Minirecenzje: 3 wietnamskie filmy


Wstęp 

Xin chào!
Nie byłabym sobą, gdybym angażowała się w naukę języka wietnamskiego, a przy tym nie obejrzała żadnego filmu z tamtego kraju lub nie przeczytała żadnej książki (jednak z tym na polskim rynku jest niemały problem, dlatego dopiero do mnie takowe idą z Anglii). 

Nie będę kłamać. Z kinem wietnamskim nie miałam praktycznie do czynienia. Tytuł, jaki mogłabym jeszcze tydzień temu wymienić, to jedynie skromna "Trzecia żona", a poza tym - guzik wiedziałam, co się działo/dzieje u nich w kinematografii. Powoli to zmieniam, co strasznie mnie intryguje, bo uwielbiam produkcje nietypowe (nie do końca wiem, czy to odpowiednie słowo) i niepopularne. 

Nie ukrywam też, że chętnie będę się dzielić w najbliższych miesiącach tytułami wietnamskimi. Dziś mam okazję przedstawić Wam trzy różne od siebie produkcje. Umieściłam je w kolejności; od najgorszego filmu do najlepszego (oczywiście, wszystko subiektywnie). Dlatego serdecznie zapraszam Was do czytania! 


"Trzecia żona" / 2018 rok

Dostępny na HBO GO! 

Fabuła: Akcja dzieje się w XIX wiecznym Wietnamie. Poznajemy młodziutką May, która zostaje tytułową trzecią żoną bogatego właściciela ziemskiego. Dziewczyna jednak zmuszona jest ukrywać pewien sekret. 

Moja opinia: To, co trzeba przyznać temu filmowi to fakt, iż cieszy oko. Kadry, kolory, światło - robi wrażenie i dzięki temu miło brnęło się przez seans, który, swoją drogą, nie trwa długo, bo zaledwie 96 minut. 
Fabularnie nie robi szału. Wydaje mi się, że z takiej historii można było spokojnie wyciągnąć coś więcej, np. rozwinąć poboczne wątki, chociażby dwóch poprzednich żon, ponieważ o nich nie dowiadujemy się zbyt wiele. Poza tym, nasza główna bohaterka boryka się z pewnym problemem. Zależy jej na tym, aby urodzić chłopca, bo to umocniłoby jej pozycję w rodzinie. Ten przerażający wątek, który oczywiście jest faktem historycznym i wiele chińskich filmów, jak popularne "Zawieście czerwone latarnie" ukazują go. Jednak mam wrażenie, iż tutaj i to zostało potraktowane pobieżnie. Dlatego, jak widzicie, wszystko w tym filmie, oprócz zdjęć, wzbudza poczucie niedosytu, który jest frustrujący. 

Uwaga! To będzie dziwne, ale mimo wszystko, polecam ten film. Jak wspomniałam, nie trwa długo, ale wydaje mi się odpowiedni na rozpoczęcie swojej przygody z kinem azjatyckim, bo wtedy może on wzbudzi lepszy, bardziej satysfakcjonujący odbiór niż osobie "siedzącej" we wschodniej kinematografii.  A po drugie, stroje i wietnamskie krajobrazy też robią swoje. 

Warto jednak zaznaczyć, że dla reżyserki Ash Mayfair "Trzecia żona" jest debiutem! 


"Goodbye Mother" / "Thưa Mẹ Con Đi" / 2019 rok


Fabuła: Van po dziewięcioletnim pobycie w Stanach Zjednoczonych wraca do swojej rodzinnej wioski w Wietnamie. Spotyka się ponownie ze swoją rodziną, m.in. z babcią chorującą na demencję, którą bardzo kocha, ale ta go nie poznaje. Jednak przyprowadza ze sobą Iana - Wietnamczyka wychowującego się w Ameryce. Mężczyźni nie przyznają się do tego, że łączy ich coś więcej niż przyjaźń. 

