Jakie audiobooki warto przesłuchać na bookbeat? | Lipiec 2021



Wstęp

Xin chào!
    O audiobookach nie było na tym blogu ani słowa. Muszę przyznać, że zawsze było mi z nimi nie po drodze, a z drugiej strony wydawało mi się, że to nie dla mnie, bo się nie skupię, bo wolę książkę na papierze, etc. I faktycznie - kiedy mówię ludziom, że rozpoczynam swoją przygodę z audiobookami, to większość z nich reaguje raczej negatywnie aniżeli pozytywnie. Wcale się im nie dziwię. 
    Aż do pewnego lipcowego dnia, kiedy ustawiwszy sobie leżaczek przed domem, otworzyłem książkę papierową i w ni ząb nie wchodziło mi do głowy to, co czytam, a jednak korciło mnie, żeby wykorzystać czas na czytanie. 
    Wieczorem jedna z booktuberek opowiedziała o bookbeat i pomimo mojej niechęci do słuchowisk, stwierdziłem, że dobra - spróbujmy. Miesiąc za darmo, najwyżej zrezygnuję i tyle. 
    Jak się możecie domyślić - był to strzał w dziesiątkę. Jazda autobusem? No to audiobook! Idę do paczkomatu? Kurde, może sobie włączę audiobooka. Przed spaniem? Audiobook! 

Jakie mam z tego korzyści? 
1) Szybciej zapoznaję się z książkami. 
2) O dziwo - motywuje mnie to do czytania książek w ogóle, nie tylko w formie słuchowej. 
3) Uwielbiam wieczory, kiedy leżę w łóżku, wszędzie ciemno, ale słyszę opowiadaną mi historię. Bardzo mnie to uspokaja i relaksuje. 
4) Audiobooka mogę włączyć, gdy coś robię albo gdzieś idę/jadę. 

Minirecenzje: 3 wietnamskie filmy


Wstęp 

Xin chào!
Nie byłabym sobą, gdybym angażowała się w naukę języka wietnamskiego, a przy tym nie obejrzała żadnego filmu z tamtego kraju lub nie przeczytała żadnej książki (jednak z tym na polskim rynku jest niemały problem, dlatego dopiero do mnie takowe idą z Anglii). 

Nie będę kłamać. Z kinem wietnamskim nie miałam praktycznie do czynienia. Tytuł, jaki mogłabym jeszcze tydzień temu wymienić, to jedynie skromna "Trzecia żona", a poza tym - guzik wiedziałam, co się działo/dzieje u nich w kinematografii. Powoli to zmieniam, co strasznie mnie intryguje, bo uwielbiam produkcje nietypowe (nie do końca wiem, czy to odpowiednie słowo) i niepopularne. 

Nie ukrywam też, że chętnie będę się dzielić w najbliższych miesiącach tytułami wietnamskimi. Dziś mam okazję przedstawić Wam trzy różne od siebie produkcje. Umieściłam je w kolejności; od najgorszego filmu do najlepszego (oczywiście, wszystko subiektywnie). Dlatego serdecznie zapraszam Was do czytania! 


"Trzecia żona" / 2018 rok

Dostępny na HBO GO! 

Fabuła: Akcja dzieje się w XIX wiecznym Wietnamie. Poznajemy młodziutką May, która zostaje tytułową trzecią żoną bogatego właściciela ziemskiego. Dziewczyna jednak zmuszona jest ukrywać pewien sekret. 

Moja opinia: To, co trzeba przyznać temu filmowi to fakt, iż cieszy oko. Kadry, kolory, światło - robi wrażenie i dzięki temu miło brnęło się przez seans, który, swoją drogą, nie trwa długo, bo zaledwie 96 minut. 
Fabularnie nie robi szału. Wydaje mi się, że z takiej historii można było spokojnie wyciągnąć coś więcej, np. rozwinąć poboczne wątki, chociażby dwóch poprzednich żon, ponieważ o nich nie dowiadujemy się zbyt wiele. Poza tym, nasza główna bohaterka boryka się z pewnym problemem. Zależy jej na tym, aby urodzić chłopca, bo to umocniłoby jej pozycję w rodzinie. Ten przerażający wątek, który oczywiście jest faktem historycznym i wiele chińskich filmów, jak popularne "Zawieście czerwone latarnie" ukazują go. Jednak mam wrażenie, iż tutaj i to zostało potraktowane pobieżnie. Dlatego, jak widzicie, wszystko w tym filmie, oprócz zdjęć, wzbudza poczucie niedosytu, który jest frustrujący. 

