Hej, terve, 你好!
Dziś znowu filmowo, ale nie mogę nie podzielić się tą tajską, kinową perełką. Zanim do tego przejdę, to muszę przyznać, że marzec był i w sumie jest dla mnie ciężkim miesiącem - niby miałam urodziny, dostałam dużo dobra, a jednak ciężko znaleźć mi chęci na cokolwiek. I żywię szczerą nadzieję, że wraz z wiosną odżyję i wezmę się porządnie za bloga, który de facto - sprawia mi wiele radości i opiekując się nim, zaczynam zajmować się innymi rzeczami, chociażby fotografią, filmami, książkami. A za tym idzie jeszcze jedna konsekwencja; mogę w końcu zapomnieć o szkole, o tym, że na jutro mam to i to do zrobienia z biologii, chemii, matematyki. To wszystko odchodzi na chwilę. Nawet teraz, kiedy zamiast mieć stałą równowagi w głowie - mam piękne widoki z "Malila - The Farewell Flowers", niezwykle wzruszającą fabułę, skupiającą się przede wszystkim na relacji między dwójką zakochanych w sobie osób. O tak, tego właśnie potrzebuję. Odrobiny wrażliwości, trochę więcej pięknych działań od słów, czego nie brakuje tajskiej produkcji.
Swoją drogą, musiałam dodać oryginalny tytuł filmu w tajskich znakach, bo jejku, alfabet z tego kraju albo jak niektórzy mówią "ślimaczki" są genialne i ja chcę takie cudowności na moim blogu.

O co chodzi?
Ciężko mi napisać, o czym jest fabuła. Na pewno fani filmów akcji nie zostaną zaspokojeni. Nie dzieje się tutaj wiele pod tym względem, ale zdecydowanie nadrabia tutaj sfera psychologiczna, skupiająca się na uczuciach między bohaterami. Tak, jak wcześniej wspomniałam, "Malila - The Farewell Flowers" to przede wszystkim historia o tym, co dzieli dwie osoby; Shane'a i Picha, którzy dawniej byli kochankami. Spotykają się ze sobą po dłuższym czasie. Pich wyjechał z miasta. Shane ożenił się, ale przez pewne okoliczności, w tym alkoholizm, rozstaje się ze swoją żoną - te rzeczy i nieco więcej innych spraw dzieje się na samym początku, ale nie chcę o nich pisać, żeby nie zepsuć wszystkiego. Druga część - to już uczucia. Do tego dodałam sobie mnichów, letnie łąki, dużo zieleni, pięknych ujęć i stwierdziłam, że nie, nie wytrzymam. Było koło 23:00, a rano musiałam wstać do szkoły na 7:30, ale "bardzo mądrze" zdecydowałam obejrzeć połowę, żeby dokończyć następnego dnia i wyspać się jak normalny człowiek.
I faktycznie skończyłam kolejnego dnia, ale koło 1:00 w nocy. Momentami wstawałam z łóżka po chusteczki, bo serce mi nie wytrzymywało tłuczone taką ilością emocji. Oczywiście, przez kolejną godzinę nie mogłam zasnąć, myśląc o tym, co się właśnie stało. I JAK JA MOGĘ ŻYĆ PO OBEJRZENIU CZEGOŚ TAKIEGO? A to jest jedno z gorszych uczuć, które doświadczam po filmach. Z milionami myśli, oddychając ciężko, stwierdziłam, a co, dołożę sobie jeszcze muzykę z tego filmu (której jeszcze przed nocnym seansem słuchałam!) i wtedy to się dopiero zaczęło.
Są soundtracki wywołujące we mnie łzy od pierwszych sekund, chociażby takie jak z "Brokeback Mountain", "Żegnaj moja konkubino" czy "Spragnieni miłości", ale oficjalnie dodaję do listy jeszcze tę melodię z tajskiej historii.
Mniej uczuciowe rzeczy
Reżyserką jest Pani o niezwykle ciężkim nazwisku: Anucha Boonyawatana, która również odpowiada za scenariusz razem z Waasuthep Ketpetch. Piękne są te tajskie nazwiska. Zresztą, sam język tajski jest naprawdę wyjątkowy i zauroczył mnie w sobie podobnie jak sama historia.
Trwa 94 minut, a swoją premierę miał niedawno, bo 2 lata temu. Zebrał też trochę nagród, m.in. za najbardziej oryginalną produkcję podczas 15-nastej edycji festiwalu filmów we Włoszech. Wydawałoby się, że taka drobnostka, ale jednak - wyróżnienie to wyróżnienie i subiektywnie patrząc, zasłużone w 200%.
A miłości nie było końca
Czy pojawia się w tym filmie coś, czego się nie spodziewamy? Myślę, że może jeden moment - ten kluczowy, praktycznie ostatni nie będzie dla każdego oczywisty, ale poza tym, wydaje mi się, że nie dostajemy na tacy niczego, co odwróciłoby akcję o 180 stopni. Co nie ujmuje filmowi. Tu nie chodzi o to, że mamy wytrzeszczać oczy, bo tego, a tamtego się nie spodziewaliśmy ani absolutnie nie są to chwile, podczas których śmialibyśmy się. Nie, nie, nie. Tu chodzi przede wszystkim o refleksję. O te monotonię, o niepokojący spokój, bo z jednej strony zaczyna się wszystko układać, ale jednak coś jest nie tak i zdajesz sobie sprawę, że w pewnym momencie to wszystko runie i panicznie boisz się tego momentu. W moim przypadku - ciężko to było przetrwać.
Dlatego, odpowiadając na pytanie, co mi dał ten film, mogę stwierdzić, że pewnego rodzaju katharsis (ostatnio nadużywane przeze mnie słowo, ale tutaj to ma sens). Czułam się dobrze z tym, że w końcu mogę się wypłakać i to w dodatku nad czymś tak wyjątkowym.
Tak szczerze pisząc, to nie wiem, czy moja fascynacja "Malila - The Farewell Flowers" jest tak hiperbolizowana ze względu na to przez jaki ciężki czas wtedy przechodziłam czy nie, ale mimo wszystko, patrzę na ten tytuł jak na coś naprawdę doskonałego i uderzającego.
Jeśli miałabym szukać na siłę wady, to napisałabym jedną. Troszkę zaczęło mi się nudzić w drugiej części filmu po tej bombie emocjonalnej, ale uważam to za drobnostkę, patrząc na całość. Taką prawie niewidoczną.
Dotarliśmy do końca
Co mogę dodać po takiej fali komplementów? Obejrzałam go pierwszy raz plus minus miesiąc temu i od tego czasu wracałam do pewnych fragmentów parę razy. Często tak mam. W szczególności w sytuacjach, kiedy moje samopoczucie nie jest najlepsze. Wtedy wielkim ukojeniem są filmy, poruszające mnie. Nie tylko, żeby popatrzeć na tę intensywną zieleń, ale też ze względu na potrzebę wrażliwości. Wspomnę też, że zawiera kilka drastyczniejszych scen.
Niektórzy mogą go nazwać surowym, a jednak dla mnie otulony słonecznym ciepłem i także tym, między bohaterami.
Kolejną produkcję polecam Ci z całego mojego serduszka, dotkniętego przez Malilę. Przy okazji wprowadzę też odrobinę Tajlandii, która intensywnie chodzi mi po głowie od paru miesięcy.
Wszystkiego dobrego dla Ciebie na kolejne dni, a ja biorę się za bloga i basta!
Tajlandia:
Thaimaa (prawda, że cudowne?)
(
Tài guó) 泰国