Wojna Makowa | Rebecca F. Kuang


Wojna nie jest grą, której stawką są podziw i zaszczyty; to nie zabawa, nad którą czuwają mistrzowie, chroniący zawodników przed poważniejszymi urazami. Wojna to koszmar.

 大家好! Cześć wszystkim!

Przychodzę dzisiaj do Was z recenzją szczególnej książki. "Wojna Makowa" jest jednym z naprawdę niewielu tytułów, które zrobiłyby taki szum nie tylko w Polsce, ale również za granicą. Przecież gdzie nie spojrzeć - tam pojawia się omawiany tytuł i co więcej! Zbiera przy tym FENOMENALNE opinie. Jasne, zdarzają się czytelnicy, którzy wychodzili po lekturze zawiedzeni, ale trzeba przyznać, że zatrważająca większość zakochała się w dziele Kuang. 

Jakie audiobooki warto przesłuchać na bookbeat? | Lipiec 2021



Wstęp

Xin chào!
    O audiobookach nie było na tym blogu ani słowa. Muszę przyznać, że zawsze było mi z nimi nie po drodze, a z drugiej strony wydawało mi się, że to nie dla mnie, bo się nie skupię, bo wolę książkę na papierze, etc. I faktycznie - kiedy mówię ludziom, że rozpoczynam swoją przygodę z audiobookami, to większość z nich reaguje raczej negatywnie aniżeli pozytywnie. Wcale się im nie dziwię. 
    Aż do pewnego lipcowego dnia, kiedy ustawiwszy sobie leżaczek przed domem, otworzyłem książkę papierową i w ni ząb nie wchodziło mi do głowy to, co czytam, a jednak korciło mnie, żeby wykorzystać czas na czytanie. 
    Wieczorem jedna z booktuberek opowiedziała o bookbeat i pomimo mojej niechęci do słuchowisk, stwierdziłem, że dobra - spróbujmy. Miesiąc za darmo, najwyżej zrezygnuję i tyle. 
    Jak się możecie domyślić - był to strzał w dziesiątkę. Jazda autobusem? No to audiobook! Idę do paczkomatu? Kurde, może sobie włączę audiobooka. Przed spaniem? Audiobook! 

Jakie mam z tego korzyści? 
1) Szybciej zapoznaję się z książkami. 
2) O dziwo - motywuje mnie to do czytania książek w ogóle, nie tylko w formie słuchowej. 
3) Uwielbiam wieczory, kiedy leżę w łóżku, wszędzie ciemno, ale słyszę opowiadaną mi historię. Bardzo mnie to uspokaja i relaksuje. 
4) Audiobooka mogę włączyć, gdy coś robię albo gdzieś idę/jadę. 

Pieśń o Achillesie | Madeline Miller


Hyvää huomenta!
Dziś trochę o książce, która wyskoczyła mi na social mediach totalnie niespodziewanie. Nigdy wcześniej nie udało mi się usłyszeć o tym tytule, dopiero w połowie czerwca (kiedy "Pieśń o Achillesie" miała swoją premierę w serii butikowej wydawanej przez Albatros) pierwszy raz spotykałem się z tą lekturą. Co ciekawe, wcześniej historia Achillesa i Patroklosa została wydana pod innym tytułem "Achilles. W pułapce przeznaczenia" i z tego, co wiem, była białym krukiem. Natomiast nowe wydanie sprawiło, że booktube w Polsce oszalał na punkcie tworu Madeline Miller. 
Mnie momentalnie urzekła nie tylko oprawa graficzna, ale również sam pomysł na fabułę, o czym już opowiadam! 

Niewidzialne życie Addie LaRue | V.E. Schwab


Wstęp

Cześć wszystkim!

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją książki, która jest jedną z najgłośniejszych premier tego roku. W marcu okładka "Niewidzialnego życia Addie LaRure" wyskakiwała ze wszystkich stron i kątów. Co więcej! Cztery miesiące po premierze dzieło Schwab wciąż pojawia się permanentnie w social mediach. 

Te wiedźmy nie płoną | Isabel Sterling

Ciężko jest się pogodzić z tym, że ludzie, których kochaliśmy, idą dalej bez nas.                  



Hyvää huomenta! 

Wstęp


Nadal nie mam pewności, czy pisanie tej recenzji jest dobrym pomysłem. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. W każdym razie! "Te wiedźmy nie płoną" to iście popularny tytuł, który przewijał mi się non stop na instagramie, youtubie czy facebooku. Nigdy nie zwróciłem na niego większej uwagi z dwóch względów; oho, fantastyka, a ja raczej od niej stronię; natomiast po drugie, jak wiecie, nie miałem (czas przeszły jest ważny tutaj!) najlepszej relacji z młodzieżówkami. Ba! Każdą możliwą książkę w tym gatunku unikałem jak ognia. Cóż więc skłoniło mnie do chwycenia po dzieło Isabel Sterling? Kontrowersja. 

Laik vs. "Wszechświat w twojej dłoni"



Xin chào! 

W pierwszej klasie liceum miałam taki okres w swoim życiu, w którym fascynowała mnie astronomia. Trwało to góra miesiąc, ale jednak - pojawiły się podobne (kolejne zresztą) miłostki. I jak na taką zajawkę przystało; czytałam o Hawkingu, obejrzałam o nim film; wyszukiwałam wszelakiego rodzaju ogólnych informacji o naszej i sąsiedniej galaktyce, księżycu itp. Kupiłam sobie nawet książkę, którą de facto przeczytałam trzy lata później, ale mimo wszystko kupiłam. Siedziała na półce i za każdym razem, gdy na nią spojrzałam przypominała mi o chwilowej fascynacji astronomią. 

Co warto zaznaczyć, do "Wszechświat w twojej dłoni" miałam aż cztery albo i pięć podejść, ale za każdym razem mówiłam sobie "nie, to jest za trudne dla mnie" i odkładałam na kolejne miesiące. Napiszę więcej; osoby, które również znały tę lekturę powtarzały mi, że zaczęły czytać "Wszechświat...", ale zrezygnowało po kilku pierwszych stronach. Za trudne. I ostatnio znowuż podeszłam do niej z nadzieją, że może tym razem się uda (a wybrałam idealny termin; zaraz przed sesją) i o dziwo, udało się. Jestem po prawie czterystu stronach książki Galfarda. 

Okazało się nawet, że mam coś do powiedzenia na jej temat, stąd też ten wpis. 

Zacznę od informacji dla wszystkich tych, który zaczęli, ale zrezygnowali; dajcie szansę tej książce. Potem zrobi się dużo łatwiej i ciekawiej. Naprawdę. 



Moja opinia: Ta lektura ubogaciła mnie w taką wiedzę, że teraz gdy patrzę w górę, w niebo, w gwiazdy, księżyc; widzę coś całkowicie innego. Majestatycznego. Coś, co jest po pierwsze; dużo silniejsze od nas, coś, od czego to MY jesteśmy zależni, a nie coś od nas (jako od ludzkości), a w dodatku jeszcze nie odkryliśmy wszystkiego. Ha! Właściwie wiele przed nami. 

Galaktyka to skupisko około 300 miliardów gwiazd! 

Napiszę tak: kiedy przełamywałam się przez pierwsze strony, które wydawały mi się szalenie ciężkie, to im dalej w las nie tylko pojawiała się satysfakcja, fascynacja, wiara w siebie, ale również przerażenie. Ale przerażenie czym? Przecież właśnie wspomniałam, że nie ma się czego bać; tylko brnąć przez lekturę. Cóż, nie wynika to z niezrozumienia tekstu, a wręcz przeciwnie. Ze świadomości, o czym się właśnie czyta. Bo jak to tak? Jak to nasza galaktyka Droga Mleczna ma się ku sąsiedniej galaktyce Andromedzie i za cztery miliardy lat one się ze sobą połączą? Ale jak to za pięć miliardów lat słońce wybuchnie? No, jest gwiazdą, dlatego wybuch..ALE JAK TO? Dochodziło do tego, że musiałam odstawić na jakiś czas książkę, aby przemyśleć sprawę. Za wiele wrażeń jak na jedną sesję czytelniczą.

 Ludzkie oczy pozwalają dostrzec kilkaset gwiazd należących do naszej galaktyki, Drogi Mlecznej, oraz ledwie widoczne ślady kilku innych, pobliskich galaktyk. Trzeba jednak wiedzieć, gdzie tych ostatnich szukać!  

I ja wiem, teraz ktoś może pomyśleć, że jakim cudem o tym nie wiedziałam? Poważnie, nie miałam zielonego pojęcia. A ta książka niewątpliwie otworzyła mi oczy na wiele zagadnień. 

Uważam też, że jest świetnie napisana. Przez prawie trzysta stron byłam przekonana, że jest to tak sprytnie i intrygująco napisana lektura o trudnych do pojęcia sprawach, że z całą pewnością będę ją podrzucać znajomym. Autor swoją wiedzę z fizyki wsadził w opowieść i to w dodatku napisaną w narracji drugoosobowej (czyli zwracając się niejako do czytelnika). Genialny zabieg, aby dodatkowo utrzymać uwagę odbiorcy. 

Jeśli by wysłać wiadomość na gwiazdę znajdującej się w Andromedzie (nasza sąsiednia galaktyka), to dotarłaby ona za 2,5 miliona lat.  

Hej! To w takim razie brzmi jak książka idealna! I faktycznie; jak wspomniałam, przez trzysta stron byłam oszołomiona i zachwycona, ale potem - oj potem - przez ostatnich sto kartek zastanawiałam się, czy aby na pewno czytam jedną i tę samą książkę? Stała się monotonna, a przez to nudna. Coraz mniej mnie do niej ciągnęło, co więcej; pod koniec musiałam się zmuszać do czytania. I jak 3/4 przeczytałam w niecały dzień, tak reszta zajęła mi dobrych kilka dni. Pomyślałam, że może straciłam skupienie, więc wróciłam do stu ostatnich stron, ale cóż, było dokładnie tak samo jak za pierwszym razem. Nie wykluczam, że prawdopodobnie nie mam wystarczającej wiedzy, aby hm, ekscytować się tą 1/4 lektury. Jednak mam nadzieję, że rozumiecie moje rozczarowanie. Kiedy czytasz z zapartym tchem, a później próbujesz przebrnąć jakoś do epilogu. Straszny zawód. 

Słońce jest przedstawicielem drugiej albo trzeciej generacji gwiazd. 