Uwaga! To będzie dziwne, ale mimo wszystko, polecam ten film. Jak wspomniałam, nie trwa długo, ale wydaje mi się odpowiedni na rozpoczęcie swojej przygody z kinem azjatyckim, bo wtedy może on wzbudzi lepszy, bardziej satysfakcjonujący odbiór niż osobie "siedzącej" we wschodniej kinematografii.  A po drugie, stroje i wietnamskie krajobrazy też robią swoje. 

Warto jednak zaznaczyć, że dla reżyserki Ash Mayfair "Trzecia żona" jest debiutem! 


"Goodbye Mother" / "Thưa Mẹ Con Đi" / 2019 rok


Fabuła: Van po dziewięcioletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych wraca do swojej rodzinnej wioski w Wietnamie. Spotyka się ponownie ze swoją rodziną, m.in. z babcią chorującą na demencję, którą bardzo kocha, ale ta go nie poznaje. Jednak przyprowadza ze sobą Iana - Wietnamczyka wychowującego się w Ameryce. Mężczyźni nie przyznają się do tego, że łączy ich coś więcej niż przyjaźń. 

Moja opinia: Zacznijmy od tego, że film można znaleźć na Netflixie, ale na tym anglojęzycznym, na polskim nadal nie jest dostępny. W ogóle nie wiem, czy też to zauważyliście: na polskim Netflixie nie ma wielu, wielu, WIELU tytułów, które spokojnie można obejrzeć zagranicą. Niestety "Goodbye Mother" należy do tej listy. 

Największym plusem "Thưa Mẹ Con Đi" jest niewątpliwie relacja pomiędzy Vanem i Ianem, co zapewnia widzowi zaangażowanie emocjonalne w historię i perypetie głównych bohaterów. Poza tym, dialogi też zostały świetnie napisane. Nie tylko są zabawne, ale także inteligentne, pełne uczuć i przede wszystkim - realne. Co mam przez to na myśli? Ano to, że ja wierzę w pokazywane mi postacie. 
Musimy jednak coś sprostować. Przedstawia się ten film (np. na imdb) jako komedię, a dopiero potem wymienia się takie gatunki jak dramat czy romans. Mimo to, uważam, że sprawa ma się tak, jak w przypadku tajwańskiej produkcji "Dear Ex", gdzie sugeruje się widzowi poprzez tytuł (mam na myśli polski: "Czyim mężem był mój eks?"), że wchodzicie w seans, podczas którego będziecie się w większości śmiać. A jest na odwrót. "Goodbye Mother" to film poruszający niezwykle ważną i delikatną kwestię, jaką jest strach przed odrzuceniem. Dlatego ostrzegam przed tym! 

Czy polecam ten film? Jak najbardziej. Co prawda, myślałam, że bardziej mną poruszy na końcu, bowiem sądzę, iż zakończenie jest mocno przeciętne, ale! Bezdyskusyjnie uważam go za dobry i wart obejrzenia. Nawet ze względu na samą kreację postaci, która w tym przypadku jest na piątkę z plusem.

Dodatek: Pochwalę się także, że dzięki "Goodbye Mother" znalazłam na YouTube ciekawy, wietnamski kanał zajmujący się recenzją filmów. Jeśli ktoś ma ochotę posłuchać tego pięknego języka, to odsyłam tutaj: Phê Phim  (wystarczy kliknąć w nazwę po lewo!) 


"Rykszarz" / "Cyclo" / "Xích lô" / 1995 rok 

Fabuła: Film opowiada o młodym, ubogim rykszarzu, któremu pewnego dnia skradziono rikszę, przez co jego losy łączą się z miejscowym gangiem. 
W tle widz obserwuje także historię siostry głównego bohatera. Dziewczyna zmuszona jest pracować w najstarszym zawodzie świata. 

