać postacie na ekranie, jednak także, i miejmy to z tyłu głowy, prawdziwi, realni ludzie. Otóż właśnie, inspiracją dla reżysera do tego filmu była  książka "Oral Histories of Older Gay Men in HongKong". Jest to właściwie zbiór wywiadów, którego nie miałem okazji przeczytać (jeszcze!), jednak "Suk suk" z całą pewnością zachęcił mnie do tej lektury. 

O przyszłych recenzjach: bardzo chcę zalać Pandzię festiwalowymi recenzjami, dlatego proszę, trzymajcie za mnie kciuki, aby się udało! 
Dużo dobrego Wam życzę! 

Aktualizacja: Na dziś, 27.11.2020, trzy dni od rozpoczęcia festiwalu obejrzałem: 
1) "Suk suk" (Hongkong) 
2) "Kulinarne historie: on podaje rybę, ona woli kwiaty" (Wietnam) 
3) "Czasami, czasami" (Malezja) 
4) "Wioska Ohong" (Tajwan) 
5) "Smak phở" (Polska) 
6) "Ròm" (Wietnam) 
7) "Słodko-gorzki" (Japonia) 

    źródła zdjęć: MediumNewbloommag

"Więcej niż myślisz" faktycznie jest czymś więcej


 

Słowem wstępu

Dzień dobry wszystkim 大家好
W przerwie od nauki języka angielskiego przychodzę dziś z recenzją filmu, który dostępny jest na Netflixie. "Więcej niż myślisz" (lub w oryginale "The half of it") jest kolejną młodzieżówką na Pandzi, mimo że tak strasznie wyrzekam się tego gatunku. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać: to był czysty przypadek. 

Zresztą, 
bardzo miły przypadek. 
 
Zacznijmy od kwestii formalnych:  Premiera tejże produkcji miała miejsce 1 maja bieżącego roku, więc jest świeżynką. Zalicza się ją do komedii romantycznych, a za scenariusz jak również reżyserię odpowiada Alice Wu, która ma na swoim koncie zaledwie dwa filmy. Omawiany dziś "Więcej niż myślisz", ale także "Zachować twarz" z 2004 roku, który, swoją drogą, zbiera na Filmwebie dużo lepsze oceny. 

Fabuła: Ellie jest wzorową uczennicą. Zdobywa same najlepsze oceny, dlatego jej rówieśnicy walą do niej drzwiami i oknami, żeby napisała za nich wypracowania. Ona na tym korzysta, bo niemało ceni sobie każdą taką pracę. Jednak pewnego pięknego, cudownego dnia przychodzi do niej futbolista, Paul z misją specjalną. Chce, aby Ellie napisała dla niego list miłosny. 
Robi to, aczkolwiek na jednym liście się nie kończy. 


Emocjonalny bełkot

"Więcej niż myślisz" będzie mi się kojarzyć z zaskoczeniem. Wielkim, ogromnym zaskoczeniem, gdy coś, co kliknęłam spontanicznie, nawet nie zastanawiając się, czy mam na to ochotę czy nie, okazało się naprawdę dobrym, a przede wszystkim przyjemnym filmem. 
Czy jest on odkrywczy? Absolutnie nie. Czy jest banalny? Myślę, że tak. A mimo to, nie mogłam oderwać się od ekranu, co jest dla mnie niewytłumaczalnym zjawiskiem, żeby komedia romantyczna tak przypadła mi do gustu. 

Jednak potrzebne są konkrety. Bardzo podobały mi się tła rodzinne trzech głównych bohaterów. Każdy z nich ma inną sytuację w domu. Ellie, która jest chińskiego pochodzenia, urodziła się w Xuzhou, zamieszkała z tatą w Ameryce. Jej mama nie żyje, tata czuje dysforię z powodu bariery językowej. Paul musi przejąć biznes rodzinny. W innym razie zawiedzie swoją ukochaną mamę. Aster wychowuje się w bardzo religijnej rodzinie, a w dodatku tata jest wyjątkowo surowym rodzicem. Te większe i mniejsze zarysowania sprawiały, że łatwiej było mi wczuć się w sytuację danego bohatera, a w przypadku kwestii romantycznych - dodawało to niejako pikanterii. Co jest, wydaje mi się, wielkim plusem w tego typu gatunkach literackich/filmowych. 


Jak już przy tym jesteśmy. Uwielbiam postacie, które tutaj wystąpiły (główni bohaterowie - świetnie zagrani, ale do pobocznych niestety można byłoby się przyczepić w wielu kwestiach). Polubiłam i Ellie, i Aster, i przeuroczego, przekochanego Paula. Wiadomo, nie są to tak zarysowane ikony, aby doszukiwać się w nich większej głębi czy czegoś podobnego. Właściwie bazują na pojedynczych cechach, ale to jest przyjemne, niewymagające i z jaką łatwością przyszło mi bohaterów polubić! Innymi słowy, białe jest białe, czarne jest czarne i bez szarości po drodze. Mnie to jak najbardziej odpowiada, gdy mówimy o nieangażujących produkcjach, które mają nam dać rozrywkę, miło odciągnąć od rzeczywistości, ale żeby utkwić na tydzień w głowie czy rozmyślać nad nimi - no nie. Dlatego uważam, że jest to dobry tytuł na niedzielny wieczór, kiedy chcemy się troszkę pośmiać i pójść spokojnie spać. Chociaż ja przyznaję, że tak się zaangażowałam w historię, że na końcu płakałam, ale myślę, że jest to skrajny przypadek. 