Nie zmienia to faktu, że ta książka stała się dla mnie rewolucją w myśleniu. Zawsze, gdy myślałam o wszechświecie, zdawałam sobie sprawę z własnej małostkowości, a po tej lekturze weszło to na wyższy poziom. I ktoś może stwierdzić, że po co o tym myśleć? Jasne, każdy ma prawo do własnego podejścia. Natomiast ja uważam, że zdobywanie wiedzy o wszechświecie jest porządną lekcją pokory, którą każdy powinien nabyć. Chociaż wiem, jak trudne jest zdanie sobie sprawy z tego, że człowiek nie jest centrum wszystkiego. 

Czy polecam? Niewątpliwie tak. Nawet mimo tych męczarni na ostatnich stronach. Myślę, że warto chwycić po tę pozycję, chociażby po to, aby dowiedzieć się, gdzie tak właściwie mieszkamy, a może kim jesteśmy wobec całości, jakie zajmujemy miejsce? W moim przypadku dobry nastrój był obowiązkowy, bo gdybym nie czuła się najlepiej, to obawiam się, że lektura mogłaby mnie dodatkowo przybić. Jak się okazuje, jestem wrażliwa na takie informacje. Jakkolwiek to brzmi. I nie chodzi mi tylko o te negatywne emocje, ale łatwo popadałam podczas lektury w zachwyt. Ogromny zachwyt. Niesamowite zdać sobie sprawę z tego, że jest się częścią (właściwie ziarenkiem) czegoś niezwykłego jak wszechświat. Polecam także robić sobie notatki podczas czytania!

"Wszechświat w twojej dłoni" na pewno jest dla mnie drogą do kolejnych książek o kosmosie.

Droga Mleczna należy do malutkiej grupy 54 galaktyk (są związane grawitacyjnie). Naukowcy nazwali tę grupę "Grupą Lokalną". Największą z nich jest Andromeda, a na drugim miejscu znajduje się Droga Mleczna. 

Niezwykłość nie kończy się na tej książce! Kiedy piszę post, który właśnie czytasz, kanał Everyday Hero (uwielbiam!) dodał odcinek pt.: "Jak wszechświat uczy pokory?". Zachęcam do obejrzenia! 



Ciekawostka na koniec. Autor książki "Wszechświat w twojej dłoni" Christophe Galfard był uczniem Stephena Hawkinga. Na powyższym zdjęciu możecie zobaczyć ich razem. Źródło zdjęcia: Oficjalna strona Dr Christophe'a Galfarda: about me.

Trzymajcie się ciepło i zdrowo, 

Panda Fińsko-Chińska

Indonezja. Po drugiej stronie raju | Anna Jaklewicz



Xin chào! 

Musicie wiedzieć, że mam straszny problem z reportażami podróżniczymi. Szczególnie, gdy mowa jest o krajach Azji Południowo-Wschodniej (bo z takimi najczęściej mam do czynienia). Miałam okazję przeczytać chociażby książkę o Malezji "Zakochanych w świecie" czy o Wietnamie Andrzeja Mellera i nie wspominam ich zbyt dobrze. "Indonezja. Po drugiej stronie raju" Anny Jaklewicz jest moją lekturą na studiach, co nie zmienia faktu, że chwytając po nią, byłam - delikatnie pisząc - sceptycznie nastawiona. Bałam się "egzotyzacji" (polecam zapoznać się z podcastem "Tajfunowych przypisów", konkretniej z trzecim odcinkiem. Podcast dostępny jest na spotify, a myślę, że warto, bo otworzył mi oczy), krzywdzących stereotypów czy rozdziałów wypchanych po brzegi opinią autor_ki, aniżeli rzetelną wiedzą. 

Istnieją dwa możliwe powody, dla których publikuję dzisiejszą recenzję: albo reportaż o Indonezji wyjątkowo wyprowadził mnie z równowagi, albo pozytywnie zaskoczył. 

Hurt & Comfort | Weronika Łodyga


Wstęp

 Xin chào!

Dziś krótko, ale konkretnie. 

Śledzę sporo kanałów na Youtube związanych z książkami, co pozwala mi być w miarę na bieżąco z nowymi tytułami na polskim rynku. Mimo to, o "Hurt & Comfort" dowiedziałam się, przeglądając jeden z Instagramów. Od razu w oczy rzuciła mi się okładka, która jest bardzo minimalistyczna, a przy tym przepiękna w swojej kolorystyce. Nic więc dziwnego, że chciałam wiedzieć o niej więcej, dlatego też poczytałam, dowiedziałam się, o czym jest, jednak w tamtym momencie stwierdziłam, że jeszcze nie, nie zamawiam tego. Poczekam. 
Dosłownie dzień później zobaczyłam ją na zaufanym dla mnie Instagramie (tzn. jeśli ta osoba poleci dany tytuł, to w 90% spodoba mi się) i w tejże recenzji debiut Weroniki Łodygi był niezwykle zachwalany. Ba! Poleciało tyle superlatywów, że więcej nie trzeba było, abym złożyła książkowe zamówienie. Żadnego czekania! 

Zaczytana i bestia | Ashley Poston



Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta, a teraz także - xin chào!

"Zaczytana i bestia" to, jak się domyślacie, retelling "Pięknej i Bestii", a zarazem trzecia książka Ashley Poston. Tworzą one uniwersum Starfield, czyli coś podobnego do naszych Star Wars, i właśnie to łączy wszystkie tytuły napisane przez panią Poston. Zatem w głowie może się pojawić pytanie, czy należy zacząć od konkretnej książki (tzn. "Geekerella", która nawiązuje do Kopciuszka oraz baśń o Księciu i żebraku jako "Księżniczka i fangirl")? Otóż, moja odpowiedź brzmi - nie, nie trzeba. Śmiało można chwytać chociażby po tę część bez znajomości poprzednich tytułów! 


Słów kilka o tym, jak ją zdobyłam 

Słyszałam o niej dużo, bo na bookstargramie czy booktubie pojawiało się recenzji tyle, co grzybów po deszczu, ale nie miałam w planach zamawiać jej, bo listę i tak miałam zapełnioną innymi książkami. Ale! Come.book zorganizowała rozdanie, w którym można było wygrać "Zaczytaną i Bestię", więc myślę sobie, czemu nie? A temat był fajny, bo należało napisać o naszej ulubionej animacji i dlaczego akurat ona jest dla nas specjalna (ja wybrałam "Mulan"!). Udało mi się, dostałam ją, przyszła, przeczytałam i teraz chcę wypowiedzieć się o niej krótko. 
Dlatego pozwolę sobie przytoczyć słowa, które pozwoliły mi zapoznać się z omawianym tytułem! 


Mulan okazała się moim podświadomym marzeniem, który miałam odkryć dopiero w liceum. (Wcale nie chodzi o to, żeby latać z mieczem po wsi, ale kto tam wie.) Nie umiałam czytać, babcia zawiązywała mi sznurówki, a już wtedy "Mulan" mogłabym spokojnie recytować. Podziwiałam w niej wszystko; począwszy od odwagi. Ale później - po prostu odeszła w zapomnienie, co było totalnie naturalne. A jeszcze naturalniejszym wydaje mi się fakt, że od trzech lat marzę o tym, aby zostać sinologiem. Może naiwnie, ale wierzę w to, że już będąc brzdącem chińska kultura przylegała do mnie, fascynowała i została mi pisana, bo nic nie sprawia mi tyle radości, co czytanie o tym odległym kraju. Dlatego "Mulan" jest moim symbolem przeznaczenia, a kiedy moje samopoczucie to dno, oglądanie tejże animacji ma mi przypominać, do czego dążę. Jest mi potrzebna szczególnie w obecnym czasie, czekając na wyniki matur, na ogłoszenie, na jakie studia się dostałam i czy będę mogła na nich rozwijać swoje zamiłowanie. Mulan jest też skrzydłami, jakkolwiek trywialnie to brzmi.

Co prawda, na sinologię muszę jeszcze poczekać, ale nie ukrywam, że ważny jest dla mnie ten tekst, dlatego chcę go na Pandzi na pamiątkę! 

W każdym razie, zapraszam już do recenzji. ☺ 

Fabuła

Książka ma narrację dwutorową. Z jednej strony poznajemy Rosie Thorne, która jest totalnym nerdem i introwertykiem. Jednak pewnego dnia jej przyjaciele - Quinn i Annie - zabierają ją na konwent, gdzie nastolatka poznaje tajemniczego cosplayera. Momentalnie między nimi zaczyna iskrzyć, ale następnego dnia słuch po nim ginie, a ona nawet nie zapytała o jego imię, a co dopiero o jakikolwiek kontakt. Dlatego zmuszona jest o nim zapomnieć. 

Z drugiej strony poznajemy Vance, czyli siedemnastolatka, który jest wielką gwiazdą filmową. Jego ojczym jest szefem wytwórni Starfield, a z mamą nie ma najlepszego kontaktu. Ma jej za złe wiele rzeczy, jak np. to, że kiedy wybuchnął skandal z nim na czele, ona nie zrobiła nic w jego obronie, aby zatrzymać ojczyma przed wysłaniem Vance'a na odludzie. Tam chłopak musi spędzić kilka tygodni z jego managerem Eliasem , aż do czasu ukończenia osiemnastego roku życia. 
Nie spodziewa się, że przez absurdalny splot wydarzeń, pozna Rosie Thorne, która de facto, posiada jego plakat nad łóżkiem. 

No i, co myślę? 

Ciężko nie zacząć od wizualnej strony, bo wydana została po prostu bajecznie. Kiedy tylko przypomnę sobie o tej książce, to muszą ją wziąć w ręce i jeszcze raz - przyjrzeć się jej. Tytuł na przodzie okładki czy z boku jest holograficzny, co z pewnością wyróżnia się na tle innych wydań na mojej półce. Poza tym, rysunki na początkowych stronach były miłym zaskoczeniem. W związku z tym, wydawnictwo dostaje ode mnie 6+ za możliwość nacieszenia oka! 