Moja opinia: Nie znoszę tego uczucia. Po prostu nie mogę przetrwać, kiedy coś tak strasznie mi się podobało, a w sumie to nawet ciężko jest mi napisać dlaczego. Czy to była kwestia kadrów? No, raczej nie, bo nie wyróżniał się pod tym względem (inna sprawa, jeśli mówimy o jakości - tak, to mam wrażenie jest dobrym zaskoczeniem jak na tamte lata). Może zarys fabularny? Też nie do końca. Jasne, brzmiało dla mnie intrygująco już od samego początku, ale nie sądzę, żeby to właśnie ono było prowodyrem mojego zachwytu. 
W chwili, gdy jestem prawie tydzień po seansie przychodzi mi do głowy jedno słowo - symbolika. Symbolika, drugie dno, ciekawie rozpisane postacie - ta mieszanka jest idealną mieszanką dla mojego mózgu emocjonalnego. Moi Drodzy, ten film nie jest łatwy. Ale zapewniam - jest wyjątkowy, o czym mogą minimalnie świadczyć powyższe zdjęcie i zdjęcie główne tego postu. 
Szczerze pisząc, doceniam "Rykszarza" coraz bardziej wraz z upływem dni. Bo jednego nie mogę odmówić, myślę o nim cały czas! 

Tony Leung (znany m.in. z "Spragnieni miłości", "Chungking Express" i "Ostrożnie, pożądanie" - wszystkie te tytuły są genialne, polecam) - to hongkońskie nazwisko sprawiło, że gdy zobaczyłam je na tle wietnamskich słów, to nie zawahałam się ani chwili, aby obejrzeć "Rykszarza". Poza tym, miło usłyszeć język wietnamski w jego wykonaniu! Myślałam, że może potrafi mówić w tym języku, dlatego wystąpił w "Cyclo", ale potem dotarłam do jednego z wywiadów, gdzie padają następujące słowa: 

"There was another film where I had to speak Vietnamese. It’s horrible! [laughs] I have to memorise all the words because I don’t understand them. " Parafrazując: musiał nauczyć się słów na blachę, bo ich po prostu nie rozumiał. (a nawet było tak z mandaryńskim! czyli urzędowym językiem Chin, ponieważ dla Tony'ego ojczystym językiem jest kantoński).  


Na sam koniec chcę tylko wyrazić swoje zauroczenie wyglądem aktora (Le Van Loc), grającego główną rolę w "Rykszarzu", czyli w jedynym tytule w życiu, w jakim wystąpił. (niestety)

Tyle miałam do przekazania. Kino wietnamskie zrobiło na mnie wrażenie już od samego początku, więc proszę się spodziewać więcej takich minirecenzji! 
A teraz zabieram się za czytanie, bo zakupiłam ostatnio książkę "Hurt & Comfort" Weroniki Łodygi i nie mogę się doczekać, aż o niej co nieco napiszę na Pandzi! 

Trzymajcie się ciepło, 
Panda Fińsko-Chińska (i wietnamska) 

Dwa filmy o malarzach

"nagie stany duszy w chwilach, kiedy wszelki głos rozumu milknie" 

Trochę o trzech takich (tomikach poezji)


Słowem wstępu


Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta!

Uwielbiam wiersze. Rok temu czytałam je masowo. W związku z tym uzbierałam trochę tomiki poezji. Wszelkiego rodzaju tomiki. Po te popularne aż po te z antykwariatów, których nikt nie chciał kupić. Jednak przygotowania do matury skutecznie odciągnęły mnie od tego typu przyjemności (nie żeby historia sztuki nie była miła).

W każdym razie gdzieś w tym wszystkim wiersze zniknęły z mojego codziennego dnia. Zresztą, nie tylko ich czytanie, ale także pisanie. Ostatnio nieco przez porządki na półkach, a nieco dzięki genialnemu serialowi na Netflixie "Ania, nie Anna", znalazłam kilka starych i nowych tomików.  Zatonęłam w nich. W ogóle muszę zaznaczyć, że moje czytanie wierszy wygląda dość karykaturalnie, bo zawsze je recytuję (a recytator ze mnie żaden) i staram się jak najmocniej wczuć w dany utwór. Rzecz jasna, do takich aktów dochodzi, gdy nikogo nie ma w pobliżu, bo jestem przekonana, że wyglądam podczas moich miniwystępów jak opętana, no ale. Ja się świetnie bawię!
Dlatego też przez minione dni spędziłam kilka dobrych chwil nad wierszami, a jedynym świadkiem był kot - i niech tak pozostanie.