Moja opinia: Zacznijmy od tego, że film można znaleźć na Netflixie, ale na tym anglojęzycznym, na polskim nadal nie jest dostępny. W ogóle nie wiem, czy też to zauważyliście: na polskim Netflixie nie ma wielu, wielu, WIELU tytułów, które spokojnie można obejrzeć zagranicą. Niestety "Goodbye Mother" należy do tej listy. 

Największym plusem "Thưa Mẹ Con Đi" jest niewątpliwie relacja pomiędzy Vanem i Ianem, co zapewnia widzowi zaangażowanie emocjonalne w historię i perypetie głównych bohaterów. Poza tym, dialogi też zostały świetnie napisane. Nie tylko są zabawne, ale także inteligentne, pełne uczuć i przede wszystkim - realne. Co mam przez to na myśli? Ano to, że ja wierzę w pokazywane mi postacie. 
Musimy jednak coś sprostować. Przedstawia się ten film (np. na imdb) jako komedię, a dopiero potem wymienia się takie gatunki jak dramat czy romans. Mimo to, uważam, że sprawa ma się tak, jak w przypadku tajwańskiej produkcji "Dear Ex", gdzie sugeruje się widzowi poprzez tytuł (mam na myśli polski: "Czyim mężem był mój eks?"), że wchodzicie w seans, podczas którego będziecie się w większości śmiać. A jest na odwrót. "Goodbye Mother" to film poruszający niezwykle ważną i delikatną kwestię, jaką jest strach przed odrzuceniem. Dlatego ostrzegam przed tym! 

Czy polecam ten film? Jak najbardziej. Co prawda, myślałam, że bardziej mną poruszy na końcu, bowiem sądzę, iż zakończenie jest mocno przeciętne, ale! Bezdyskusyjnie uważam go za dobry i wart obejrzenia. Nawet ze względu na samą kreację postaci, która w tym przypadku jest na piątkę z plusem.

Dodatek: Pochwalę się także, że dzięki "Goodbye Mother" znalazłam na YouTube ciekawy, wietnamski kanał zajmujący się recenzją filmów. Jeśli ktoś ma ochotę posłuchać tego pięknego języka, to odsyłam tutaj: Phê Phim  (wystarczy kliknąć w nazwę po lewo!) 


"Rykszarz" / "Cyclo" / "Xích lô" / 1995 rok 

Fabuła: Film opowiada o młodym, ubogim rykszarzu, któremu pewnego dnia skradziono rikszę, przez co jego losy łączą się z miejscowym gangiem. 
W tle widz obserwuje także historię siostry głównego bohatera. Dziewczyna zmuszona jest pracować w najstarszym zawodzie świata. 

Moja opinia: Nie znoszę tego uczucia. Po prostu nie mogę przetrwać, kiedy coś tak strasznie mi się podobało, a w sumie to nawet ciężko jest mi napisać dlaczego. Czy to była kwestia kadrów? No, raczej nie, bo nie wyróżniał się pod tym względem (inna sprawa, jeśli mówimy o jakości - tak, to mam wrażenie jest dobrym zaskoczeniem jak na tamte lata). Może zarys fabularny? Też nie do końca. Jasne, brzmiało dla mnie intrygująco już od samego początku, ale nie sądzę, żeby to właśnie ono było prowodyrem mojego zachwytu. 
W chwili, gdy jestem prawie tydzień po seansie przychodzi mi do głowy jedno słowo - symbolika. Symbolika, drugie dno, ciekawie rozpisane postacie - ta mieszanka jest idealną mieszanką dla mojego mózgu emocjonalnego. Moi Drodzy, ten film nie jest łatwy. Ale zapewniam - jest wyjątkowy, o czym mogą minimalnie świadczyć powyższe zdjęcie i zdjęcie główne tego postu. 
Szczerze pisząc, doceniam "Rykszarza" coraz bardziej wraz z upływem dni. Bo jednego nie mogę odmówić, myślę o nim cały czas! 