Nie wiem dlaczego, ale ciągnie mnie do młodzieżówek w ostatnich miesiącach. Tę książkę super mi się czytało po pracy. Byłam zmęczona po całym dniu, a mimo wszystko, okrywałam się kocykiem w salonie, robiłam sobie herbatkę i mogłam się skupić na historii, bo nie jest ona wymagająca. Przeczytałam ją w ciągu trzech dni, ale! Myślę, że gdyby mnie bardziej wciągnęła, to spokojnie wystarczyłby dzień, aby się z nią zapoznać w całości. No właśnie, gdyby tylko historia mnie zaangażowała. 
Dużo nad nią myślałam, aby dobrze przekazać moje uczucia względem niej i dochodzę do jednego wniosku. Gdyby akcja skupiałaby się na pobocznych bohaterach, a nie głównych - to bardziej by mnie to zaangażowało. Nie mogę ukryć, że Vance i Rosie działali mi na nerwy, napiszę to wprost, bez żadnych eufemizmów. Pojawiały się przebłyski, kiedy byli jeszcze do przetrwania, np. scena w szopie, ona była akurat urocza! Aczkolwiek nadal nie zmienia to tego, że chętniej poczytałabym o tacie głównej bohaterki (którego jej przyjaciele nazywali "Kosmicznym tatą", co mnie urzekło, jak cała jego osoba), bo to właśnie na akcje z nim wyczekiwałam. 
Historia jest przewidywalna, ale wcale nie ujmuje to książce. Czasami takie rzeczy są potrzebne, nie zawsze trzeba czytać wybitnych tytułów i w żaden sposób nie jest to gorsze/lepsze. Mimo to, cieszyłam się przy ostatnich stronach. Nie tym, jak zakończyły się losy Rosie i Vance'a, ale że w ogóle dobrnęłam do końca. 

O czymś jednak muszę jeszcze wspomnieć. Jestem wrażliwa na pewne kwestie i tematy. Dlatego, gdy zobaczyłam, że tłumaczka wprowadziła czasowniki w formie "zaczęłobym", "powiedziołom", itd. to przyklasnęłam. Już tłumaczę. W języku polskim jest niemały problem z zaimkami dla osób niebinarnych. W języku angielskim używa się zaimków they/them. A w "Zaczytanej i Bestii" to Quinn jest takim człowiekiem, więc jestem naprawdę zadowolona, że tłumaczka nie poszła na łatwiznę. I jasne, są to normalne rzeczy, które nie powinny robić wrażenia, a mimo to, nie spotkałam się jeszcze w literaturze po polsku z przytoczonym przeze mnie zabiegiem. 

Z przykrością muszę skończyć tę recenzję, ale nie jestem zachwycona najnowszą pozycją od Ashley Poston. Jasne, jest dobra do poczytania po męczącym dniu, ale nie uważam, aby to była najlepsza młodzieżówka, jaką przeczytałam w swoim życiu. Co więcej, raczej musiałam się do niej zmuszać niż faktycznie czerpać radość z czytania. Ale wciąż - wygląda przepięknie na półce! 
Nie polecam, niestety, jednak jestem wdzięczna za możliwość zaspokojenia mojej ciekawości. 


Na koniec - chwalę się ostatnim, lalkowym zakupem. Tym razem V z Mattela, który wygląda po prostu cudowanie i w dodatku ma na sobie ciuchy, jakie sama chętnie założyłabym. Dlatego też, mam kolejnego, pięknego towarzysza na biurku! 

sách - książka
búp bê - lalka

Wszystkie zakładki, które widoczne są na zdjęciu, są autorstwa spells.book i uwielbiam je! 

Ściskam Was ciepło, 
Panda Fińsko-Chińska (i wietnamska, a co!)

Królowie Dary | Ken Liu

 

"Jednak mlecz nigdy nie jest arogancki, jego kolor i zapach nigdy nie przyćmiewają innych kolorów i zapachów. Ma szerokie zastosowanie praktyczne, jego liście są pyszne i leczą, a korzenie rozpulchniają zbitą glebę, więc zachowuje się jak pionier względem bardziej delikatnych kwiatów. Jednak najlepsze w jaskrze jest to, że żyje w ziemi, lecz marzy o niebie. Kiedy jego nasiona poniesie wiatr, mlecz dotrze dalej i zobaczy więcej niż rozpieszczone róże, tulipany czy nagietki." 

Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta!
Już nie mogę napisać, że nie jestem fanem fantastyki i że ten gatunek jest nowością na moich półkach, bo na przestrzeni ostatnich miesięcy dużo się zmieniło w temacie czytanych przeze mnie książek. Zatem po fantastykę sięgam coraz częściej i co najważniejsze, coraz chętniej. A w momencie, w którym ma ona związek z Chinami, to staje się ona pozycją obowiązkową na mojej liście. 

Niedawno było o science fiction "Problem trzech ciał" autorstwa Cixina Liu, czyli niełatwa, a zarazem szalenie inteligentna pozycja. Dlatego nic dziwnego, że gdy moja siostra odebrała zamówione przez nią książki i przedstawiła mi jeden z tytułów, na którym widniało chińskie nazwisko (jak się potem okazało, Ken Liu jest Amerykaninem chińskiego pochodzenia), to nie zawahałam się, aby po niego chwycić. 

Moi Drodzy, pierwsze wrażenie - będzie dobrze. Po pierwsze na okładce widnieje informacja, iż autor jest laureatem takich nagród jak Hugo, Nebula czy World Fantasy Awards, więc nie są to przelewki. Na stronach początkowych Ken Liu dziękuje babci za zapoznanie go z historią dynastii Han - kolejny plus, bo zapowiadają się nawiązania do bogatej historii Chin. Dlatego ja pełna ekscytacji przewracam kartkę, a tam uwagi o wymowie, które dodają, nazwijmy to, profesjonalizmu lekturze. Tuż obok informacji widnieje piękny i zapewne symboliczny obrazek z dmuchawcem. 
Moje pytanie brzmiało: Właściwie, co mogłoby pójść nie tak? 

No cóż, jednak mogło. 


Krótko o fabule

"Królowie dary" to pierwsza część z serii "Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu". Poznajemy w niej odważnego i żyjącego bez większym zobowiązań Kuniego Garu, który w pewnym momencie będzie musiał połączyć siły z mocno zbudowanym i zdyscyplinowanym Matą Zyndu. Zostają zmuszeni do współpracy, aby razem przeprowadzić rewolucję przeciwko obecnemu cesarzowi i jego niesprawiedliwym oraz okrutnym rządom. Jednak nie wszystko idzie po ich myśli. 

Co myślę? 

Zaczniemy miło, ponieważ to, co rzuca się w oczy to bogate i piękne słownictwo czy porównania, które tworzą zapierające dech w piersiach i zresztą, godne fantastyki, opisy. Dlatego też z łatwością mogłam sobie wyobrazić przedstawiane przez autora miasta, a panująca w nich bieda była wręcz namacalna. 
Co dziwne, postaci to już nie dotyczy. Ken Liu wprowadza je masowo do książki i czasem tak jest, że autor musi na początku obładować swoje dzieło bohaterami, ale z każdą kolejną stroną czytelnik przywyka do nich, przywiązuje się albo ich zapamiętuje. W przypadku "Królów Dary" gubiłam się non stop, a nie czytałam tego wieczorami lub nocą, aby nie móc się skupić wręcz przeciwnie, miałam dogodne warunki, więc dałam z siebie, ile mogłam, by zrozumieć tę historię i kontrolować, co się dzieje. Mimo to, tego było dużo za dużo, przez co nudziłam się, bo jak zaangażować się w postać, skoro ona nie ma nic do zaoferowania? Co więcej, niestety żadnego z głównych czy pobocznych osób nie polubiłam. Czy to jest grzechem literackim? Nie wiem, jest to kwestia sporna, czy aby książka była dobra, to musi mieć dających się lubić bohaterów, czy samych antagonistów (aczkolwiek nie jestem w stanie wymienić ani jednego tytułu, w którym pojawiłaby się taka sytuacja.) 
Co nie zmienia faktu, iż wydaje mi się, że Liu tego nie planował. Ja mam wręcz wrażenie, że on stworzył swoich bohaterów z myślą, aby ich uwielbiać, co nie jest żadnym zarzutem. Może po prostu mijam się mocno z charakterami postaci (czy to w takim razie nie świadczy o ich jednolitości? Gdy teraz nad tym myślę, to uważam, że były na "jedno kopyto", przewidywalne i do tego stereotypowe, dlatego cofam to zdanie - stąd wynikają moje odczucia.) 

"Zanim zacznę kwitnąć, wszyscy inni giną. Chociaż samotny to zaszczyt, jest wielki i heroiczny, idealnie pasuje do dziedzica marszałka Cocru. Pieśń chwali chryzantemę, nawet raz nie wspominając jej nazwy. Jest piękna." 


Niestety, nie da się ukryć, że również postacie kobiece kuleją w tej książce. Co i tak moim zdaniem, brzmi eufemistycznie, ponieważ tam nie ma żadnej dobrze wykreowanej kobiety, nie wspominając już o tych głównych rolach. Jeśli zastaniemy bohaterkę, to zwykle zachodzi ona albo w ciążę, albo zajmuje się zielarstwem, albo proponuje mężowi, aby drugi raz ożenił się, bo tak będzie lepiej, a potem jest zazdrosna, kropka. Jestem mało-odporna na takie kwestie, więc czasem musiałam przerwać lekturę i ochłonąć, przetrawić i uzbroić się na (tak podejrzewałam) kolejne, podobne sceny. 

Inna kwestia: autor, jak wiele twórców związanych z Chinami, przemycał czasem aluzje do rządów Mao Zedonga i okresu jego panowania. Co dla osoby zainteresowanej tamtejszymi regionami wyłapywanie takich "smaczków" było urozmaiceniem. Tym bardziej, że z jednej strony mieliśmy historię bazującą na dynastii Han, a tu jeszcze wpadały niuanse rażąco przypominające wydarzenia z XX wieku. Jeden z małych przykładów: 

"Zlecone przez Mapiderego palenie ksiąg i tracenie uczonych najmocniej uderzyło właśnie w Haan. Nie opłacano już szkółek w chatach i nikt z nich nie korzystał, wiele prywatnych akademii w Ginpen zamknięto, a kilka pozostałych stało się jedynie cieniami swojej dawnej chwały, gdzie uczeni bali się podawać prawdziwe odpowiedzi i jeszcze bardziej zadawać prawdziwe pytania." 

Dlatego jest mi holendernie przykro, że książka o wielkim potencjale została jedną z najgorszych, jakie ostatnio miałam okazję przeczytać. Patetyczność zamieniała się w ośmieszenie i zwiększające się pogrążenie "Królów Dary". 

I już trochę żartem pisząc, cieszę się, że to nie ja wydałam pieniądze na ten tytuł! 