Dobra, ale sprawa jest taka, że to wszystko doprowadziło do powstania tychże minirecenzji. Skupimy się dziś nad znanymi tworami, które są już ze mną dłuższą chwilę i każdy z tych tomików przeczytałam co najmniej trzy razy. Ale! To nie znaczy, że wszystkie mi się podobały. Taka moja dziwaczna przypadłość, iż lubię wracać do poezji. Nawet jeśli mam do niej wiele zastrzeżeń.
Nareszcie: serdecznie zapraszam do tematu głównego postu! 


"Arkusz poetycki" | Billie Sparrow 

Cytat przewodni: Poezja ma mówić za nas o nas Jacek Głażewski

Dwa lata temu strasznie nakręciłam się na tę pozycję. Oglądałam wtedy od czasu do czasu Billie, a kiedy oznajmiła, co wydaje, to od razu wiedziałam, że zamówię "Arkusz poetycki". I tak się stało. Przyszło do mnie jakoś zaraz po premierze i nacieszyłam się tym dość krótki czas, niestety. Tomik jest przepięknie wydany. Sama okładka jest genialna, a rysunki w środku - jeszcze lepsze. Wszystko w stylu Billie. 
Ze strony formalnej słów kilka. Książka ma 223 strony. Jest podzielona na 5 segmentów: pokolenie, tożsamość, uniesienia, w(y)rażenia, marność. To, co mnie przeraża to ilość rysunków czy praktycznie pustych kartek w stosunku do samej treści. A znowu z przykrością muszę stwierdzić, że same wiersze w ogóle mi nie podeszły. Z kilkudziesięciu utworów najwyżej trzy do mnie trafiły. Oto jeden z nich: 
"War saw"

w tafli
zaszklonych oczu miasta
odbiły się gruzowiska

warsaw
dziś błyszczy
mruga i tętni
spójrzcie

widać
było warto
choć wtedy nikt
zapewniać
nie musiał
W powyższym utworze uderzyła mnie ostatnia zwrotka, która sprawiła, że w moich oczach "War saw" wyróżnia się spośród pozostałych tytułów. A jaka była "ta reszta"? Nie było w nich niczego innowacyjnego. Proste wiersze, z prostym przekazem, prostymi słowami.  Są osoby, które preferują taki styl i to jest jak najbardziej w porządku - ale mnie to nuży. Nie wczuwam się w te utwory. Zero emocji. Pomimo wielu kontrowersyjnych, slangowych słów typu "hajs" itp.
Tomik można przeczytać w ciągu 30 minut i to zatrzymując się przy wierszach, aby nad nimi pomyśleć - a tak to przynajmniej wyglądało w moim przypadku. Miło popatrzeć na ładne rysunki, ale jako dodatek, a nie jako najmocniejszą stronę książki.
Dlatego strasznie się zawiodłam na "Arkuszu poetyckim", ale za to naprawdę ładnie prezentuje się na półce.
Gwoli ścisłości, nie ujmuję autorce. Każdy tworzy inaczej. Każdy ma inną wrażliwość. I to jest piękne, że piszemy tak różnorodne rzeczy. A niestety ta estetyka literacka do mnie nie trafia.
A jeszcze tutaj macie wiersz z okładki książki:
***

często się
rozsypuję

zawsze składam
cierpliwie
od nowa

za każdym razem
trochę inaczej


"Jestem Julią" | Halina Poświatowska 

(...) jeśli wieczność jest chwilą pomiędzy moim sercem pustym a moim sercem wezbranym z miłości, nigdy nie będzie czasu, w którym nie kochałabym ciebie. Fragment jednego z utworów. 