Tony Leung (znany m.in. z "Spragnieni miłości", "Chungking Express" i "Ostrożnie, pożądanie" - wszystkie te tytuły są genialne, polecam) - to hongkońskie nazwisko sprawiło, że gdy zobaczyłam je na tle wietnamskich słów, to nie zawahałam się ani chwili, aby obejrzeć "Rykszarza". Poza tym, miło usłyszeć język wietnamski w jego wykonaniu! Myślałam, że może potrafi mówić w tym języku, dlatego wystąpił w "Cyclo", ale potem dotarłam do jednego z wywiadów, gdzie padają następujące słowa: 

"There was another film where I had to speak Vietnamese. It’s horrible! [laughs] I have to memorise all the words because I don’t understand them. " Parafrazując: musiał nauczyć się słów na blachę, bo ich po prostu nie rozumiał. (a nawet było tak z mandaryńskim! czyli urzędowym językiem Chin, ponieważ dla Tony'ego ojczystym językiem jest kantoński).  


Na sam koniec chcę tylko wyrazić swoje zauroczenie wyglądem aktora (Le Van Loc), grającego główną rolę w "Rykszarzu", czyli w jedynym tytule w życiu, w jakim wystąpił. (niestety)

Tyle miałam do przekazania. Kino wietnamskie zrobiło na mnie wrażenie już od samego początku, więc proszę się spodziewać więcej takich minirecenzji! 
A teraz zabieram się za czytanie, bo zakupiłam ostatnio książkę "Hurt & Comfort" Weroniki Łodygi i nie mogę się doczekać, aż o niej co nieco napiszę na Pandzi! 

Trzymajcie się ciepło, 
Panda Fińsko-Chińska (i wietnamska) 

Dwa filmy o malarzach

"nagie stany duszy w chwilach, kiedy wszelki głos rozumu milknie" 

Moje małe (chińskie) osiągnięcia


Dzień dobry!

Po tak długiej przerwie wracam z postem wypełnionym miłością. Chcę Wam przedstawić i opisać moje ostatnie fascynacje, jakie odkryłam w ciągu minionych tygodni. Totalnie luźny wpis, ale piszę go z chęci podzielenia się tym, co mnie otacza. Poza tym, mam nadzieję, że może ktoś zainspiruje się lub zachęci do jednego z poniższych tytułów, a ze względu na obecną sytuację związaną z wirusem; czasu w domu jest wiele.  W każdym razie zapraszam.

W kinie siła


Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta!

O czym możecie dziś przeczytać? 

  1. Tradycyjny wstęp, ot co! 
  2. Minirecenzje: 
    • "Czarownica 2" 
    • "Salma w krainie dusz"
    • "Boże Ciało" 
  3. Trochę opowiadam o tym, co u mnie. 

Wstęp

Chodzenie do kina to jedna z tych czynności, która powoduje we mnie uczucie uwolnienia od prawie wszystkiego za wyjątkiem; emocji. Emocji będących częścią kinowego katharsis. Jednak z żalem przyznaję, że mało mnie było w tym miejscu przez ostatnie dwa lata. Dopiero w sierpniu bieżącego roku falę miłości ożywił nowy film Quentina Tarantino "Pewnego razu w Hollywood", który błyszczał na wielkim ekranie w fenomenalnym kinie Pod Baranami w Krakowie, gdzie klimat jest szalenie wyjątkowy. Jak tu się nie zakochać na nowo? 
Mimo wszystko, mam wrażenie, że rozkwit mojego szału na filmy i książki zaczął się pod koniec października i z przyjemnością donoszę, że efektem romansu z kinem jest chociażby ten post.
Musicie wiedzieć, że ten wpis ewoluował z każdym tygodniem. Będąc na "Czarownicy 2", miałam w głowie jedno hasło: NA PEWNO WYSKROBIĘ RECENZJĘ. Później razem z rodzicami i siostrą poszliśmy na "Boże Ciało" i znowu to samo; wyszłam z misją napisania czegokolwiek na temat dzieła pana Komasy. No i "Salma w krainie dusz", po której powołanie do stukania w klawiaturę wróciło. Dodatkowo mam wielką ochotę pokazać Wam to, co ostatnio wyprawia się u mnie. Nie przedłużając, zapraszam!