Jeśli chodzi o koniec. Cóż tu dużo pisać, zawiódł mnie. Był strasznie zrobiony, jakby trochę na odwal się, czego strasznie nie mogłam przeżyć. Tutaj nie do końca adekwatnym jest określenie "happy ending" czy "sad ending". Jest to raczej gdzieś po środku i jasne, czasem zakończenia, które sami mamy sobie dopowiedzieć są fajne, dodają uroku, ale przy tym tytule, według mnie, jest to wyjątkowo nietrafione. Co prawda, podczas ostatnich ważnych, puentujących kwestii moją reakcją były łzy, ale ich następstwem stało się obojętne "meh". Dlatego moim zdaniem "Więcej niż myślisz" kuleje przede wszystkim na końcu. 

O zdjęciach też muszę wspomnieć, bo chwilami były naprawdę ładnie zrobione. Kolorystyczna uczta dla oczu. 

Podsumowanie 

Na Filmwebie dałam temu filmowi aż 7/10. Sama się sobie dziwię, ale tak pozytywnie zaskoczył mnie ten tytuł, że ta ocena wydaje mi się jak najbardziej zasłużona. A jest to bardzo miła przerwa od poważnych dokumentów, które ostatnio zbieram na swoje konto, ale o tym jeszcze nwspominać.

Ostatnie słowa i idę uczyć się dalej angielskiego: pomimo słabych ocen, które zbiera ten film, polecam. Naprawdę z całego serduszka polecam osobom, które chcą obejrzeć coś luźnego, niezobowiązującego, a można nawet głupkowatego, bo akcje czasami są absurdalne, ale kurde, nie mogę się pozbyć uczucia, że ten cukierkowy świat jest idealnym odpoczynkiem od kwarantannowej codzienności, w której się znajdujemy. 
Co jak co, ale jedno trzeba przyznać. "Więcej niż myślisz" oderwało mnie od dwutygodniowej, blogowej prokrastynacji, a to już dużo mówi! 

"Przyjemne" - słowo podsumowujące. 

Trzymajcie się ciepło, ale co najważniejsze - zdrowo! 
Panda Fińsko-Chińska 

"Upadłe anioły" mojego mistrza

Rok produkcji: 1995 rok
Miejsce: Hongkong
Długość trwania: 99 minut
Reżyser: Kar-Wai Wong
Aktorzy: Leon Lai, Michelle Reis, Takeshi Kaneshiro


"Za każdym razem, gdy potrzebuję parasola, on się zjawia. Mam nadzieję, że nigdy nie przestanie padać."
Hej, terve, 大家好! 
Nastrój mam odpowiedni do pisania. W tle soundtrack z "Upadłych Aniołów", leżę w łóżku, jest około godziny 22 i jestem sama. Myślę, że nie tylko jest to stan idealny do recenzowania, ale także do oglądania filmów wrażliwego i unikatowego magika, który wyciąga z kapelusza prawdziwe dzieła.  
Kar-Wai Wonga, bo to o nim mowa, poznałam około półtora roku temu przy okazji "Happy Together" i oficjalnie przepadłam. Zniknęłam w świecie tego człowieka. Wbrew pozorom świat, który on kreuje nigdy nie jest dobry. Zawsze wypełniony przeszywającą samotnością i tęsknotą. I ty, jako widz, też tęsknisz, nawet jeśli nie masz za kim. Mimo to, i tak chcesz wchodzić do uniwersum Hongkończyka, bo oprócz tego, kołyszesz biodrami do fenomenalnych, oddających klimatów filmów, muzyki. 
Poza tym, zdjęcia to złoto. Są specyficzne, charakterystyczne dla reżysera i kolokwialnie sprawę ujmując, wali po oczach latami 90. 


Ja tu leję słodyczą, ale prawda jest taka, że do "Upadłych Aniołów" zbierałam się prawie rok. Miałam dwa wcześniejsze podejścia i dopiero za trzecim razem udało mi się. Zanurkowałam w obrazie Wonga. 
Uwaga, pierwsze 5 minut wydawało mi się wręcz odrzucające. Nie wierzę, że to piszę, ale bałam się, że "Upadłe Anioły" zepsują mi spojrzenie na reżysera. Przez to wyobrażałam sobie, że ten film jest końcem mojej pewnej przygody kinematograficznej. 
Pomyliłam się. Uwielbiam go jeszcze bardziej. Teraz dalej mogę obrzucać go cukierkami!
"Myślałem, że Mini jej przejdzie. Ale to ja jej przeszedłem." 