Gdyby ktoś zapytał mnie, kim jest osoba romantyczna, kazałabym mu przeczytać "Jestem Julią". Wiersze Haliny Poświatowskiej aż kipią od nadmiaru miłości i kwiatów (wszelkiego rodzaju; dziewanny, hiacynty, co chcecie). Nie ukrywam, że kocham taką poezję, w której mogę znaleźć siebie, chociaż nie ma ze mną nic wspólnego. (Paradoksów nie brakuje w moich emocjach, a co!) Uwielbiam wzruszać się z powodu dalii czy brzozy i robię to mimowolnie. I nazywam to odważnie mistrzostwem świata. 
Ciężko mi wybrać ulubiony wiersz, dlatego padło na ten, którego nauczyłam się na pamięć kilka lat temu. 
***

jestem dla ciebie czuła
jak dla pszczół
cierpki zapach kwiatu
jestem dla ciebie dobra
jak dla zmęczonych skrzydeł ptaka rozchwiana gałąź

złoto
opadam na twe powieki
uśmiechem
odpędzam myśli - kąśliwe osy

to noc
dała mi ciebie
ogromna noc
w której gubiłam rozrzucone po płótnie włosy

jesteś jak księżyc wyraźny
świecisz
na moim chłodnym niebie

modlę się do ciebie
jaka to religia
w której czci się usta
wygiętego boga przedświtów
ach religia

wspaniali bluźniercy
jesteśmy sobie
zamkniętym czworokątnym światem
Teraz można mnie oskarżyć o hipokryzję i wcale się nie zdziwię, jeśli ktoś to zrobi. Przy "Arkuszu poetyckim" napisałam, że nuży mnie monotoniczność wierszy. Problem w tym, że wiersze Pani Haliny też są monotematyczne. Na swoje usprawiedliwienie muszę napisać, iż tutaj, w "Jestem Julią" aż chce się czytać nawet i jeden wiersz po tysiąc razy i płakać przy nim tak jak za pierwszym razem. Sama polecam do tego tomiku włączyć sobie muzykę filmową (w moim przypadku była to ta z "Wyznań Gejszy"). Wrażenia niezastąpione. A warto sobie zaserwować takie przyjemności. W dodatku siedząc w słońcu, o!
Dodaję jeszcze wiersz z okładki:
***

chcę pisać o tobie
twoim imieniem wesprzeć skrzywiony płot
zmarzłą czereśnię
o twoich ustach
składać strofy wygięte
o twoich rzęsach kłamać że ciemne
chcę
wplątać palce w twoje włosy
znaleźć wgłębienie w szyi
gdzie stłumionym szeptem
serce zaprzecza ustom
chcę
twoje imię z gwiazdami zmieszać
z krwią
być w tobie
nie być z tobą
zniknąć
jak kropla deszczu którą wchłonęła noc
Chyba nie ma innego tomiku, do którego wracałabym częściej. Kiedy chcę coś napisać, a nie potrafię zebrać w sobie na tyle motywacji, inspiracji, aby ułożyć satysfakcjonujące zdania, to wracam do Pani Haliny i jej nieziemskich pokładów wrażliwości.
Swoją drogą, paradoksalnie jest najcieńsza (około 80 stron) z omawianych dziś książek, a czytałam ją najdłużej. Można sobie porównać na pierwszym zdjęciu!
Zdecydowanie "Jestem Julią" to jedna z moich najjaśniejszych perełek na półce, więc nie ma się co dziwić, że najchętniej do niej wróciłam.
Polecam również zapoznanie się z biografią poetki, jeśli jeszcze jest to przed Tobą!


"Słońce i jej kwiaty" | Rupi Kaur, tłumacz. Anna Gralak

nie można tak po prostu obudzić się jako motyl 

rozwój to proces 
fragment jednego z utworów

And last but not least Rupi Kaur i jej drugi tomik "Słońce i jej kwiaty". Książka, którą dostałam na 18-naste urodziny. I był to piękny prezent, bo nie dość, że prezentuje się cudownie to jest dwujęzyczna, co było strzałem w dziesiątkę. Można w ten sposób poćwiczyć język obcy i to z jaką przyjemnością! 
W ogóle zacznijmy od chwili dla imienia i nazwiska autorki - Rupi Kaur - prześlicznie brzmi. Od razu mi przywodzi na myśl egzotyczny kwiat i może słusznie, bo podobnie jak u Pani Poświatowskiej, kwiatów nie brakuje w przypadku tej poetki. Za co u mnie poezja hinduski już na wstępie ma ogromnego plusa. Pisanie, pisaniem, ale dodam teraz mój ulubiony wiersz z tego zbioru i przechodzimy do sedna sprawy: 