Koreański klasyk filmowy


"Czy będziesz ziarnkiem piasku, czy kamyczkiem, w wodzie utoniesz tak samo."

 Jak do tego doszło? 


Hej, terve, 大家好!
Ja naprawdę miałam dziś ominąć temat filmów i Azji, żeby powiało trochę świeżością na Pandzi (a mam pomysł na pewną serię!) Jednak musi tu paść takie wielkie, głośne: ALE. 
Ale wzięło mnie na film, a pech chciał, żebym przypomniała sobie o przepięknej melodii "The last Waltz" z "Oldboy'a" 
Ale włączyłam go sobie na telewizorze, wsuwając przy okazji czekoladę i popijając herbatkę z domowych, jesiennych zestawów. 
Ale mnie wciągnął. Ale mnie wzruszył. Ale się popłakałam podczas ostatnich scen. 
Taka dygresja: dużo łez ostatnio tutaj. Ogłaszam nadmiar "łzopędnych" rzeczy. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie większość z Was kojarzy tę produkcję, ALE nie jestem w stanie powstrzymać uzewnętrznienia wczorajszych przeżyć; muszę podzielić się moją kolejną, emocjonalną historią. Zachęcić wszystkich do jesiennego seansu w akompaniamencie cudownego, koreańskiego języka z przerażającą fabuła, po której podobnie jak po filmie "Her" z 2013 roku, czujesz się niezwykle samotnie. 


"Podobno boimy się i pocimy, bo pracuje nam wyobraźnia. Jeśli więc wyłączysz wyobraźnię, staniesz się piekielnie odważny."

O czym w ogóle jest "Oldboy"? 

Dae-su pewnego dnia zaginął. Kiedy odzyskał przytomność, znajdował się w zamkniętym pomieszczeniu. Nie wiedział, że spędzi w tych czterech ścianach 15 lat. Po tym czasie zostaje wypuszczony na wolność ("do większego więzienia", jak to zostało określone w filmie), tak po prostu. Bez żadnych wyjaśnień. 
Mężczyzna próbuje odkryć prawdę. Kto, po co, dlaczego odebrał mu wiele lat życia? A dzieło zostało wypełnione chwytającym za serce soundtrackiem, cierpieniem z powodu utraty bliskiej osoby, BRUTALNOŚCIĄ, która była tutaj potrzebna, ale w połączeniu z przenikliwą tęsknotą i świetnymi, mądrze napisanymi dialogami - sceny pełne przemocy stają się nieodłącznym elementem palety filmowych przeżyć. 

"Śmiej się, a cały świat będzie śmiał się z tobą. Płacz, a będziesz płakać w samotności." 

Powyższy cytat to idealna kwintesencja "Oldboy'a", a szczególnie drugie zdanie jest adekwatne; widz siedzi przed ekranem i płacze. Wylewa z siebie każdą złą emocję, wszystko, co w nim siedziało, dlatego to dobra produkcja na gorsze dni. Ja co prawda, musiałam po tym seansie zafundować sobie śmieszną, luźną, chińską dramę, bo nie mogłam przestać myśleć o tragedii Dae-su, ale przypominam, że jestem nadwrażliwym odbiorcą. Mimo wszystko, film "odkurza głowę" z innych zmartwień, z całego zła, dobra, które siedzi w nas, a coś takiego było mi ostatnio wręcz wskazane. 