Kończąc

Raczej nie chwycę po kolejny tom, bo pierwszy nie kończy się w jakimś szczególnym momencie, który zachęcałby czytelnika po kontynuowanie serii, ale kto wie. Może kiedyś przywędruje do mnie przypadkiem, a ja z czystej ciekawości (i nieco głupoty z niewyciągania wniosków) wezmę się za "Ścianę burz". 
Naprawdę ładnie i starannie są te książki wydane, więc jeśli ktoś docenia najmniejsze detale wizualne, to powinien być bardzo zadowolony. Co nie zmienia faktu, że jestem z lektury zawiedziona i przychodzi ten rzadki moment, kiedy muszę napisać, że NIE POLECAM tejże pozycji. 

Mam nadzieję, że Wy trafiacie na same perełki, bo u mnie jest z tym ostatnio średnio! Trzymajcie się ciepło i zdrowo, 
Panda Fińsko-Chińska 

Problem trzech ciał | Cixin Liu


Dzień dobry wszystkim! 
Dziś przychodzę z książką, na którą polowałam od dobrych kilku miesięcy, ale albo odnajdywałam ciekawsze pozycje, albo po prostu - zapominałam o niej. Aż pewnego, cudownego, chyba kwietniowego dnia znalazłam ją przypadkiem po takiej taniości, że szkoda było nie wziąć. No to wzięłam, przeczytałam i chcę napisać kilka słów o niej, bo wydaje mi się, że jest warta uwagi. 
"Problem trzech ciał" zrobił wokół siebie dużo szumu m.in. w Stanach Zjednoczonych. Ja przeczytawszy słowa "chińska fantastyka", wiedziałam, że ta granatowa okładka prędzej czy później trafi na moją półkę. Dopiero kiedy do mnie dotarła i zapoznałam się lepiej z tematem, to nie ukrywam, nieco się zniechęciłam. Książka jest z gatunku science fiction, z którym nigdy nie było mi po drodze. Ale, mleko się rozlało, a "Problem trzech ciał" uśmiechał się do mnie codziennie z biurka, więc trochę z obowiązku, trochę z ciekawości, zaczęłam czytać. 

Slash | Natalia Osińska

"Wszystko jedno, czym jestem w oczach większości - zerem, człowiekiem, ekscentrycznym budzącym niechęć, kimś, kto nie ma pozycji w społeczeństwie i nie będzie jej miał... Chciałbym swoją twórczością pokazać, co kryje się w duszy takiego dziwaka, takiego zera, chcę robić rysunki precyzyjne - które by uderzyły w niektórych ludzi i...zawierały kawałek mojego serca. Czy to w postaci, czy w pejzażu, chciałbym wyrazić nie jakiś sentymentalny smętek, ale głęboki ból." Vincent van Gogh


"Pół kubka herbaty później sam również objął go ciasno ramieniem i nawet mu się spodobało, że może wszystkim zademonstrować, że ten gagatek jest jego, jego własny." 
Dzień dobry wszystkim! 大家好!
Raczej nie kupuję książek w małych, lokalnych księgarniach, bo ceny okładkowe zwykle mnie odstraszają. "Slash" należy do wyjątków i to nawet dwóch! Z reguły także wystrzegam się młodzieżówek. Jest to jeden z tych gatunków, który jest mi bezpieczniej i wygodniej wypożyczyć. Mimo wszystko, twór Pani Osińskiej stoi na mojej półce i prezentuje się pięknie. A to między innymi dzięki stronie wizualnej podjęłam decyzję, aby podejść do kasy z tą lekturą. 
Drugim popchnięciem do tego wyczynu okazała się sama historia, a raczej biorąca w niej udział postać. Mam wrażenie, że niewiele mamy na polskim rynku książek o tematyce LGBT, a już w szczególności tych skupiających się na osobach transseksualnych. Dlatego zostałam skuszona podwójnie - wyróżniającą się jak dla mnie okładką (której od razu chciałam zrobić zdjęcia!) i tematyką. 

Co jednak sprawiło, że przez prawie rok leżała nietknięta? 


No to jedziemy...

"Slash" opowiada o Leonie i Tośku, którzy razem przechodzą przez różne perypetie. Od problemów z kółkiem teatralnym aż po akceptacje samego siebie i zrozumieniu własnych potrzeb. I tak właściwie, aby było bez spoilerów, na tym możemy zakończyć opisywanie fabuły. To, co muszę jeszcze na początku zaznaczyć to fakt, iż formalnie "Slash" jest drugą częścią cyklu "Fanfik". Jednak znajomość pierwszego tomu jest zbędna i spokojnie można chwycić omawiany dziś tytułu bez znajomości pierwszej książki. 

Miałam do tej lektury dwa podejścia. Pierwszy nastąpiło rok temu zaraz po zakupie. Jednak wtedy czytanie tejże książki szło mi mozolnie wręcz męczyłam się, co wydaje mi się, że mogę wyjaśnić lekkim rozczarowaniem. Znudził mnie pierwszy rozdział, zrobiłam zdjęcia, odłożyłam na szafę. I tak stało dosyć długo, bo do rozpoczęcia kwarantanny, w której zaczęłam wracać do opuszczonych tytułów. Pozachwycałam się okładką, otworzyłam i stwierdziłam, że wóz albo przewóz. Czytam i spędzam nad lekturą każdą możliwą chwilę albo biorę się za coś innego. I jak widać, wybrałam pierwszą opcję. 

Nie mogę napisać, że źle się bawiłam podczas lektury, bo skłamałabym. Wbrew wszystkiemu zaczęłam się potem wkręcać w historie bohaterów, bo akcja nabierała tempa. W pewnym momencie złapałam się na tym, iż chciałam wracać do czytania. I wydaje mi się, że to już dużo mówi o książce.  Mimo wszystko, to, co dla mnie było problemem, to kreacja postaci. Niestety. Najbardziej polegałam właśnie na bohaterach, a przede wszystkim na Tośku. Byłam ciekawa, jak jego autorka rozwinie. A jeśli nawet nie na Tośku, to na Leonie, poszukującym swojej tożsamości. Dlatego przykro mi, że obie te postaci nieustannie działały mi na nerwach. Co prowadziło do tego, że podczas niektórych, czasem bardzo ważnych scen, ja nie odczuwałam niczego szczególnego. Pod tym względem - "Slash" mnie pieruńsko zawiódł.

"Ale przynajmniej przyda się na coś. Lubił być pożyteczny. To prawie to samo co być potrzebnym. A stąd już tylko krok do bycia człowiekiem wartościowym. Nie wiedział tylko, jak się przelicza jedno na drugie. Czy dziesięć przysług to już krok w stronę posiadania jakiejś wartości w cudzych oczach? Bo we własnych, wiedział to doskonale, wciąż był nikim." 
Gwoli ścisłości, nie zgadzam się z powyższym cytatem. Myślę, że określenie "wartościowy człowiek" jest bardzo odważne, a jeśli już go używać, to dla mnie nie taka jest jego definicja. Bo w takim razie - człowiek wartościowy = człowiek pożyteczny. A co to w ogóle znaczy być pożytecznym? Każdy ma inne priorytety. W każdym razie są to słowa jednego z bohaterów, który nie miał wysokiej samooceny, co widać na załączonych słowach.
Dodałam ten cytat ze względu na to, iż mnie zaintrygował i zatrzymał na chwilę, aby pomyśleć. Poza tym, sądzę, że dobrze obrazuje świetny styl pisania pani Natalii. Niby lekko, niby młodzieżowo, a jednak gdzieniegdzie przemyca takie perełki idealne do rozmyślania.

Na drugim zdjęciu położyłam "Slash" obok "A jeśli to my" nie bez powodu. Moim zdaniem, są to tytuły do siebie bardzo podobne i to nie dlatego, iż poruszają tematy LGBT. Mam co do nich takie same odczucia i pod względem fabuły, i pod względem postaci, i zresztą uczucia po lekturze. Niewiele pamiętam co się działo w "A jeśli to my". Myślę, że podobnie będzie w przypadku omawianej książki. Bowiem są to lektury dla rozrywki. Raczej niewymagające, ale! Ale mam wrażenie, dobre na obecny czas. Nie są przygnębiające, płynie się po nich i wciągają na tyle, aby nie musieć zmuszać się do czytania.

"Tosiek zawsze świetnie się bawił we własnym towarzystwie. Tosiek kochał się w sobie z wzajemnością i była to miłość absolutnie bezwarunkowa. Biada temu, kto chciałby stanąć jej na drodze, próbować go upokorzyć albo zranić. Tosiek walczył tak ciężko i wytrwale o prawo bycia sobą, że nie dałby sobie odebrać ani skrawka autonomii, bez względu na cenę." 
 Chyba tyle miałam do powiedzenia, jeśli chodzi o "Slash"! Czy polecam? Myślę, że mimo wszystko, tak. Nie piszę tego z wielkim przekonaniem, ale o ile ktoś lubi młodzieżówki to w sumie dlaczego nie? Sama nie ukrywam jestem zaciekawiona twórczością Pani Osińskiej i pewnie w przyszłości chwycę po inne tytuły od niej. Czy jest to coś, co zapamiętacie? Możemy się kłócić. Ale widzę w niej elementy, które faktycznie potrafiłyby kogoś dotknąć. Wszyscy mamy inne doświadczenia, więc i wszyscy zwracamy większą lub mniejszą uwagę na różne rzeczy. Podsumowując, mam mocno mieszane uczucia. Pewnie po trosze z powodu innych oczekiwań, może zbyt wygórowanych.
Jedno moje marzenie spełniła ta książka: zrobiłam wymarzone zdjęcie z forsycją. Uwielbiam tę roślinę i kiedy tylko zaczyna kwitnąć, to ja czuję wiosnę na dobre.

Dziękuję za obecność! Trzymajcie się zdrowo,
Panda Fińsko-Chińska

Moje małe (chińskie) osiągnięcia


Dzień dobry!

Po tak długiej przerwie wracam z postem wypełnionym miłością. Chcę Wam przedstawić i opisać moje ostatnie fascynacje, jakie odkryłam w ciągu minionych tygodni. Totalnie luźny wpis, ale piszę go z chęci podzielenia się tym, co mnie otacza. Poza tym, mam nadzieję, że może ktoś zainspiruje się lub zachęci do jednego z poniższych tytułów, a ze względu na obecną sytuację związaną z wirusem; czasu w domu jest wiele.  W każdym razie zapraszam.