Fabuła

Ciężko mówić o fabule w przypadku filmów Kar-Wai Wonga. Zwykle na ekranie dostajemy nieskomplikowaną historię, która powoli brnie do przodu. Skarbem jest kreacja postaci i dialogi wypełnione aforyzmami tak, że możesz sobie przyklejać cytaty na ścianach i nie starczy Ci domu na nie. 
W przypadku "Upadłych Aniołów" mamy piątkę bohaterów, gdzie główne skrzypce odgrywają troje z nich: zabójca na zlecenie, jego pomocnica i chłopak, którego ciężko określić jednym słowem, ale wiemy, że siedział w więzieniu, mieszka z tatą i przestał mówić. A my jesteśmy obserwatorami ich splatających się dróg. 
"Zawód człowieka jest determinowany przez jego osobowość." 

 Cukierków ciąg dalszy

Już kiedyś napisałam to na tym blogu: Kar-Wai całkowicie trafia w moje walory estetyczne i etyczne. W moje pojęcie miłości i samotności. Jego filmy sprawiają, że lepiej poznaję siebie, dlatego są osadzone głęboko w mojej świadomości i sercu, pisząc wprost. 
Główne powody, dla których ani przez chwilę nie chciałam przerywać seansu:
  • zarys głównych postaci, byłam nimi zaintrygowana 
  • wyłupywane są szczególiki z życiorysów bohaterów, które dodają im duszy 
  • zdjęcia i muzyka, jakże typowe dla reżysera
  • błyskotliwe dialogi
  • długie, przeciągające się wręcz sceny zrobione z takim smakiem, że mogłabym patrzeć na nie godzinami
Odnośnie drobnostek. Uwielbiam je, niby wydaje się, że nic nie wnoszą, a z drugiej strony to własnie one między innymi niosą ze sobą wyjątkowość i emocjonalność produkcji. Nawet taki niewinny motyw, jakim był kolor włosów jednego z bohaterów, He Zhiwu. Blond włosy symbolizowały zauroczenie. I moim zdaniem, to jest piękne i wyrafinowane. Można wręcz powiedzieć, "proszę, o to wizytówka twórczości tego pana."

Gdybym miała opisać "Upadłe Anioły" zdaniem, wyglądałoby to tak: "namiętności wymieszane z samotnością podane na hongkońską tacę." Wiem, że nadużywam słowa "samotność", ale jest jej tutaj ogrom. Spokojnie można ją porównać do tej z "Her" w roli głównej z kolejnym mistrzem, Joaquinem Phoenixem. Kończysz seans i zastanawiasz się, gdzie ja jestem i dlaczego jest tu tak smutno? 


Takim moim małym odkryciem był tutaj japoński aktor Takeshi Kaneshiro, którego widziałam już kilka razy, chociażby w "Domie latających sztyletów" czy "Chungking Express", ale mam wrażenie, że dopiero tym razem w pełni doceniłam jego kunszt aktorski. No po prostu chciało się na niego ciągle patrzeć! Jakby stworzony do roli He Zhiwu. I to właśnie z postacią odgrywaną przez niego najbardziej się zżyłam. Właściwie jedyny zarzut, jaki mogę postawić temu filmowi to, to, że ja mam niedosyt historii tego bohatera i najchętniej zobaczyłabym produkcję poświęconą tylko jemu.

Na sam koniec muszę wspomnieć o pewnej sprzeczności. Produkcja, pomimo swojej banalności fabularnej, jest nieprzewidywalna. A takiego połączenia byle jaki scenarzysta nie udźwignie. Mam nadzieję, że jeśli moja ekspresywność Cię nie przekonała, to zrobiło to oksymoroniczne stwierdzenie. Chociaż troszeczkę!


Dlatego jeśli ktoś ma ochotę na nieco inne, klimatyczne kino - polecam z całego serduszka. Tylko jeszcze raz daję znać, że najlepiej odczuwa się go wieczorami. A czasu jest teraz sporo, więc tym goręcej zachęcam!

Trzymajcie się zdrowo,
Panda Fińsko-Chińska

Moje małe (chińskie) osiągnięcia


Dzień dobry!

Po tak długiej przerwie wracam z postem wypełnionym miłością. Chcę Wam przedstawić i opisać moje ostatnie fascynacje, jakie odkryłam w ciągu minionych tygodni. Totalnie luźny wpis, ale piszę go z chęci podzielenia się tym, co mnie otacza. Poza tym, mam nadzieję, że może ktoś zainspiruje się lub zachęci do jednego z poniższych tytułów, a ze względu na obecną sytuację związaną z wirusem; czasu w domu jest wiele.  W każdym razie zapraszam.

W kinie siła


Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta!

O czym możecie dziś przeczytać? 

  1. Tradycyjny wstęp, ot co! 
  2. Minirecenzje: 
    • "Czarownica 2" 
    • "Salma w krainie dusz"
    • "Boże Ciało" 
  3. Trochę opowiadam o tym, co u mnie. 