Pełno pięknych, surowych, ale po części także artystycznych kadrów. Gra aktorska na naprawdę wysokim poziomie, a tutaj, pandziowe brawa szczególnie zyskuje pan Min-sik Choi za perfekcyjne odegranie tak niebanalnej postaci, jaką był główny bohater. 
I po raz trzeci wspomnę o sentymentalnej muzyce. Co jak co, ale soundtrack dużo robi i słuchając czasem filmowych utworów, które gdzieś tam na Youtube przypadkowo spotkam, aż czuć, że ten i ten tytuł będzie wszczepieniem w siebie potężnych doznań. Zresztą, podobnie było ze "Spragnionymi miłości" i fenomenalnym "Yumeji's Theme" w wykonaniu Shigeru Umebayashiego. Tak dobrze jest i w tym muzycznym przypadku! 

Kłaniam się nisko również przed scenarzystami, którzy wpadli na zwalający z nóg plot twist, za pokazanie samotności w najbardziej dotkliwy sposób, w jaki mogli zrobić, za wiele, niesamowitych metafor, za nie lada łamigłówkę. Poza tym, zastosowano ciekawe zabiegi do pokazania retrospekcji. Można się w nich pogubić, jeśli ktoś ogląda film nieco pobieżnie, a to zdecydowanie nie jest wskazane, oj nie! 
I jeśli miałabym teraz podać chociaż jedną wadę tej produkcji, to jestem zmuszona napisać wprost, że pod wpływem emocji i "The last waltz" ja przepraszam, ale nie potrafię. Dobra, może to, że podczas brutalnych scen musiałam czasem zamykać oczy na ułamki sekund, ale interpretacja tego, czy to dobrze, czy źle jest indywidualna. 


Na koniec

To film pełen dziwnych, momentami obrzydzających obrazów, ale po dwóch godzinach, które minęły mi szaleńczo szybko, mogłam przyznać z czystym sumieniem, że "Oldboy" to wzruszająca historia zawierająca wiele metafor. Ogłaszam, że to jeden z lepszych tytułów, jakie widziałam w tym roku. A to bardzo odważne słowa, bo 2019 obfitował w miesiące pełne kinematografii. Zdecydowanie klasyk, który zasługuje na miano klasyka. 

Z totalnie innej beczki. Zabieram się od jakiegoś czasu do napisania recenzji mang i chciałam poczytać, jak się za to zabrać, jak przygotować, jak to ugryźć po prostu. I trafiłam na artykuł, w którym twórca stwierdził, że jeśli na blogu pojawiają się same pozytywne recenzje to wcale nie świadczy to dobrze o autorze. Nie ukrywam, że teraz tak się zastanawiam. Ja jestem jedną z tych osób, która pisze raczej o bliskich mi tworach kultury, robiących na mnie wrażenie, bo wychodzę z założenia, że lepiej coś polecać innym, a przy okazji wyrzucę z siebie to, co siedzi mi w głowie. Sprawa ma się inaczej, jeśli np. dostawałabym książki od wydawnictwa, wtedy wiadomo, że nie wszystko byłoby pochlebne. I wydaje mi się to racjonalne, ale jakoś artykuł o recenzjach dziwnie mi zbałamucił myśli. 
Żeby była jasność, ja mam ogrom radości z tego, co robię i chyba to jest najważniejsze, ale chciałabym zapytać, co Ty uważasz? 
Pozdrawiam ciepło,
Panda Fińsko-Chińska
Zdjęcia pochodzą z imdb.com