Trochę o trzech takich (książkach)


Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta!
Mam ostatnio bardzo dużo ochoty, weny do pisania i wszystkie siły ciągną mnie do wystukania recenzji. Wspominałam już kiedyś, że od kilku tygodni czytam i oglądam na masową skalę, dlatego z tej całej mojej kolekcji, jaką uzbierałam przez ten czas, musiałam wybrać któryś tytuł. To nie było łatwe zadanie. Mam milion zaczętych recenzji filmów i jeszcze żadnego nie skończyłam. Zresztą, z książkami podobnie, więc moja głowa wpadła wczoraj na genialny pomysł, aby wybrać trzy, cztery pozycje i stworzyć sobie z nich minirecenzja, a dlaczego by nie?

Cuda za rogiem | Keigo Higashino


"Doszedł do wniosku, że wygodniej będzie mu działać na własną rękę. Przebywanie wśród ludzi bez ambicji źle wpływało na jego samopoczucie, po prostu go dołowało." 
Hej, terve, 你好!
To jedna z tych książek, które:
  1. Kupiłam ze względu na okładkę
  2. ...i fakt, że jest japońskiego autora.
  3. Zanim po nią chwyciłam, leżała na półce przez rok. 
  4. Znalazłam w niej wiele wspólnego z tym, co się działo u mnie przez ostatnie miesiące.
  5. Specjalnie szukałam (a czasem nawet sama produkowałam) wolne chwile, aby tylko po nią sięgnąć. 
Zdjęcia, które widzicie w tym poście również powstały prawie rok temu, kiedy to zachwyt grafiką był jeszcze świeżutki. A te nasiona dyni na powyższej fotografii to obecnie całkiem pomarańczowe i jadalne warzywa, a przy okazji też modele towarzyszący książkom. 
Ale ja nie do końca o tym! 

O czym to w ogóle?

"Kącik dobrej rady", "coś Cię dręczy? napisz!" - te słowa kojarzą nam się raczej ze stronami, na których członkowie mogą wylać swoje problemy, aniżeli z osiedlowym sklepem. Ale dokładnie to robi pan Namiya; oprócz sprzedawania kopert, sam je wykorzystuje, aby odpisać zmęczonym swoimi myślami ludziom. A ma on w miasteczku niemałą popularność i choć wszyscy na początku patrzą na starszego pana z przymrużeniem oka, tak z czasem każdy ma ochotę doradzić się kogoś. A są rzeczy, które lepiej obgadać z nieznajomym. Jednak coś ze sklepikiem jest nie tak. Dziwna, tajemnicza energia płynie z tego miejsca. 
Książka została podzielona na pięć części i każda z tych historii ma ze sobą więcej wspólnego, niż można byłoby przypuszczać. 


Przejdźmy do tego, co mi siedzi w głowie

A siedzi mi jedno określenie, kiedy patrzę i myślę o "Cudach za rogiem": "infantylno-uroczo-mądra historia". Do tego napisana łatwym językiem, bez pięknych opisów przyrody, bez rzeczy, które nijak wpływałyby na fabułę. Nie, nie, nie. Tutaj mamy akcję. Ciągle coś się dzieje, przychodzą kolejne listy, pojawiają się nowe postacie, które próbujemy połączyć z poprzednimi i czujemy, że wszystko będzie działo się wokół sklepiku pana Namiyi, ażeby na koniec dostać coś, czego się nie spodziewaliśmy. I w moim przypadku ta niespodzianka wywołała łzy i szok, po którym leżałam, trzymając książkę i właściwie zastanawiając się, "co tu się właśnie stało?" Aby podczas zakończenia tej emocjonalnej wędrówki stwierdzić, że w sumie, kurczę, ile to miało w sobie przesłań i to takich ukrytych w tragediach polanych najsłodszą, mleczną polewą. 
Nie da się ukryć, że ta słodycz wlewała się także do mózgu i kiedy tylko mogła, to wracała. Na przykład na lekcji biologii, a potem ciężko było się skupić na funkcjach szyszynki, skoro ja mam w domu na biurku nieskończone historie. I to te, które trochę wiążą się z moją. Jak myśleć?

"Jest jedna rzecz, którą zrozumiałem, czytając o problemach przez te wszystkie lata. Często pytający już ma odpowiedź. Chce się tylko upewnić, że myśli właściwie. Dlatego zdarza się, że ktoś po przeczytaniu mojej odpowiedzi jeszcze raz wrzuca ten sam list. Pewnie się spodziewa, że tym razem napiszę to, czego on oczekuje." 

To, co jest wielkim plusem (oprócz oczywiście stylu pisania pana Keigo) to kreacja postaci. Bohaterów jest tam trochę i jeszcze więcej, ale mimo wszystko - w tych, nie ukrywajmy, niewielkich rozdzialikach - autor potrafił bezbłędnie przekazać nam rolę, osobowość tego i tamtego człowieka. Nie są czarno-białe, a szczególnie widać to po trzech złodziejach, z którymi zapoznajemy się od pierwszych stron. I powtórzę się, ale i w tym przypadku może się wydawać, że ja tutaj coś przekręcam prawdę, bo początkowe rozdziały wcale nie wskazują na dobre rozwinięcie takich osób jak chociażby dziewczynka o imieniu Seri. Wszyscy są ważni w tej powieści, to mogę Wam przysiąc. Przychodzi to z kolejnymi słowami. 

A o co ludzie radzą się właściciela sklepu? Ano, pełna lista tego! Przychodzą dzieci z pytaniami, jak dostać dobrą ocenę, ale nie musząc uczyć się. Bardzo dużo problemów miłosnych, rodzinnych czy związanych z własnym hobby. W każdym razie, nieważne kto, co napisał i jakie miał faktycznie intencje, pan Namiya zawsze brał wszystko na poważnie i spędzał godziny, siedząc nad kartkami i zbierając myśli w pomocne słowa. Nawet główkował nad pustą kartką, bo był pewien, że ktoś chciał mu w ten sposób coś przekazać - dojście do tego, zajęło mu chwilę czasu, ale i na tę wiadomość odpowiedział.
W głowie kłębi mi się jedno pytanie: czy coś takiego w rzeczywistości mogłoby mieć prawo bytu? Na ile społeczeństwo danego, załóżmy, że polskiego, miasteczka naprawdę zwracałaby się do takiego sklepiku z kłopotami? I chociaż z natury jestem raczej z tych optymistycznych osób, tak teraz wydaje mi się, że taki polski pan Namiya dostawałby same żartobliwe listy. Wystarczy spojrzeć na numery telefoniczne, które zajmują się pomocą - ile dziennie one dostają sygnałów wyssanych z palca? I jak tak teraz nad tym myślę, to jest to przeraźliwie smutne. To nic innego niż odbieranie pomocy potrzebującym.


Brać czy nie brać? 

Nie zastanawiać się tylko brać, jeśli ktoś poczuł, że ta pozycja przemawia do niego. 
Chociaż pan Keigo porusza ciężkie tematy, takie jak problemy z rodzicami, próbę pozbierania się po śmierci bliskiej osoby i tak dalej, to pan Higashino sprawił nam dobrą lekturę po ciężkim dniu pracy albo po prostu aby umilić sobie czas. A jak wspomniałam "Cuda za rogiem" nie zostały napisane trudnym językiem, a to, co autor chciał przekazać da się łatwo wyłapać, ale to ma swój, kochany urok. Przez co, czyta się w ekspresowym tempie. 
A postać staruszka rozczula serduszko i to właśnie z nim najmocniej zżyłam się. Jak nie kochać osoby, która pasjonuje się pomaganiem? 
Na koniec, nie mam pojęcia, dlaczego tak długo zwlekałam z tą lekturą, ale jestem pewna, że nie mogłam znaleźć lepszego momentu niż ostatnie tygodnie.
Tak miało być - to wiem!
Zakończenie należałoby nazwać prawdziwym katharsis. 
Trzymajcie się ciepło,
Panda Fińsko-Chińska
"Nawet jeśli dziś jest gorszy dzień, jutro powieje pomyślny wiatr!"
Japonia:
Japani
日本 (Rìběn)

Madame Mao | Anchee Min

"W moim rozumieniu polityka to przemoc. Rewolucja nie jest herbatką u cioci - to przemoc w najczystszej formie. Uwielbiam dawną politykę, politykę zwykłej dyktatury."


Cześć, moi, 你好!
Chiny mają się bardzo dobrze na Pandzi i pewnie będą się tak mieć jeszcze przez długi czas, bo mam dosyć sporą listę i filmów, i książek związanych z tym krajem. I cieszy mnie to, bo spędzam wakacje "chińsko". 
Na "Madame Mao" trafiłam całkowicie przypadkiem. Szukając serii "Talizman z nefrytu" (dziękuję Aniu za polecenie, już siedzą na mojej półce i wyglądają pięknie!), znalazłam konto pewnej Pani, która miała do sprzedania wiele pozycji związanych z Chinami i to za, nie ukrywam, wyjątkowo kuszące ceny, dlatego brałam, ile mogłam, a co!
"Pamiętasz ten poemat? Rzecz jest o cesarzu Li z epoki Tang, którego zmuszono, by powiesił swoją kochankę, Jang. Nakłonili go do tego generałowie, grożąc zamachem stanu. Historia rozdzierająca serce! Biedny cesarz. Równie dobrze mogli i jego powiesić." 

 Kim jest tytułowa bohaterka? 

Mao Zedong* - to nazwisko mówi dużo więcej niż Jiang Qing**, a to właśnie o niej jest mowa. O aktorce, o miłośniczce opery, o buntowniczce, komunistce, ale w historii Chin zapisała się przede wszystkim jako czwarta żona tak wielkiego i rewolucyjnego polityka, jakim był Mao.
Zdanie, które często pada w książce "być pawiem wśród kur" stało się dewizą dla głównej bohaterki. Zawsze potrzebowała uwagi, nienawidziła, kiedy się ją ignorowało, kiedy spychano ją na drugi plan, a późniejsza pozycja pozwoliła jej na mszczenie się za lekceważenie pierwszej damy. 
Na scenie wypadała genialnie. Zresztą, własnie dzięki przedstawieniom została zauważona przez Zedonga. A ten był jej wielką miłością. Największą. Za co nie znosiła siebie, bo Mao upokarzał ją na każdym kroku. Do końca jego życia musiała udowadniać mu jej użyteczność - dużo dołożyła od siebie do rewolucji kulturalnej. Jako że odgrywanie ról zawsze było dla niej najważniejsze, zajęła się filmami propagandowymi. Specjalnie dla Mao, aby w ten sposób krzyczeć: 'Widzisz! Jestem po twojej stronie. Jestem ci potrzebna!"