Wstęp

Chodzenie do kina to jedna z tych czynności, która powoduje we mnie uczucie uwolnienia od prawie wszystkiego za wyjątkiem; emocji. Emocji będących częścią kinowego katharsis. Jednak z żalem przyznaję, że mało mnie było w tym miejscu przez ostatnie dwa lata. Dopiero w sierpniu bieżącego roku falę miłości ożywił nowy film Quentina Tarantino "Pewnego razu w Hollywood", który błyszczał na wielkim ekranie w fenomenalnym kinie Pod Baranami w Krakowie, gdzie klimat jest szalenie wyjątkowy. Jak tu się nie zakochać na nowo? 
Mimo wszystko, mam wrażenie, że rozkwit mojego szału na filmy i książki zaczął się pod koniec października i z przyjemnością donoszę, że efektem romansu z kinem jest chociażby ten post.
Musicie wiedzieć, że ten wpis ewoluował z każdym tygodniem. Będąc na "Czarownicy 2", miałam w głowie jedno hasło: NA PEWNO WYSKROBIĘ RECENZJĘ. Później razem z rodzicami i siostrą poszliśmy na "Boże Ciało" i znowu to samo; wyszłam z misją napisania czegokolwiek na temat dzieła pana Komasy. No i "Salma w krainie dusz", po której powołanie do stukania w klawiaturę wróciło. Dodatkowo mam wielką ochotę pokazać Wam to, co ostatnio wyprawia się u mnie. Nie przedłużając, zapraszam!

Koreański klasyk filmowy


"Czy będziesz ziarnkiem piasku, czy kamyczkiem, w wodzie utoniesz tak samo."

 Jak do tego doszło? 


Hej, terve, 大家好!
Ja naprawdę miałam dziś ominąć temat filmów i Azji, żeby powiało trochę świeżością na Pandzi (a mam pomysł na pewną serię!) Jednak musi tu paść takie wielkie, głośne: ALE. 
Ale wzięło mnie na film, a pech chciał, żebym przypomniała sobie o przepięknej melodii "The last Waltz" z "Oldboy'a" 
Ale włączyłam go sobie na telewizorze, wsuwając przy okazji czekoladę i popijając herbatkę z domowych, jesiennych zestawów. 
Ale mnie wciągnął. Ale mnie wzruszył. Ale się popłakałam podczas ostatnich scen. 
Taka dygresja: dużo łez ostatnio tutaj. Ogłaszam nadmiar "łzopędnych" rzeczy. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie większość z Was kojarzy tę produkcję, ALE nie jestem w stanie powstrzymać uzewnętrznienia wczorajszych przeżyć; muszę podzielić się moją kolejną, emocjonalną historią. Zachęcić wszystkich do jesiennego seansu w akompaniamencie cudownego, koreańskiego języka z przerażającą fabuła, po której podobnie jak po filmie "Her" z 2013 roku, czujesz się niezwykle samotnie. 


"Podobno boimy się i pocimy, bo pracuje nam wyobraźnia. Jeśli więc wyłączysz wyobraźnię, staniesz się piekielnie odważny."

O czym w ogóle jest "Oldboy"? 

Dae-su pewnego dnia zaginął. Kiedy odzyskał przytomność, znajdował się w zamkniętym pomieszczeniu. Nie wiedział, że spędzi w tych czterech ścianach 15 lat. Po tym czasie zostaje wypuszczony na wolność ("do większego więzienia", jak to zostało określone w filmie), tak po prostu. Bez żadnych wyjaśnień. 
Mężczyzna próbuje odkryć prawdę. Kto, po co, dlaczego odebrał mu wiele lat życia? A dzieło zostało wypełnione chwytającym za serce soundtrackiem, cierpieniem z powodu utraty bliskiej osoby, BRUTALNOŚCIĄ, która była tutaj potrzebna, ale w połączeniu z przenikliwą tęsknotą i świetnymi, mądrze napisanymi dialogami - sceny pełne przemocy stają się nieodłącznym elementem palety filmowych przeżyć. 

"Śmiej się, a cały świat będzie śmiał się z tobą. Płacz, a będziesz płakać w samotności." 

Powyższy cytat to idealna kwintesencja "Oldboy'a", a szczególnie drugie zdanie jest adekwatne; widz siedzi przed ekranem i płacze. Wylewa z siebie każdą złą emocję, wszystko, co w nim siedziało, dlatego to dobra produkcja na gorsze dni. Ja co prawda, musiałam po tym seansie zafundować sobie śmieszną, luźną, chińską dramę, bo nie mogłam przestać myśleć o tragedii Dae-su, ale przypominam, że jestem nadwrażliwym odbiorcą. Mimo wszystko, film "odkurza głowę" z innych zmartwień, z całego zła, dobra, które siedzi w nas, a coś takiego było mi ostatnio wręcz wskazane. 

Pełno pięknych, surowych, ale po części także artystycznych kadrów. Gra aktorska na naprawdę wysokim poziomie, a tutaj, pandziowe brawa szczególnie zyskuje pan Min-sik Choi za perfekcyjne odegranie tak niebanalnej postaci, jaką był główny bohater. 
I po raz trzeci wspomnę o sentymentalnej muzyce. Co jak co, ale soundtrack dużo robi i słuchając czasem filmowych utworów, które gdzieś tam na Youtube przypadkowo spotkam, aż czuć, że ten i ten tytuł będzie wszczepieniem w siebie potężnych doznań. Zresztą, podobnie było ze "Spragnionymi miłości" i fenomenalnym "Yumeji's Theme" w wykonaniu Shigeru Umebayashiego. Tak dobrze jest i w tym muzycznym przypadku! 