Tragedia o komediowym tytule


Cześć, moi, 你好!
"Czyim mężem był mój eks?" - tak brzmi polski tytuł i trochę mi wstyd, że widząc go na Netflixie stwierdziłam, że poświęcę swój czas na coś o takiej nazwie. Na swoją obronę mogę napisać, że przekonał mnie kraj produkcji i chęć nasłuchania się mandaryńskiego.
Ale już na wstępie wspomnę: nie żałuję ani minuty spędzonej nad tą produkcją, bo przyznam szczerze, że dawno nie płakałam tak rzewnymi łzami. A ten nieco zabawny, lekki tytuł wcale nie oddaje tego, o czym sam film opowiada. Wcale nie mamy tam komediowej walki o mężczyznę czy przerysowane postacie mające na celu rozbawić widza. Nic z tych rzeczy. Bo jest to ciężka historia. Jedna z tych, przy której trzeba wykrzesać z siebie wiele współczucia i zrozumienia.
Mimo wszystko, film jasno odpowiada na pytanie: "czyim mężem TAK NAPRAWDĘ był mój eks?"


Fabuła 

Song Zhengyuan umiera, zostawiając zrozpaczoną żonę, syna i kochanka. Młody Song Chengxi nie dogaduje się ze swoją mamą, a jej konflikt z kochankiem ojca nie polepsza ich relacji. A kłócą się oni o spadek, który przepisał zmarły nie na kobietę, a na mężczyznę, czego ona nie potrafi znieść i próbuje odzyskać to, co w jej mniemaniu, należy się tylko i wyłącznie żonie, a nie "obcemu" człowiekowi. 
Wszystko dzieje się przy akompaniamencie teatru, co jest najbardziej emocjonalnym motywem, bo sztuka wiąże się mocno z dwoma głównymi bohaterami.
I właściwie na tym mogę tutaj skończyć, bo więcej zdradzę w samej opinii. Dlatego teraz zapraszam do przeczytania mojego zdania, które piszę trzęsącymi się dłońmi na myśl o jednym z momentów wyciągniętym z tego filmu.
(Troszkę hiperbolizuję, ale tylko po to, aby pokazać, jak mocno wpłynęła na mnie ta produkcja.)


Pandzie zdanie 

Zacznę tak: każdy z nas ma swoje tytuły, do których od czasu do czasu wraca, nawet włączając wybrane fragmenty, aby jeszcze raz chociaż troszkę odczuć to, co czuło się za tym pierwszym, oglądanym/czytanym/przesłuchanym razem. I dla mnie - to jest dokładnie film z tej półki. Kiedy masz wrażenie, że coś tego pokroju nie powinno podlegać ocenie, tylko powinny być przeliczniki łez.

Trzy główne postacie są bardzo dobrze zarysowane. Mamy syna, który przysięgam, że jest wyjątkowo denerwującą osobą, ale ta jego opryskliwość można w łatwy sposób usprawiedliwiać sytuacją rodzinną. A ta na pewno będzie sprzyjała nikomu, zwłaszcza człowiekowi w tak młodym wieku, kiedy nasze spojrzenie na świat dopiero się kształtuje.  
Z drugiej strony obserwujemy kobietę, mamę, wdowę: Liu Sanlian dowiadującą się, że jej zmarły mąż przepisał pieniądze na osobę, którą ona darzyła wielką nienawiścią, ale tą z największych, najsilniejszych i destrukcyjnych. Osobą, która ją potwornie zraniła. Liu nie chce pozwolić na to, aby poniżono ją w taki sposób. Dlatego wręcz nachodzi kochanka męża - Jaya. 

I na tej podstawie można od razu pomyśleć, kto ma słuszność w zaistniałej sprawie, ale ona wcale nie jest taka łatwa i jasna, jak nam się wydaje. Podczas seansu ciągle wychodzą na światło dzienne nowe fakty, które wywołują mieszane uczucia. Bo z jednej strony Sanlian ma przerażające życie emocjonalne, a potem patrzysz na ogół i masz mętlik w głowie. W każdym razie końcówka jest piękna i myślę, że dokładnie taka, jaka miała być. 
No i Jay, czyli ten zły, oschły z zaniedbanym mieszkaniem i właściwie samym sobą. Jest skupiony na wystawieniu sztuki, której jest reżyserem. Marzy mu się, aby przywrócić tym dawną świetność teatru. 