Pierwszy raz zbuntowała się, kiedy mama chciała skrępować jej stopy. Wmawiała dziewczynce, że w ten sposób coś osiągnie w życiu, że to te stopy przyniosą dobrego męża. Przez pierwsze trzy tygodnie faktycznie nosiła bandaże, jednak po tym czasie ból spowodowany ściskiem zaczął narastać. Delikatnie pisząc, był nie do wytrzymania i wtedy Jiang zerwała opatrunek, uwalniając ściśniętą część ciała. To oczywiście nie spodobało się matce, jednak przyszła żona Mao szła uparcie przy swoim. 
Przez całe życie nie mogła zapomnieć cierpienia, którego doświadczyła przy krępowaniu stóp, a na samą myśl o tym, dostawała gęsiej skórki. 
Wiązało się to też z wielkim strachem przed zostaniem konkubiną. Brzydziło ją to. Chciała być pierwszą damą. Kimś znaczącym. Pawiem wśród kur. Ale Mao jej tego nie ułatwiał. 

"W przyszłości ludzie będą pamiętali tylko jego dobre uczynki. Na przykład bardzo znaną historię o pogrzebie marszałka Czen Ii w 1975 roku, kiedy to przyjechał w piżamie [Mao], by pokazać, jak się śpieszył. Miało to dowodzić szczerości smutku Mao. Jednak prawda jest taka, że mógł ocalić marszałkowi życie, gdyby nie pozwolił hunwejbinom*** zakatować go na śmierć."

Warto? 

Nie napiszę tego z wielkim przekonaniem, ale wydaje mi się, że jednak warto przeczytać. Postać Jiang Qing jest niezwykle interesująca i pokazuje rewolucję kulturalną z drugiej strony. Poza tym, autorka nie skupia się tylko na tym wydarzeniu w książce. Ba, myślę, że to dopiero niecała druga połowa tejże lektury. Właściwie zaczynamy od dziecka. Od relacji z matką, pierwszego męża, drugiego, trzeciego, początków związanych z aktorstwem. To zaś sprawia, że lepiej jest nam zrozumieć okrutne poczynania Jiang w przyszłości. 

"Madame Mao" zaczyna się od samego końca życia głównej bohaterki. Kiedy czeka na egzekucję i myśli nad swoją córką Na. Co ciekawe, Jiang Qing jest potępiana, ale sam Mao wręcz przeciwnie. Czytając tę książkę, warto na to zwrócić uwagę i wyłapywać manipulacje Zedonga, odnosząc się konkretnie do wcześniej wymienionej informacji. 

No ale dobra! Powiem tak, ciężko było mi się na początku przyzwyczaić do stylu pisania autorki. Wszystko działo się szybko, bo zostało napisane dość zwięźle i to mnie czasem wybijało z rytmu, nawet pod koniec książki. Poza tym dialogi nie są wyróżnione, tylko stanowią ciąg razem z opisem.  Co też z początku mnie odrzuciło. Da się do tego przywyknąć, ale jak napisałam, potrzeba trochę stron. 
Mimo wszystko, dostałam zarys dwóch najważniejszych osobowości. Wyniosłam dużo informacji, a chyba to się najbardziej liczy.  Odrobinę żałuję, że wątek Wielkiego Skoku ogłoszonego przez Mao został potraktowany po macoszemu, ale jestem w stanie przymknąć na to oko, bo przedstawienie rewolucji kulturalnej nadrabia to.

Sama postać Jiang, chociaż zrobiła wiele strasznych rzeczy, wzbudzała we mnie raczej żal. Żal, że była uwięziona w wielkich, nie do ruszenia ramionach Zedonga. A i jej miłosne przygody ściskają serce. Ogólnie rzecz biorąc, jej relacje z ludźmi opierały się na wzajemnych korzyściach, na manipulowaniu, wiecznym pokazywaniu, kto jest wyżej. Tragiczna postać, tak myślę. Późniejsza pozycja pierwszej damy wcale niczego nie ułatwiła ani nie upiększyła.

"Wiejscy artyści malują na murach portrety Mao. Mój ukochany w dalszym ciągu przypomina dawnego mędrca, teraz nawet jeszcze bardziej. Jego portrety są udane, ponieważ artyści przywykli do malowania twarzy Buddy. Nie potrafią malować Przewodniczącego w taki sposób, żeby nie wyglądał jak Budda. Może właśnie jego widzą w Mao. A jestem pewna, że Mao udaje Buddę." 


Drobnostki

Lektura liczy sobie około 400 stron, ale brnie się przez to bardzo szybko z powodu czcionki i stylu pisania autorki. Książka została wydana w 2001 roku w Polsce, więc nie należy do najmłodszych, ale z łatwością można kuoić używaną i to za grosze. 
Daj znać, czy słyszałeś/aś wcześniej o "Madame Mao". Ja jeszcze w czerwcu nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego, ale od razu po przeczytaniu opisu stwierdziłam, że okej, to zdecydowanie coś, co chcę mieć na półce. A czerwona okładka wygląda pięknie!

Trochę o mnie

Wróciłam z Warszawy i wyżej widzisz właśnie zdjęcie stamtąd! Jestem po FENOMENALNYM koncercie Rammstein i chyba wezmę się porządnie za Pandzie, bo nie da się ukryć, że ją zaniedbałam, co siedzi mi na sumieniu. Lubię tutaj pisać, lubię informować o tym, co przeczytałam albo obejrzałam, a szczerze mówiąc, to mam trochę filmów za sobą (i to głównie chińskich!), dlatego co się mam nie chwalić.

Pozdrawiam cieplutko! 
Panda Fińsko-Chińska 


* W "Madame Mao" jego nazwisko wygląda tak: Tse-tung, jednak wolę wersję w pinyin.
** W "Madame Mao": Ciang Cing.
***Hunwejbini - inaczej; Czerwona Gwardia - założona przez Mao komunistyczna organizacja, do której należeli młodzi ludzie ubrani w zielone mundury z czerwonymi opaskami na rękach. Działali podczas rewolucji kulturalnej. Torturowali, zabijali osoby podejrzewane o zdradę komunizmu. Innymi słowy, byli bardzo wpływowi i robili wszystko, co Zedong kazał. 

Chiny bez makijażu | Marcin Jacoby


"Wierzę, choć nie mam na to naukowych dowodów, że dzięki pisaniu znaków Chińczycy, Koreańczycy i Japończycy mają dużo bardziej niż Europejczycy rozwinięty zmysł proporcji." | str. 89

Wstęp 

Dzień dobry! 
Kiedyś, gdzieś wspominałam o tej książce i już wtedy, będąc na około setnej stronie, byłam z niej bardzo zadowolona. Teraz, mając za sobą całość - jestem nad wyraz zachwycona. A głównym powodem jest fakt, że po prostu, po ludzku zostałam uświadomiona w wielu kwestiach odnoszących się do Chin, a chyba o to chodziło, więc cel: osiągnięty i to z jaką klasą! Z kolei ta świadomość spowodowała we mnie jeszcze większą fascynację tymże krajem. 
Zanim jednak przejdziemy do konkretniejszego wyjaśnienia poprzednich słów, chciałabym co nieco napisać o samym autorze. 
Trafiłam na niego w bardzo prosty sposób! Szukając informacji odnośnie malarstwa chińskiego, znalazłam na Youtube wykład pana Marcina zatytułowanego: "Tradycja i eksperyment. Malarstwo chińskie w epokach Ming i Qing", który, zresztą, polecam. No to ja szczęśliwa, że dostałam taką górę wiedzy na ten konkretny temat, wyszukałam twórcę wykładu i tak o to mogę trzymać "Chiny bez makijażu" w rękach, z czego cieszę się niezmiernie, bo i dzięki temu częściowo zaspokoiłam chęć pozyskiwania informacji. 
Przytoczę trzy zdania zawartych na zakładkach książki odnośnie autora: "sinolog, interesuje się Chinami odkąd pamięta. Zaczynał naiwnie od filmów kungfu, co zaprowadziło go w końcu ku prawdziwym chińskim sztukom walki. Dalej były lektury coraz bardziej filozoficzne i coraz bardziej poważne, aż wreszcie nauka języka." - Czyż to nie brzmi pięknie? Brzmi! I na mnie zawsze dobrze wpływają takie słowa. Można powiedzieć, że w sumie to dodają otuchy, a szczególnie w okresie liceum, szkolnym ogólnie rzecz biorąc, kiedy wyjątkowo powątpiewa się w siebie i swoją przyszłość. I oby każdy, jak autor, tak brnął do spełniania swoich marzeń, bo, co jak co, ale mam wrażenie, że to one są jednym ze składników szczęścia. (Oj no, mogę czasem rzucić czymś takim prostym!)

"(...) błotniste pola ryżowe to nie naturalne bagna, lecz gleba trwale zmieniona przez dzisiątki lat pracy chłopów budujących skomplikowane systemy irygacyjne, stojących przez całe życie po łydki w wodzie, poganiających powolne woły do niekończącej się pracy. Oto anonimowi bohaterowie kultury chińskiej" | str. 19

Ach, te Chiny!

Nie można tego nazwać książką podróżniczą czy reportażową. Autor dzieli się z nami subiektywnymi spostrzeżeniami odnośnie kraju, którym interesuje się od lat i w którym spędził sporo czasu. I na tym ta pozycja niezwykle zyskuje, bo w końcu; człowiek zarażona pasją sam ją rozpowszechnia. A to jest w cenie.
Wyodrębniono pięć rozdziałów: Tożsamość, ludzie, polityka, gospodarka i społeczeństwo oraz Chiny dla Polaka. I w każdym z nich twórca dzieli się z nami ciekawymi kwestiami odnoszących się np. do religii, wierzeń Chińczyków (pada interesujące stwierdzenie: "Mówi się, że dawny Chińczyk był konfucjanistą na zewnątrz, buddystą w świątyni i taoistą w domowym zaciszu." / str. 109 - bardzo spodobało mi się to zdanie) czy sytuacji związanej z Tajwanem. Odpowiada na zagadnienia, które na pewno niejednego Polaka zastanawiały.
Dlaczego dziewczynkom krępowano stopy? Czy Chińczycy to naprawdę romantyczny naród? (a i ja słyszałam i czytałam tego typu twierdzenia!) Czy istnieje w ogóle coś takiego jak "chińskość", a jeśli tak, to w jaki sposób ją zdefiniować? I na to pytanie pan Marcin stara się znaleźć odpowiedź, co, jak sam podkreśla, wcale nie należy do łatwych rzeczy, bo Chiny to przede wszystkim kraj wypełniony milionami kontrastów, różnic. 
Ja najbardziej czekałam na rozdział związany z polityką, która wydaje mi się, że budzi ogrom emocji w przypadku tejże nacji. I z czystym sumieniem oznajmiam, iż powyższa książka to strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o wprowadzenie w tę tematykę.