Kłaniam się nisko również przed scenarzystami, którzy wpadli na zwalający z nóg plot twist, za pokazanie samotności w najbardziej dotkliwy sposób, w jaki mogli zrobić, za wiele, niesamowitych metafor, za nie lada łamigłówkę. Poza tym, zastosowano ciekawe zabiegi do pokazania retrospekcji. Można się w nich pogubić, jeśli ktoś ogląda film nieco pobieżnie, a to zdecydowanie nie jest wskazane, oj nie! 
I jeśli miałabym teraz podać chociaż jedną wadę tej produkcji, to jestem zmuszona napisać wprost, że pod wpływem emocji i "The last waltz" ja przepraszam, ale nie potrafię. Dobra, może to, że podczas brutalnych scen musiałam czasem zamykać oczy na ułamki sekund, ale interpretacja tego, czy to dobrze, czy źle jest indywidualna. 


Na koniec

To film pełen dziwnych, momentami obrzydzających obrazów, ale po dwóch godzinach, które minęły mi szaleńczo szybko, mogłam przyznać z czystym sumieniem, że "Oldboy" to wzruszająca historia zawierająca wiele metafor. Ogłaszam, że to jeden z lepszych tytułów, jakie widziałam w tym roku. A to bardzo odważne słowa, bo 2019 obfitował w miesiące pełne kinematografii. Zdecydowanie klasyk, który zasługuje na miano klasyka. 

Z totalnie innej beczki. Zabieram się od jakiegoś czasu do napisania recenzji mang i chciałam poczytać, jak się za to zabrać, jak przygotować, jak to ugryźć po prostu. I trafiłam na artykuł, w którym twórca stwierdził, że jeśli na blogu pojawiają się same pozytywne recenzje to wcale nie świadczy to dobrze o autorze. Nie ukrywam, że teraz tak się zastanawiam. Ja jestem jedną z tych osób, która pisze raczej o bliskich mi tworach kultury, robiących na mnie wrażenie, bo wychodzę z założenia, że lepiej coś polecać innym, a przy okazji wyrzucę z siebie to, co siedzi mi w głowie. Sprawa ma się inaczej, jeśli np. dostawałabym książki od wydawnictwa, wtedy wiadomo, że nie wszystko byłoby pochlebne. I wydaje mi się to racjonalne, ale jakoś artykuł o recenzjach dziwnie mi zbałamucił myśli. 
Żeby była jasność, ja mam ogrom radości z tego, co robię i chyba to jest najważniejsze, ale chciałabym zapytać, co Ty uważasz? 
Pozdrawiam ciepło,
Panda Fińsko-Chińska
Zdjęcia pochodzą z imdb.com

Horror prosto z Filipin


Polski tytuł: "Szkoła grozy"
Oryginalny tytuł: "Eerie"
Rok produkcji: 2018
Jest dostępny na Netflixie.

Hej, terve, 大家好!
Ciężko u mnie z horrorami. Jak po samym seansie raczej nie mam problemów z zaśnięciem czy ogólnie z późniejszym funkcjonowaniem, tak jeśli chodzi o samo oglądanie, to potrafi mnie wystraszyć najmniejsza rzecz i uruchomić wyrzut w tył w momentach, w których coś straszniejszego pojawia się na ekranie. Dlatego też tego typu filmy ze mną ogląda się średnio, bo momentami sama moja reakcja może przestraszyć.
Jeśli mam odpowiedzieć na pytanie: Czy lubię horrory?
Odpowiedziałabym: od czasu do czasu, ale tylko i wyłącznie z drugą osobą, bo nie ma opcji, żebym przeszła przez film grozy sama. Nie ma takiej możliwości.


A o czym to w ogóle? 

W katolickiej szkole dla dziewcząt dochodzi do samobójstwa jednej z uczennic. Ta sytuacja wstrząsa wszystkimi. Pat Consolacion jest pedagogiem szkolnym w tejże placówce i jedną z bardzo dociekliwych osób. Czuje, że zakonnica coś przed nią ukrywa. Chce odkryć prawdę o śmierci dziewczynki. Wierzy w to, że jeśli dowie się wszystkiego, będzie mogła sprawniej pomóc innym uczennicom.

Ja włączyłam ten film z siostrą średnio wiedząc, o czym jest. Jeśli chodzi o fabułę, zdawałam sobie sprawę, że akcja rozgrywa się w szkole katolickiej i w sumie na tym opierała się moja wiedza. Ale są trzy powody, dlaczego miałam takie parcie na "Szkołę grozy", bo prawda jest taka, że ta produkcja chodziła za mną przez dwa tygodnie co najmniej i trochę zeszło zanim mogłam sobie na nią pozwolić.

  1. LoJournal polecała tę produkcję na Instagramie, a w jej rekomendacje mocno wierzę. 
  2. Filipiny. Moje pierwsze pytanie brzmiało: Ile do czynienia miałam z kinem filipińskim? I z przykrością stwierdziłam, że tak naprawdę nie znam żadnego filmu z tego kraju. W dodatku zachęciła mnie ekscytacja na myśl, że posłucham języka filipińskiego, z którym równie rzadko mam okazję się spotkać.
  3. Czuć w powietrzu jesień, a horrory pasują do niej jak ulał! 
Te trzy punkty wystarczyły, aby zaraz na drugi dzień po powrocie do domu odpalić sobie Netflixa, mając w głowie konkretny tytuł.
I muszę napisać, iż pierwsza połowa filmu troszkę mnie zawiodła, wręcz nudziła, do czego za chwilkę się odniosę.