Poza samą historią chciałabym wyróżnić dwie rzeczy: Roy'a Chiu, czyli aktora grającego Jaya i Ying-Xuan Hsieh, która odgrywała Liu Sanlian. Ja kupiłam te dwie postacie i dla mnie wypadły wyjątkowo dobrze, a ich duet sprawił, że film dodatkowo zyskał. 
Wydaje mi się, że cięższą rolę miała do odegrania Hsieh, bo jednak musiała operować całą gamą emocji; począwszy od manipulującej matki, która poprzez łzy próbowała wzbudzić w synu litość przez próbującą uratować małżeństwo żonie, kończąc na awanturującej się na klatce schodowej kobiecie. I Ying-Xuan zrobiła to po mistrzowsku. 
Drugą sprawą są kadry. Te nowe tajwańskie i chińskie produkcje są dla mnie wyjątkowe pod tym względem, bo przypominając sobie takie filmy jak" "My i oni", "Obłąkany świat" czy "The stolen years" to w każdym z nich obraz robił swoje. Szczególnie w "Obłąkanym świecie" i "Czyim mężem był mój eks?" wizualna strona podkreślała dramat rozgrywający się na ekranie. 

Często słyszę i czytam o tym, że to azjatyckie kino jest zbyt patetyczne. Dużo w tym płaczów, krzyków i jeszcze raz płaczów. Ja lubię filmy z tamtych regionów, ale jestem w stanie zrozumieć, dlaczego do europejskiego odbiorcy one mogą nie trafiać. 
Mimo wszystko, myślę, że w przedstawianej przeze mnie produkcji ta azjatycka specyfika kierowania uczuciami bohaterów nie jest aż tak skrajna. Jest dość sporo krzyków ze strony Liu, ale jestem przekonana, że były one całkowicie potrzebne i taka właśnie była Sanlian. 

Co sądzi inny typ widza niż ja? 

Czyli co myśli Knightx?

Kończąc, polecam z całego serduszka, bo mój licznik łez dawno nie przekroczył takiego wyniku. 
A tutaj dodaję jeszcze krótką opinię bliskiej mi osoby o "Czyim mężem był mój eks?", a jest ona widzem, który preferuje całkowicie inne kino ode mnie. Oto zdanie osoby uwielbiającej takie realizacje jak: "Wikingowie", "Troja", "Dobry, zły i brzydki" czy "The Walking Dead". Ażeby nie było tak słodko, a co!
Przy analizie tego filmu przypomniałam sobie pewien artykuł, którego tematyką była sprawiedliwość według Chin. Mówiła ona, że tam nie ma takiej Europejskiej teorii "Winny jest tylko jeden i jeden ponosi karę (głównie chodziło o sprawy w sądach)".Tak i w tym filmie uważam, że ta mentalność chińska była w dużej mierze widoczna. Podczas seansu ciągle zmieniałam strony winne. Matka tylko kochała syna i za tę miłość chciała w zamian takiej wierności, oddania. W związku z sytuacją z jej mężem bała się, że straci kolejnego członka rodziny. Stawała się zazdrosna, bo ten sam człowiek odbierał kobiecie cząstkę domu, tylko takiego rodzinnego. A kochanek nie mógł wytrzymać utraty swojej miłości. Zachowywał się obojętnie praktycznie do wszystkich wokół. Bywał agresywny wobec pracowników. Tak jak matka, on też miał ku temu swój osobisty powód. Syn mnie w pewnym momencie zaczął dręczyć, ale chyba rozumiem jego postępowanie. Ja też ciągle mam takie swoje widzimisię, buntuję się i dni, w których wolę pobyć z daleka od domu. W recenzji, która pewnie wyjdzie mi znacznie dłuższa, niż pierwotnie miałam w planach, chciałam nawiązać do samej kolorystyki panującej w scenografii. Do tej pory, kiedy myślę o tym filmie, moim pierwszym obrazem jest ciemność, przez którą przebijają się odcień niebieski i fioletowy. Miałam jeszcze wiele rzeczy do powiedzenia, ale nie chcę tutaj strasznie się rozpisywać, bo wyglądałoby, że jestem wygadana jak osioł z animacji "Shrek". A skończyć kiedyś trzeba. W tym przypadku przechodzę do podsumowania. Ta ekranizacja ma na celu bardziej nami wstrząsnąć emocjonalnie, mniej uwagi poświęca na samą fabułę. Po obejrzeniu ciągle czuję niedosyt, film jest dobry i tyle. Żadnej większej satysfakcji, zachwytu i gdyby nie ta recenzja nie analizowałabym tak dogłębnie przekazu w tym filmie, doszukując się kolejnych wartości.
Wniosek jest taki: jeśli czujesz, że uwielbiane przez Knightxa tytuły są Ci bliższe niż te moje, to możesz się zwyczajnie w świecie męczyć podczas seansu. To prawda, że mimo wszystko najlepiej jest sprawdzić samemu, bo nikt nie ma dokładnie, co do książki czy płyty, takiego gustu jak Ty. Ale wydaje mi się, że to w jakiś sposób ułatwia ukierunkowanie się za co chwytać, a za co nie.


