
Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta, a teraz także - xin chào!
"Zaczytana i bestia" to, jak się domyślacie, retelling "Pięknej i Bestii", a zarazem trzecia książka Ashley Poston. Tworzą one uniwersum Starfield, czyli coś podobnego do naszych Star Wars, i właśnie to łączy wszystkie tytuły napisane przez panią Poston. Zatem w głowie może się pojawić pytanie, czy należy zacząć od konkretnej książki (tzn. "Geekerella", która nawiązuje do Kopciuszka oraz baśń o Księciu i żebraku jako "Księżniczka i fangirl")? Otóż, moja odpowiedź brzmi - nie, nie trzeba. Śmiało można chwytać chociażby po tę część bez znajomości poprzednich tytułów!
Słów kilka o tym, jak ją zdobyłam
Słyszałam o niej dużo, bo na bookstargramie czy booktubie pojawiało się recenzji tyle, co grzybów po deszczu, ale nie miałam w planach zamawiać jej, bo listę i tak miałam zapełnioną innymi książkami. Ale!
Come.book zorganizowała rozdanie, w którym można było wygrać "Zaczytaną i Bestię", więc myślę sobie, czemu nie? A temat był fajny, bo należało napisać o naszej ulubionej animacji i dlaczego akurat ona jest dla nas specjalna (ja wybrałam "Mulan"!). Udało mi się, dostałam ją, przyszła, przeczytałam i teraz chcę wypowiedzieć się o niej krótko.
Dlatego pozwolę sobie przytoczyć słowa, które pozwoliły mi zapoznać się z omawianym tytułem!
Mulan okazała się moim podświadomym marzeniem, który miałam odkryć dopiero w liceum. (Wcale nie chodzi o to, żeby latać z mieczem po wsi, ale kto tam wie.) Nie umiałam czytać, babcia zawiązywała mi sznurówki, a już wtedy "Mulan" mogłabym spokojnie recytować. Podziwiałam w niej wszystko; począwszy od odwagi. Ale później - po prostu odeszła w zapomnienie, co było totalnie naturalne. A jeszcze naturalniejszym wydaje mi się fakt, że od trzech lat marzę o tym, aby zostać sinologiem. Może naiwnie, ale wierzę w to, że już będąc brzdącem chińska kultura przylegała do mnie, fascynowała i została mi pisana, bo nic nie sprawia mi tyle radości, co czytanie o tym odległym kraju. Dlatego "Mulan" jest moim symbolem przeznaczenia, a kiedy moje samopoczucie to dno, oglądanie tejże animacji ma mi przypominać, do czego dążę. Jest mi potrzebna szczególnie w obecnym czasie, czekając na wyniki matur, na ogłoszenie, na jakie studia się dostałam i czy będę mogła na nich rozwijać swoje zamiłowanie. Mulan jest też skrzydłami, jakkolwiek trywialnie to brzmi.
Co prawda, na sinologię muszę jeszcze poczekać, ale nie ukrywam, że ważny jest dla mnie ten tekst, dlatego chcę go na Pandzi na pamiątkę!
W każdym razie, zapraszam już do recenzji. ☺
Fabuła
Książka ma narrację dwutorową. Z jednej strony poznajemy Rosie Thorne, która jest totalnym nerdem i introwertykiem. Jednak pewnego dnia jej przyjaciele - Quinn i Annie - zabierają ją na konwent, gdzie nastolatka poznaje tajemniczego cosplayera. Momentalnie między nimi zaczyna iskrzyć, ale następnego dnia słuch po nim ginie, a ona nawet nie zapytała o jego imię, a co dopiero o jakikolwiek kontakt. Dlatego zmuszona jest o nim zapomnieć.
Z drugiej strony poznajemy Vance, czyli siedemnastolatka, który jest wielką gwiazdą filmową. Jego ojczym jest szefem wytwórni Starfield, a z mamą nie ma najlepszego kontaktu. Ma jej za złe wiele rzeczy, jak np. to, że kiedy wybuchnął skandal z nim na czele, ona nie zrobiła nic w jego obronie, aby zatrzymać ojczyma przed wysłaniem Vance'a na odludzie. Tam chłopak musi spędzić kilka tygodni z jego managerem Eliasem , aż do czasu ukończenia osiemnastego roku życia.
Nie spodziewa się, że przez absurdalny splot wydarzeń, pozna Rosie Thorne, która de facto, posiada jego plakat nad łóżkiem.