"Szkoła grozy", czyli znowu popadamy w skrajności

Idę do pokoju siostry. Biorę ze sobą krzesło i siadamy obok siebie. Ona wpisuje tytuł filmu i otula się kocykiem. Ja wpatruję się w ekran z głową wypełnioną nadzieją i euforią, że w końcu! W końcu mam czas i odwagę usiąść nad tą pozycją. Mówię siostrze, że dobrze się zaczyna. Już od pierwszych minut towarzyszy mi gęsia skóra.

Mój filmowy kompan komentuje: "Ale zrobili dobry nastrój"i zgadzam się nią. A trzeba przyznać, że jest jedną z osób, która - w przeciwieństwie do mnie - jest w miarę odporna na horrory. 
Fascynuje nas ruch kamery, który niezwykle buduje napięcie. Aż w pewnym momencie każę zatrzymać film, bo moje poczucie strachu przekroczyło swoją granicę. 

I tak przez pierwsze minuty. A potem coś się zaczyna psuć. Napięcie znika, a wręcz zaczynamy się przeraźliwie nudzić. Ciągle wykorzystywane są te same sztuczki, aby wystraszyć widza. Film schodzi z fabuły, a wałkuje chwile, w których szkolna pedagog przechadza się nocami przez szkołę. Co, jak na początku było straszne i ciekawe, tak po jakimś czasie stało się po prostu męczące. Z tego też względu przerwałyśmy oglądanie i wróciłyśmy do tego tytułu dopiero po dniu albo dwóch. 


Mogę napisać jedno: Gdyby pierwsza połowa filmu była równie dobra i interesująca, co druga - to "Szkoła grozy" stałaby się dla mnie ważnym i emocjonalnym (nie mam na myśli tutaj tylko strachu) dziełem kultury.
Trzeba przyznać, że z siostrą ponownie włączyłyśmy tę produkcję z takimi mieszanymi uczuciami, od niechcenia troszkę.
Ale ile było w nas zainteresowania, kiedy okazało się, że filipiński reżyser (Mikhail Red) postawił na konkretniejsze rozwinięcie fabuły, na zmuszenie widza do myślenia. I to w taki sposób, że razem z siostrą siedziałyśmy cicho przez te około 40 minut i w całości oddałyśmy się seansowi. To było 100% skupienia, a za takie chwile dziękuję kinu.

A końcówka filmu wbiła mnie w krzesło. Była piękna, było emocjonalna i przede wszystkim; niespodziewana, ale w ten ładny, niesztuczny sposób. Tym bardziej nie ukrywam, że średnia ocen zszokowała mnie. Wiem, że nie ma się nią, co przejmować, ale 4,7 na imdb i dokładnie tyle samo na filmwebie wydaje mi się lekko niesprawiedliwe. Chociaż z tego, co zauważyłam, horrory tak mają. Są traktowane nie-fair.
Kontrast między ocenami jest wyjątkowo rzucający się w oczy. Można znaleźć pełno opinii poniżej 3 gwiazdek i równie wiele zdań, które zawierają masę zachwalających epitetów. Mimo wszystko, jedno należy przyznać: film jest w stanie wystraszyć nawet najodporniejszych widzów.

Dodam jeszcze

Nie mogłam wyjść z zachwytu, jeśli chodzi o grę aktorską Bei Alonzo, która zagrała  Pat Consolacion, czyli główną bohaterkę (pani na zdjęciach) i warto obejrzeć chociażby dla jej wyczynów przed kamerą.

Najważniejsze pytanie: warto czy lepiej dać sobie spokój? 

Zaryzykuję i napiszę, że opłaca się. Jeśli przebrnie się przez około 30-40 minut i dotrze się do momentu, w którym wszystko nabiera tempa, a sama historia dziewczynki zaczyna się układać w sensowną całość to można zakończyć seans z przyzwoitym zadowoleniem. Ale jak wspomniałam: "Szkoła grozy" to tytuł, który dzieli ludzi. 

Loppu koniec po pięknym, fińskim języku!!

Dziękuję za tę chwilkę spędzoną na Pandzi. Jeśli ktoś ma do polecenia horrory/thrillery/ogólnie dobre kino na jesień, to bardzo chętnie przyjmę kilka tytułów na swój ekran! 
Mam nadzieję, że do usłyszenia za niedługo.
Trzymaj się ciepło 💗

Horror:
恐怖片 (kǒng bù piàn)
Kauhuelokuva 
I taka ciekawostka: w języku fińskim "horro" może oznaczać "drzemkę" lub "hibernację".