Trzeba wspomnieć też o tym, że autor próbując nam wyjaśnić daną sytuację w kraju, nawiązuje do przeszłości, stara się nam wytłumaczyć skąd, jak, co, dlaczego, np. z jakiego powodu Chińczyków jest znacznie więcej od Chinek? Musimy pamiętać, że to niebywale stary kraj i to, co działo się w przeszłości ma tutaj wyjątkowo ważne znaczenie.
Za to szczerze dziękuję, bo "Chiny bez makijażu" to kawał rzetelnej pracy, wiedzy i wcześniej wspomnianej pasji. A w dodatku zamiłowanie jest zapakowane w zdania, które są łatwe w odbiorze, przez co nie dość, że nasz mózg nabiera mięśni to wcale się przy tym strasznie nie zmęczy, a siły przybędzie mu niemałej.

"Choć Komunistyczna Partia Chin jeszcze nie w pełni kontroluje pogodę, cudu dokonano i nad stolicą Państwa Środka zrobiło się jasno i pogodnie. Już mnie wtedy w Pekinie nie było, przyglądałem się wszystkiemu z Polski i czułem, że rok 2008 był dla Chińczyków początkiem nowej ery. Ery, w której lud żółtej ziemi, odrodzony i silny, miał pożegnać się ostatecznie z historią biedy i poniżenia i zająć należne mu miejsce wśród narodów świata. Tak przynajmniej głosiła lokalna propaganda." | str. 24

Nie kupuj, bo chińskie 

Chiny kojarzone są nie tylko z jedwabiem czy herbatą, ale również z masową tandetą sprzedawaną w sklepach. To się jakoś tak zakorzeniło w naszych głowach, że wiele osób wróży rzeczom "Made in China" krótkiego użytkowania albo patrzy na nie raczej niechętnie. Bardzo słusznie pan Marcin stwierdził, że pralka, lodówka, cokolwiek będzie lepsza, wytrzymalsza, jeśli zapłacimy za nią więcej pieniędzy i nieważne, czy pochodzi z Państwa Środka, czy nie. Proste!
Niepominięty został także fakt, że dawniej było wręcz odwrotnie. Chińskie rzeczy miały etykietkę tych porządniejszych, wytrwalszych, co mój dziadek jakiś czas temu sam zaświadczył. 

Brać czy nie brać? 

Brać! 
Polecam wszystkim osobom, które chcą zbliżyć się do tego kraju, zrozumieć chociaż troszkę tę odległą nację, a przede wszystkim: nabrać świadomości. Bo wiadomo, za tym idzie zrozumienie i śmielsza tolerancja innych kultur.  
Mówi się, że widzi się to, co się wie i jak najbardziej zgadzam się z tym stwierdzeniem. Po przeczytaniu tej książki więcej zauważam kulturowych szczegółów w chińskich produkcjach filmowych, a to miłe uczucie. 
Ano, i są zdjęcia w środku książki! A jeśli ktoś chciałby troszkę więcej o autorze poczytać to na stronie "Chiny to lubię" pojawił się trzy lata temu wywiad z panem Marcinem. O, tutaj.


I na koniec dwie rzeczy

W przeciągu 10 lat PKB w Chinach wzrosło około czterystakrotnie, a w Polsce pięciokrotnie. Dokładnie w tym samym czasie.  
A najdotkliwszymi problemami w omawianym kraju są: zanieczyszczenie środowiska i korupcja. 

Ja przyznaję, że chętnie przyjrzę się innym książkom autora. Na oku mam również jeszcze parę tworów o Chinach, ale podpisanych odmiennymi nazwiskami niż to dzisiejsze! Także będę się wszystkim dzielić tutaj, a i ambitny mam plan zafundować odrobinę fińskiej historii na Pandzi. Finowie też mają się czym pochwalić! 
Troszkę o roślinkach: Na pierwszym zdjęciu ujęta została magnolia, ale za to na drugim moja wielka duma - dynie, które bardzo ładnie mi rosną. Dlatego jest się z czego cieszyć. 
Oby lipiec był milszy niż czerwiec! Wszystkiego dobrego. 

Podniebny | Kerstin Gier


Hej, terve, 你好
Odkładam na bok recenzję filmu, której pisanie idzie mi wolno jak ślimak, po to, aby przedstawić Ci uroczy twór wyczarowany przez Kerstin Gier. 
Opis na odwrocie książki absolutnie nie jest tak zachęcający jak sama okładka. I teraz mogłabym napisać milion superlatyw odnośnie samego wydania "Podniebnego", ale swój wielki zachwyt umieszczę w tych dwóch zdaniach: "Matko jedyna, jakie to jest piękne i eleganckie!! A do tego takie idealne do zdjęć!!" A teraz co nieco o samej historii praktykantki w luksusowym hotelu Château Janvier.

"Natura zaczyna się tutaj już na parapecie. I wyobraź sobie, mamo: te ptaki nie mają matury, a mimo to są szczęśliwe."

Fabuła: Z czym to się je? 

Tytułowy Podniebny - to hotel. I to nie byle jaki hotel, bo ten z półki luksusowych, z klimatem, w wyjątkowym miejscu z pięknymi, alpejskimi krajobrazami. A do tego ze szczególnymi gośćmi, takimi jak: światowej sławy pisarz thrillerów czy rosyjscy oligarchowie.
Po środku tego szaleństwa; cudownego wystroju, śnieżycy, obrzydliwie bogatych ludzi, stoi ona - siedemnastoletnia Fanny Fuke, która, jako praktykantka, pierwszy raz spędzi swoje Boże Narodzenie poza domem i bez rodziny. Za to zamiast rodziców i braci będzie towarzyszył jej nie tylko Ben, czyli syn właściciela hotelu, ale również Tristan, który według bohaterki posiada najpiękniejszą twarz na całym świecie i przy okazji nocami wspina się po fasadach budynku.
Jest także Pavel i nie ukrywam, że stanowi on jednego z moich ulubionych postaci w tej książce, mimo że nie odgrywa ważnej roli w historii. Osiłek pochodzący z Bułgarii, śpiewający opery i zajmujący posadę w pralni, uwielbiający szarlotkę z cynamonem. Hotel ma też do zaoferowania wiele, wiele więcej barwnych i nietuzinkowych ludzi.
Jednak to, co najważniejsze; Fanny staje naprzeciw czarnym charakterom i robi wszystko, aby nie zawieść gości jako osoba z personelu hotelowego. Chociaż czasem jest naprawdę ciężko. W końcu jak nastoletnia praktykantka ma sobie poradzić z takimi szychami, jakie goszczą w "Podniebnym"? I czy reszta personelu będzie skłonna pomóc jej w zmierzeniu się ze złymi osobami?
Autorka dodaje do swojego eliksiru odrobinę humoru, miłości, kryminału i uroku.


Daje radę? 

Daje. Nawet w bardzo porządny i przede wszystkim wciągający sposób. Bo to właśnie ciekawość dominowała we mnie podczas czytania. Rozdziały kończyły się w takich momentach, że czasem ciężko było sobie powiedzieć, że nadszedł czas na przerwę od hotelowego świata. A nawet jeśli udało się oderwać, to i tak historia Fanny nie opuszczała moich myśli, a wręcz przeciwnie; ta chwila przerwy jeszcze bardziej podsycała moją ciekawość i ochotę dokończenia książki. 
Mam jedynie dwie uwagi. Autorka wyraźnie próbowała narzucić czytelnikowi, które postacie ma lubić, a które nie. Działało to na zasadzie; ten jest spoko, a ten - nie i dlatego pewne wydarzenia, zachowania były przerysowane. Ale! To kwestia szczególnie pierwszej połowy, gdzie to faktycznie mnie raziło, powodowało pewien niesmak. W drugiej połowie autorka odrobinę to zredukowała, ale za to - tu pojawia się druga uwaga - główna bohaterka zaczęła niesamowicie irytować. W momentach, w których, mam wrażenie, pani Gier chciała pokazać jej heroizm, silny charakter czy zrobić z niej "Mistrzynię Ciętej Riposty" zrobiła z siedemnastolatki raczej zołzę. Daję słowo, jak w pierwszych rozdziałach Fanny była zabawna, wzbudzała pozytywne emocje, zaskakiwała swoimi decyzjami, tak na ostatnich stronach jej zachowanie, wypowiadane słowa bardziej denerwowały niż imponowały. Właśnie dlatego często niechętnie patrzę na książki młodzieżowe (chyba, że są autorstwa Rainbow Rowell!!). 
 Ale nie spałabym z czystym sumieniem, gdybym oskarżyła tę pozycję o beznadziejne przedstawienie bohaterów, bo, pomimo Fanny i wcześniej wspomnianego, wyraźnego podziału na dobrych i złych, to jednak postacie wykreowane przez panią Gier mają w sobie "to coś." No bo kurczę! Jak zagorzały katolik posiadający tatuaże z motywami pogańskimi, śpiewający opery, a do tego obdarzony niezwykłą wrażliwością może nie urzec? Albo "azjatycki książę"?
Swoją drogą, przytoczę Ci opis tego bohatera:
 "Tristan Brown, 19, piękny jak z obrazka, ale ma też inne talenty." 
I to nie jest wysokiego lotu humor, ale mnie to szczerze rozbawiło po całej lekturze.
To, co muszę też przyznać pani Kerstin to fakt, że nie dopuści do zanudzenia swojego czytelnika. Tam ciągle coś się działo! Jak nie były to uciekające dzieci, to chłopak chodzący w środku nocy po balkonach innych gości.
Opisy wywoływały mnóstwo uczuć i zresztą, pani Gier uruchamiała całą paletę emocji. Do tego zgrabnie wprowadzała elementy kryminalistyczne. A zakończenie wprawiło mnie w prawdziwy szok. Co prawda, nie jestem dobra w przewidywaniu tego, jak może zakończyć się fabuła, ale w tym przypadku przebieg zdarzeń wyjątkowo zaskoczył. A nie był to też koniec wyciągnięty z randomowego worka odbiegającego od książki. Właśnie nie! Gdy zaczęłam analizować zakończenie i to, co stało się na moich oczach, to docierały do mnie zdarzenia z poprzednich rozdziałów i wtedy zaczęło mi się to układać w spójną całość, a myśli krzyczały: "Aaaa, faktycznie!" Krótko pisząc, fabuła do końca trzyma czytelnika w napięciu, a niektóre plot twisty były szczególnie udane.