No i, co myślę?
Ciężko nie zacząć od wizualnej strony, bo wydana została po prostu bajecznie. Kiedy tylko przypomnę sobie o tej książce, to muszą ją wziąć w ręce i jeszcze raz - przyjrzeć się jej. Tytuł na przodzie okładki czy z boku jest holograficzny, co z pewnością wyróżnia się na tle innych wydań na mojej półce. Poza tym, rysunki na początkowych stronach były miłym zaskoczeniem. W związku z tym, wydawnictwo dostaje ode mnie 6+ za możliwość nacieszenia oka!
Nie wiem dlaczego, ale ciągnie mnie do młodzieżówek w ostatnich miesiącach. Tę książkę super mi się czytało po pracy. Byłam zmęczona po całym dniu, a mimo wszystko, okrywałam się kocykiem w salonie, robiłam sobie herbatkę i mogłam się skupić na historii, bo nie jest ona wymagająca. Przeczytałam ją w ciągu trzech dni, ale! Myślę, że gdyby mnie bardziej wciągnęła, to spokojnie wystarczyłby dzień, aby się z nią zapoznać w całości. No właśnie, gdyby tylko historia mnie zaangażowała.
Dużo nad nią myślałam, aby dobrze przekazać moje uczucia względem niej i dochodzę do jednego wniosku. Gdyby akcja skupiałaby się na pobocznych bohaterach, a nie głównych - to bardziej by mnie to zaangażowało. Nie mogę ukryć, że Vance i Rosie działali mi na nerwy, napiszę to wprost, bez żadnych eufemizmów. Pojawiały się przebłyski, kiedy byli jeszcze do przetrwania, np. scena w szopie, ona była akurat urocza! Aczkolwiek nadal nie zmienia to tego, że chętniej poczytałabym o tacie głównej bohaterki (którego jej przyjaciele nazywali "Kosmicznym tatą", co mnie urzekło, jak cała jego osoba), bo to właśnie na akcje z nim wyczekiwałam.
Historia jest przewidywalna, ale wcale nie ujmuje to książce. Czasami takie rzeczy są potrzebne, nie zawsze trzeba czytać wybitnych tytułów i w żaden sposób nie jest to gorsze/lepsze. Mimo to, cieszyłam się przy ostatnich stronach. Nie tym, jak zakończyły się losy Rosie i Vance'a, ale że w ogóle dobrnęłam do końca.
O czymś jednak muszę jeszcze wspomnieć. Jestem wrażliwa na pewne kwestie i tematy. Dlatego, gdy zobaczyłam, że tłumaczka wprowadziła czasowniki w formie "zaczęłobym", "powiedziołom", itd. to przyklasnęłam. Już tłumaczę. W języku polskim jest niemały problem z zaimkami dla osób niebinarnych. W języku angielskim używa się zaimków they/them. A w "Zaczytanej i Bestii" to Quinn jest takim człowiekiem, więc jestem naprawdę zadowolona, że tłumaczka nie poszła na łatwiznę. I jasne, są to normalne rzeczy, które nie powinny robić wrażenia, a mimo to, nie spotkałam się jeszcze w literaturze po polsku z przytoczonym przeze mnie zabiegiem.
Z przykrością muszę skończyć tę recenzję, ale nie jestem zachwycona najnowszą pozycją od Ashley Poston. Jasne, jest dobra do poczytania po męczącym dniu, ale nie uważam, aby to była najlepsza młodzieżówka, jaką przeczytałam w swoim życiu. Co więcej, raczej musiałam się do niej zmuszać niż faktycznie czerpać radość z czytania. Ale wciąż - wygląda przepięknie na półce!
Nie polecam, niestety, jednak jestem wdzięczna za możliwość zaspokojenia mojej ciekawości.
Na koniec - chwalę się ostatnim, lalkowym zakupem. Tym razem V z Mattela, który wygląda po prostu cudowanie i w dodatku ma na sobie ciuchy, jakie sama chętnie założyłabym. Dlatego też, mam kolejnego, pięknego towarzysza na biurku!
sách - książka
búp bê - lalka
Wszystkie zakładki, które widoczne są na zdjęciu, są autorstwa
spells.book i uwielbiam je!
Ściskam Was ciepło,
Panda Fińsko-Chińska (i wietnamska, a co!)