Tragedia o komediowym tytule


Cześć, moi, 你好!
"Czyim mężem był mój eks?" - tak brzmi polski tytuł i trochę mi wstyd, że widząc go na Netflixie stwierdziłam, że poświęcę swój czas na coś o takiej nazwie. Na swoją obronę mogę napisać, że przekonał mnie kraj produkcji i chęć nasłuchania się mandaryńskiego.
Ale już na wstępie wspomnę: nie żałuję ani minuty spędzonej nad tą produkcją, bo przyznam szczerze, że dawno nie płakałam tak rzewnymi łzami. A ten nieco zabawny, lekki tytuł wcale nie oddaje tego, o czym sam film opowiada. Wcale nie mamy tam komediowej walki o mężczyznę czy przerysowane postacie mające na celu rozbawić widza. Nic z tych rzeczy. Bo jest to ciężka historia. Jedna z tych, przy której trzeba wykrzesać z siebie wiele współczucia i zrozumienia.
Mimo wszystko, film jasno odpowiada na pytanie: "czyim mężem TAK NAPRAWDĘ był mój eks?"


Fabuła 

Song Zhengyuan umiera, zostawiając zrozpaczoną żonę, syna i kochanka. Młody Song Chengxi nie dogaduje się ze swoją mamą, a jej konflikt z kochankiem ojca nie polepsza ich relacji. A kłócą się oni o spadek, który przepisał zmarły nie na kobietę, a na mężczyznę, czego ona nie potrafi znieść i próbuje odzyskać to, co w jej mniemaniu, należy się tylko i wyłącznie żonie, a nie "obcemu" człowiekowi. 
Wszystko dzieje się przy akompaniamencie teatru, co jest najbardziej emocjonalnym motywem, bo sztuka wiąże się mocno z dwoma głównymi bohaterami.
I właściwie na tym mogę tutaj skończyć, bo więcej zdradzę w samej opinii. Dlatego teraz zapraszam do przeczytania mojego zdania, które piszę trzęsącymi się dłońmi na myśl o jednym z momentów wyciągniętym z tego filmu.
(Troszkę hiperbolizuję, ale tylko po to, aby pokazać, jak mocno wpłynęła na mnie ta produkcja.)


Pandzie zdanie 

Zacznę tak: każdy z nas ma swoje tytuły, do których od czasu do czasu wraca, nawet włączając wybrane fragmenty, aby jeszcze raz chociaż troszkę odczuć to, co czuło się za tym pierwszym, oglądanym/czytanym/przesłuchanym razem. I dla mnie - to jest dokładnie film z tej półki. Kiedy masz wrażenie, że coś tego pokroju nie powinno podlegać ocenie, tylko powinny być przeliczniki łez.

Trzy główne postacie są bardzo dobrze zarysowane. Mamy syna, który przysięgam, że jest wyjątkowo denerwującą osobą, ale ta jego opryskliwość można w łatwy sposób usprawiedliwiać sytuacją rodzinną. A ta na pewno będzie sprzyjała nikomu, zwłaszcza człowiekowi w tak młodym wieku, kiedy nasze spojrzenie na świat dopiero się kształtuje.  
Z drugiej strony obserwujemy kobietę, mamę, wdowę: Liu Sanlian dowiadującą się, że jej zmarły mąż przepisał pieniądze na osobę, którą ona darzyła wielką nienawiścią, ale tą z największych, najsilniejszych i destrukcyjnych. Osobą, która ją potwornie zraniła. Liu nie chce pozwolić na to, aby poniżono ją w taki sposób. Dlatego wręcz nachodzi kochanka męża - Jaya. 

I na tej podstawie można od razu pomyśleć, kto ma słuszność w zaistniałej sprawie, ale ona wcale nie jest taka łatwa i jasna, jak nam się wydaje. Podczas seansu ciągle wychodzą na światło dzienne nowe fakty, które wywołują mieszane uczucia. Bo z jednej strony Sanlian ma przerażające życie emocjonalne, a potem patrzysz na ogół i masz mętlik w głowie. W każdym razie końcówka jest piękna i myślę, że dokładnie taka, jaka miała być. 
No i Jay, czyli ten zły, oschły z zaniedbanym mieszkaniem i właściwie samym sobą. Jest skupiony na wystawieniu sztuki, której jest reżyserem. Marzy mu się, aby przywrócić tym dawną świetność teatru. 


Poza samą historią chciałabym wyróżnić dwie rzeczy: Roy'a Chiu, czyli aktora grającego Jaya i Ying-Xuan Hsieh, która odgrywała Liu Sanlian. Ja kupiłam te dwie postacie i dla mnie wypadły wyjątkowo dobrze, a ich duet sprawił, że film dodatkowo zyskał. 
Wydaje mi się, że cięższą rolę miała do odegrania Hsieh, bo jednak musiała operować całą gamą emocji; począwszy od manipulującej matki, która poprzez łzy próbowała wzbudzić w synu litość przez próbującą uratować małżeństwo żonie, kończąc na awanturującej się na klatce schodowej kobiecie. I Ying-Xuan zrobiła to po mistrzowsku. 
Drugą sprawą są kadry. Te nowe tajwańskie i chińskie produkcje są dla mnie wyjątkowe pod tym względem, bo przypominając sobie takie filmy jak" "My i oni", "Obłąkany świat" czy "The stolen years" to w każdym z nich obraz robił swoje. Szczególnie w "Obłąkanym świecie" i "Czyim mężem był mój eks?" wizualna strona podkreślała dramat rozgrywający się na ekranie. 