wzejdź 
powiedział księżyc
i nastał nowy dzień
przedstawienie musi trwać powiedziało słońce
życie na nikogo nie czeka
ciągnie cię za nogi
bez względu na to czy chcesz iść czy nie
to dar
życie zmusi cię byś zapomniała jak bardzo ich pragniesz
skóra będzie ci schodzić aż nie zostanie
ani jeden skrawek którego dotykali
twoje oczy wreszcie będą tylko twoimi oczami
a nie oczami które patrzyły na nich
dotrzesz do końca
tego co jest dopiero początkiem
idź
otwórz drzwi do całej reszty

czas
Zaczęłam słodko, ale tak naprawdę do twórczości Kaur mam ambiwalentny stosunek. Widzę, co chce opowiedzieć i to jest porządne, że ma pomysł na to, w jaki sposób pragnie skomponować ze sobą swoje wiersze. Uważam, że wyszło jej to dobrze. Opowiada o strasznych, osobistych rzeczach i samo to wywołuje wiele uczuć. Współczuję Rupi. Wiem, że trzymam w rękach jej mały pamiętnik, którym chciałaby pomóc ludziom będących w podobnej sytuacji, w jakiej ona była. Ale same utwory autorki nie przemawiają do mnie. Historia jest przerażająca. Stany, w  których znajduje się podmiot liryczny, nierzadko także dają dużo do myślenia. Jednak kompozycja czy warsztat, znowu to napiszę, nie jest w moim guście. Dokładnie tak, jak w przypadku Billie Sparrow. Co nie zmienia faktu, że jestem zainteresowana przyszłymi tworami Rupi. Tym bardziej, że sama zajmuje się także rysunkami do swoich tomików.
Dwujęzyczna wersja liczy sobie około 466 stron.
Podsumowując, te wiersze nie należą do moich ulubionych. Mimo to, rozumiem dlaczego stał się takim fenomenem.
Ostatni wiersz na dziś pochodzi z okładki "Słońca i jej kwiatów":
oto przepis na życie
powiedziała moja matka
trzymając mnie w ramionach gdy płakałam
pomyśl o kwiatach które co roku
sadzisz w ogrodzie
nauczą cię
że ludzie też
muszą zwiędnąć
opaść
zapuścić korzenie
wzejść
by rozkwitnąć 


Koniec

Powyżej podsyłam zdjęcie moich notatek do tego wpisu. Wszystko napisałam piórem, maczając go w atramencie. Bardzo satysfakcjonująca sprawa, polecam! A takie rzeczy zawsze sobie zostawiam, chowam w teczce. Lubię do nich wracać. 
Proszę mi wybaczyć, jeśli te opinie nie są jakieś szalenie wybitne. Akurat z wypowiadaniem się na temat poezji nie mam zbyt wielkiego doświadczenia. Szczerze pisząc, jest ono zerowe, ale fakt, że interesuję się tym od dawna, skłonił mnie do wyskrobania czegoś o wierszach na Pandzi. I bardzo miło mi się to pisało! 
Jeśli ktoś również ma swoich "tomikowych" faworytów, to chętnie się z nimi zapoznam! 

Inne sprawy

Ostatnio obejrzałam ciekawy filmik, gdzie Polka mieszkająca w Finlandii mówi kilka ciekawostek o kraju w którym przebywa. Tutaj podsyłam link: Film
Niektóre z nich są podstawowe, ale pojawiają się też te mniej znane na przykład dowiedziałam się co nieco o fińskim paszporcie! Gdyby ktoś miał ochotę, to odsyłam na kanał Aleksandry.

A jedną z najlepszych wiadomości ostatnich miesięcy jest to, że mamy od niedzieli nowego współlokatora! Poniżej macie jego zdjęcie. Najsłodszy kot na świecie, jednak straszny z niego łobuziak. Szybciutko się do nas przyzwyczaił i przy czytaniu powyższych tomików poezji chętnie mi towarzyszył (co prawda, przez większość czasu spał na moim brzuchu albo obok mnie, ale zawsze coś!).  Na tę chwilę wszyscy się uczymy, jak dobrze pielęgnować kota. Niemniej, bardzo cieszę się z tej Dzidzi.