Koniec końców

Szczerze pisząc, prawdopodobnie gdyby nie okładka i recenzja tejże książki u Weroniki, to nie chwyciłabym po nią przez moją niechęć do młodzieżówek. A napisać muszę, że dobrze się bawiłam podczas czytania i co najważniejsze - bardzo chciało mi się czytać, odkrywać kolejne intrygi gości hotelu oraz personelu, nawet wtedy, gdy zegar wybijał północ, a oczy odmawiały posłuszeństwa.
To się genialnie czyta, bo pani Gier ma lekkie pióro wypełnione emocjami i akcją, a przy okazji wprowadziła wątek miłosny opierający się na "Kogo ona wybierze??", który, trochę ze wstydem przyznaję, że zaciekawił mnie, bo obu kandydatów polubiłam.
Jeśli kogoś nie chwyci zawarta w książce historia, to przynajmniej wielką przyjemnością jest samo patrzenie na magiczną okładkę. Nie przesadzam! Gdyby trafiła mi się okazja do wydania czegoś, to zaopatrzyłabym tę rzecz w podobną szatę graficzną.
Czy wyniosłam coś konkretnego z tej produkcji pani Kerstin? Chyba nie. Ale to był przemiło spędzony czas, podczas którego odcięłam się stuprocentowo od otoczenia, miałam swoich postaciowych ulubieńców jak Pavel czy pan Wiktor Smirnow, dlatego, mimo wszystko, nie ma na co narzekać.
Ja polecam i sympatycznie będzie mi się kojarzył ten tytuł.
Wiem, że przesadziłam z kolorami na ostatnim zdjęciu, ale podoba mi się, jak to wygląda! Wszystkiego dobrego na weekend.
Hotel:
 Hotelli
 酒店 (jiǔ diàn)

Ból | Zeruya Shalev

"Ale on już wraca do swoich szachowych żołnierzy, nie słyszy jej i może tak jest nawet lepiej, bo w ostatnim czasie coś się u nich popsuło ze słowami. Używamy ich, aby coś ukryć, a nie ujawnić, myśli Iris. Zdradziliśmy słowa i może to nawet coś gorszego niż wzajemna zdrada, zdradziliśmy słowa, a one nas ukarały." 

Hej, terve, 你好!
Dziś coś z współczesnej, izraelskiej literatury, z którą mam tyle do czynienia, co nic, ale! "Ból" to zdecydowanie dobra wizytówka. Od razu ostrzegam, że w przypadku tej recenzji; może być konieczne "małe spoilerowanie", jednak mam nadzieję, że nie zaboli!

Fabuła

Iris, która jest główną bohaterką książki. Przeżyła atak terrorystyczny i choć minęło od tego czasu dziesięć lat, to nadal wraca myślami do tego wydarzenia, zastanawia się, co mogła zrobić, aby uniknąć tego nieszczęścia. Jednak im dalej w las, tym więcej winnych znajduje; nawet zaczyna podejrzewać swojego męża o zbrodnię.
Do tego wszystkiego dochodzi jej wielka miłość z lat nastoletnich - Ejtan. Kobieta nie jest w stanie o nim zapomnieć. A nadchodzące sytuacje wcale jej tego nie ułatwią. Poza tym, Iris jest mamą dwójki dzieci; Almy, która wyjechała do Tel Awiwu i Omera, który był wyjątkowo ciężkim przypadkiem. Główna bohaterka ma na głowie jeszcze dyrektorstwo w szkole. Dlatego wątków jest sporo i każdy z nich porządnie rozwinięty i chwała autorce za to.

"(...) przypominając sobie haiku, które kiedyś cytował Miki, o poecie, który poszedł medytować do pustelni, a po powrocie na miejscu domu zastał zgliszcza. Zamiast opłakiwać stratę, napisał: "Spalił się skład rzeczy, nic nie przysłania twarzy księżyca." 

Trochę o "Bólu"; niby-romansie 

Szczerze? Byłam przekonana, że to będzie romans. Może nie z samego początku, może nie patrząc na okładkę, ale brnąc przez fabułę, z każdą kolejną stroną, miałam w głowie "oho, no to się władowałam". I nie zrozum mnie źle, akurat ja jestem typem osoby, która za romansami to tak średnio przepada i chcąc nie chcąc, mając na półce do wyboru wcześniej wspomniany gatunek, a thriller, to raczej wybiorę to drugie. Chyba że na książce widnieje nazwisko "Schmitt" to całkowicie inna sprawa. 
I właśnie; "Ból" przypominał mi nieco stylem pisania, opisami emocji, przeżyć - Schmitta. Psychika głównej bohaterki - Iris - jest tak rozbudowana, rozłożona na wiele czynników, że absolutnie nie miałam problemu z tym, aby przywiązać się do niej, zrozumieć jej poczynania, które faktycznie momentami były, lekko pisząc, szalone, ale przede wszystkim wypełnione miłością. O tak, z Iris emanowała miłością. W pierwszej połowie czułam, że chce dostać miłość, chce być kochana i uporczywie do tego dąży, a w drugiej odwrotnie. Iris dawała to uczucie pewnej, niezwykle ważnej osobie, którą wcześniej zaniedbywała. 
Zeruya, jak Schmitt, pielęgnowała emocje bohaterów. Kocha się z poetyckimi, momentami bardzo objętościowymi opisami uczuć, co mnie zawsze urzeka. Pragnienie wielkiej miłości i bycie zawiedzionym własnym małżeństwem wręcz brzydzić się partnerem - to właśnie Iris. Bohaterka, która jest zmęczona, która zaczyna zastanawiać się nad sensem wszystkiego, co robi, która ma w głowie wiele niezamkniętych spraw nie tylko związanych z rodziną, pracą szalenie ważną dla niej, ale także z odkrywaniem siebie. Dlatego jest ona dowodem na to, że możesz mieć pięćdziesiąt lat i więcej, mniej, a jednak ciągle dowiadujemy się o sobie czegoś nowego. I nie ma w tym nic złego. 
Iris to ciekawa postać, nie mam wątpliwości, co do tego. Na pierwszych stronach nie do końca się polubiłyśmy, a jednak była to kwestia kolejnych rozdziałów, aby przekonywać się do tej kobiety.
"Drodzy rodzice, zachęcajcie dzieci, by prosiły o wybaczenie swych kolegów, jeśli ich zranią, i dawajcie im osobisty przykład, kiedy wy będziecie przepraszać za zranienie. Pomóżcie im się dowiedzieć, w jaki sposób zdolność wybaczenia umożliwia rozpoczęcie procesu uleczania i gojenia ran. Wasza Iris Ilam." 
Wracając jeszcze do samej kwestii romansu. Moje przeświadczenie o tym, że tę książkę należałoby położyć na półce pod tym właśnie gatunkiem, zniknęło. Teraz, kiedy myślę o "Bólu" autorstwa Zeruyi Shalev nie mam w głowie namiętnej miłości między kobietą i mężczyzną, znaczy to też, ale myślowym priorytetem jest raczej relacja między matką a córką. Dla mnie bezdyskusyjnie.
Iris chciała być dobrym rodzicem. Przecież zajmowała się dziećmi w szkole, radziła matkom, co mają zrobić z ich maleństwami, które były szczególnie ciężkie w wychowaniu. Co więcej, była w tym bardzo dobra, a jednak coś sprawiło, że między nią, a córką nie działo się najlepiej. Kiedy wyjechała pracować do Tel Awiwu, dopiero wtedy do Iris zaczęło to docierać. I teraz powstaje pytanie; czy da się zbudować most wypełniony troską i czułością między dwiema takimi osobami, skoro Alma (córka) miała już ponad dwadzieścia lat? Alma, z którą dużo lepiej dogadywał się tata i to właśnie do niego dzwoniła, jego informowała o swoich rzadkich przyjazdach do domu. Alma, która odczuwała brak zaangażowania matki w nią, jej życie, jej psychikę.
Ale znowu, czy możemy winić Iris, jeśli przeżyła atak terrorystyczny i to wydarzenie nie dość, że mocno odbiło się na niej psychicznie to także fizycznie?
Te pytania długo mi towarzyszyły podczas lektury jak również po niej i nadal ciężko jest mi wydać osąd. Bo w końcu jaki jest przepis na idealne wychowanie? I kurczę, coraz bardziej interesuje mnie ta kwestia. Chętnie poczytałabym książki o ogólnie pisząc, dobrym wychowaniu. Ciekawi mnie spostrzeżenie innych, znaczniej doświadczonych ode mnie osób na ten temat.
A koniec "Bólu" jest magiczny, dający ukojenie i to dziwne uczucie po skończeniu całości.

"- Sama nie wiem - mruczy, a Iris jej przerywa:
- No właśnie, ale ja wiem. Wszystko jest w porządku. Zgaś światło i idź spać. A swoją drogą rozmawiałam wcześniej z twoją mamą, powiedziała, że bardzo za tobą tęskni. Ucieszy się, jeśli za niedługo przyjedziesz do domu.
Noa zastyga w progu.
- Naprawdę tak powiedziała? To nie w jej stylu - powiedziała, ale Iris się upiera.
- Zdziwisz się, ale ludzie się zmieniają. Szczególnie matki."
Czy Ciebie też tak ujęła okładka? Nie wiem dlaczego, ale kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam to zachwyt momentalny. Jest nietypowa, wyróżniająca się spośród innych i niepasująca do współczesnych, estetycznych "standardów". I przede wszystkim; idealna do zdjęć!
Mogę to nazwać książką dla wrażliwców. Dla osób, które lubią psychologiczne portrety bohaterów. A w szczególności wydaje mi się, że "Ból" dotknie tych mających problemy z rodzicami, u tych, u których te relacje nie są do końca takie, jakie powinny być. Nieważne, jakiego kalibru jest to kłopot.
I na pewno tą lekturą będę się dzielić bardzo chętnie w moim środowisku. Jestem ciekawa, w jaki sposób inni ją odbiorą i czy interpretacja jej to w głównej mierze kwestia własnych przeżyć.
A oczywistym jest, że po książki tej autorki chwycę jeszcze, bo zdecydowanie nie spodziewałam się znaleźć "izraelskiego Schmitta."
Tymczasem wszystkiego dobrego!

Ból:
Kipu
(tòng)