Często słyszę i czytam o tym, że to azjatyckie kino jest zbyt patetyczne. Dużo w tym płaczów, krzyków i jeszcze raz płaczów. Ja lubię filmy z tamtych regionów, ale jestem w stanie zrozumieć, dlaczego do europejskiego odbiorcy one mogą nie trafiać. 
Mimo wszystko, myślę, że w przedstawianej przeze mnie produkcji ta azjatycka specyfika kierowania uczuciami bohaterów nie jest aż tak skrajna. Jest dość sporo krzyków ze strony Liu, ale jestem przekonana, że były one całkowicie potrzebne i taka właśnie była Sanlian. 

Co sądzi inny typ widza niż ja? 

Czyli co myśli Knightx?

Kończąc, polecam z całego serduszka, bo mój licznik łez dawno nie przekroczył takiego wyniku. 
A tutaj dodaję jeszcze krótką opinię bliskiej mi osoby o "Czyim mężem był mój eks?", a jest ona widzem, który preferuje całkowicie inne kino ode mnie. Oto zdanie osoby uwielbiającej takie realizacje jak: "Wikingowie", "Troja", "Dobry, zły i brzydki" czy "The Walking Dead". Ażeby nie było tak słodko, a co!
Przy analizie tego filmu przypomniałam sobie pewien artykuł, którego tematyką była sprawiedliwość według Chin. Mówiła ona, że tam nie ma takiej Europejskiej teorii "Winny jest tylko jeden i jeden ponosi karę (głównie chodziło o sprawy w sądach)".Tak i w tym filmie uważam, że ta mentalność chińska była w dużej mierze widoczna. Podczas seansu ciągle zmieniałam strony winne. Matka tylko kochała syna i za tę miłość chciała w zamian takiej wierności, oddania. W związku z sytuacją z jej mężem bała się, że straci kolejnego członka rodziny. Stawała się zazdrosna, bo ten sam człowiek odbierał kobiecie cząstkę domu, tylko takiego rodzinnego. A kochanek nie mógł wytrzymać utraty swojej miłości. Zachowywał się obojętnie praktycznie do wszystkich wokół. Bywał agresywny wobec pracowników. Tak jak matka, on też miał ku temu swój osobisty powód. Syn mnie w pewnym momencie zaczął dręczyć, ale chyba rozumiem jego postępowanie. Ja też ciągle mam takie swoje widzimisię, buntuję się i dni, w których wolę pobyć z daleka od domu. W recenzji, która pewnie wyjdzie mi znacznie dłuższa, niż pierwotnie miałam w planach, chciałam nawiązać do samej kolorystyki panującej w scenografii. Do tej pory, kiedy myślę o tym filmie, moim pierwszym obrazem jest ciemność, przez którą przebijają się odcień niebieski i fioletowy. Miałam jeszcze wiele rzeczy do powiedzenia, ale nie chcę tutaj strasznie się rozpisywać, bo wyglądałoby, że jestem wygadana jak osioł z animacji "Shrek". A skończyć kiedyś trzeba. W tym przypadku przechodzę do podsumowania. Ta ekranizacja ma na celu bardziej nami wstrząsnąć emocjonalnie, mniej uwagi poświęca na samą fabułę. Po obejrzeniu ciągle czuję niedosyt, film jest dobry i tyle. Żadnej większej satysfakcji, zachwytu i gdyby nie ta recenzja nie analizowałabym tak dogłębnie przekazu w tym filmie, doszukując się kolejnych wartości.
Wniosek jest taki: jeśli czujesz, że uwielbiane przez Knightxa tytuły są Ci bliższe niż te moje, to możesz się zwyczajnie w świecie męczyć podczas seansu. To prawda, że mimo wszystko najlepiej jest sprawdzić samemu, bo nikt nie ma dokładnie, co do książki czy płyty, takiego gustu jak Ty. Ale wydaje mi się, że to w jakiś sposób ułatwia ukierunkowanie się za co chwytać, a za co nie.


Wszystkiego dobrego

...na nadchodzący weekend. Chcę jeszcze tutaj zostawić dwa pytania: 
  • Czy dla Ciebie kino azjatyckie jest zbyt przesadne, sztuczne czy jednak jesteś jej fanem?
  • Jakie filmy ostatnio trafiły przed Twoje oczy? 
Na sam koniec dodam suche fakty.
Jest to tajwańskie dzieło, które pochodzi z listopada 2018.
Można go znaleźć na Netflixie.
Angielski i oryginalny tytuł to "Dear Ex".
Trwa około 100 minut.
Jest przepiękny.

Pozdrawiam najcieplej! 
Panda Fińsko-Chińska

PS Mam bardzo dobrą wiadomość! Wydawnictwo Poznańskie zapowiedziało premierę książki "Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki" autorstwa Aleksandry Michty-Juntunen na 16 października tego roku. Jeśli ktoś chce zobaczyć okładkę, to tutaj macie link do wpisu na Instagramie. Dla jasności, nikt nie kazał mi tego zrobić ani nie zapłacił mi za to, ani nic z tych rzeczy. Po prostu dzielę się dobrą nowiną, bo mnie ona bardzo ucieszyła.