Niełatwo temu łobuzowi (a imię jego Felek) zrobić zdjęcie!
Na dziś to już wszystko. Trzymajcie się zdrowo, dbajcie o siebie i dzielcie się poezją, 
Panda Fińsko-Chińska 


Moje małe (chińskie) osiągnięcia


Dzień dobry!

Po tak długiej przerwie wracam z postem wypełnionym miłością. Chcę Wam przedstawić i opisać moje ostatnie fascynacje, jakie odkryłam w ciągu minionych tygodni. Totalnie luźny wpis, ale piszę go z chęci podzielenia się tym, co mnie otacza. Poza tym, mam nadzieję, że może ktoś zainspiruje się lub zachęci do jednego z poniższych tytułów, a ze względu na obecną sytuację związaną z wirusem; czasu w domu jest wiele.  W każdym razie zapraszam.

Trochę o trzech takich (książkach)


Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta!
Mam ostatnio bardzo dużo ochoty, weny do pisania i wszystkie siły ciągną mnie do wystukania recenzji. Wspominałam już kiedyś, że od kilku tygodni czytam i oglądam na masową skalę, dlatego z tej całej mojej kolekcji, jaką uzbierałam przez ten czas, musiałam wybrać któryś tytuł. To nie było łatwe zadanie. Mam milion zaczętych recenzji filmów i jeszcze żadnego nie skończyłam. Zresztą, z książkami podobnie, więc moja głowa wpadła wczoraj na genialny pomysł, aby wybrać trzy, cztery pozycje i stworzyć sobie z nich minirecenzja, a dlaczego by nie?

W kinie siła


Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta!

O czym możecie dziś przeczytać? 

  1. Tradycyjny wstęp, ot co! 
  2. Minirecenzje: 
    • "Czarownica 2" 
    • "Salma w krainie dusz"
    • "Boże Ciało" 
  3. Trochę opowiadam o tym, co u mnie. 

Wstęp

Chodzenie do kina to jedna z tych czynności, która powoduje we mnie uczucie uwolnienia od prawie wszystkiego za wyjątkiem; emocji. Emocji będących częścią kinowego katharsis. Jednak z żalem przyznaję, że mało mnie było w tym miejscu przez ostatnie dwa lata. Dopiero w sierpniu bieżącego roku falę miłości ożywił nowy film Quentina Tarantino "Pewnego razu w Hollywood", który błyszczał na wielkim ekranie w fenomenalnym kinie Pod Baranami w Krakowie, gdzie klimat jest szalenie wyjątkowy. Jak tu się nie zakochać na nowo? 
Mimo wszystko, mam wrażenie, że rozkwit mojego szału na filmy i książki zaczął się pod koniec października i z przyjemnością donoszę, że efektem romansu z kinem jest chociażby ten post.
Musicie wiedzieć, że ten wpis ewoluował z każdym tygodniem. Będąc na "Czarownicy 2", miałam w głowie jedno hasło: NA PEWNO WYSKROBIĘ RECENZJĘ. Później razem z rodzicami i siostrą poszliśmy na "Boże Ciało" i znowu to samo; wyszłam z misją napisania czegokolwiek na temat dzieła pana Komasy. No i "Salma w krainie dusz", po której powołanie do stukania w klawiaturę wróciło. Dodatkowo mam wielką ochotę pokazać Wam to, co ostatnio wyprawia się u mnie. Nie przedłużając, zapraszam!

Minirecenzje: 6 koreańskich filmów


Hej, terve, 你好!
  Przyznam się bez bicia, że z koreańskim kinem to ja nie byłam i nie jestem zbyt obeznana. Właściwie, kojarzyłam tylko "Lament", o którym słyszę miliony dobrych słów i obiecuję sobie, że kiedyś i przed moim ekranem pojawi się ten film. 
Już przez pewien czas chodziły za mną produkcje z tego kraju, a to za sprawką bloga; How Gee. W końcu nadszedł ten dzień, kiedy włączyłam sobie jeden. Potem poszedł drugi, trzeci, czwarty i szczerze mówiąc, doszło do takiej sytuacji, że w momencie pojawienia się wolnej chwili, miałam w głowie:" No to co? Koreański film?" i zawsze kończyło się tak samo. Na koreańskim filmie.
Dlatego dziś miło mi Cię gościć w tym wpisie!