Wszystkiego dobrego

...na nadchodzący weekend. Chcę jeszcze tutaj zostawić dwa pytania: 
  • Czy dla Ciebie kino azjatyckie jest zbyt przesadne, sztuczne czy jednak jesteś jej fanem?
  • Jakie filmy ostatnio trafiły przed Twoje oczy? 
Na sam koniec dodam suche fakty.
Jest to tajwańskie dzieło, które pochodzi z listopada 2018.
Można go znaleźć na Netflixie.
Angielski i oryginalny tytuł to "Dear Ex".
Trwa około 100 minut.
Jest przepiękny.

Pozdrawiam najcieplej! 
Panda Fińsko-Chińska

PS Mam bardzo dobrą wiadomość! Wydawnictwo Poznańskie zapowiedziało premierę książki "Finlandia. Sisu, sauna i salmiakki" autorstwa Aleksandry Michty-Juntunen na 16 października tego roku. Jeśli ktoś chce zobaczyć okładkę, to tutaj macie link do wpisu na Instagramie. Dla jasności, nikt nie kazał mi tego zrobić ani nie zapłacił mi za to, ani nic z tych rzeczy. Po prostu dzielę się dobrą nowiną, bo mnie ona bardzo ucieszyła.

My i oni (后来的我们)


Cześć, moi, 你好!

Oryginalny tytuł /  pinyin: 后来的我们 / "Hou lai de wo men"
Angielski / polski: "Us and them" / "My i oni"

Tytułem wstępu

 Są słowa, które zdecydowanie nadużywam na tym blogu. I tym razem posłużę się jednym z nich, aby określić tę chińską produkcję.
ROZCZULAJĄCY.
Nawet teraz, kiedy jestem prawie po tygodniu od obejrzenia tego tytułu czuję, najprościej rzecz ujmując, smutek. Patrzę na te wszystkie kadry dodane w poście i nadal odczuwam wiele emocji związanych z główną parą bohaterów; Jianqing i Xiaoxiao, których będę wychwalać pod niebiosa.
  Wykorzystując sytuację, pochwalę się, że w końcu mam Netflixa i takim sposobem trafiłam na opisywaną produkcję. Zaraz po zakupie rzuciłam się na chińską twórczość. "My i oni" był moim pierwszym filmem, dlatego stwierdzam, że swoją filmową przygodę na tej stronie zaczęłam z impetem.
Przed seansem obejrzałam urywki i poczułam w nich coś w rodzaju, kurczę, chyba tak muszę napisać: sentymentu. Trochę się bałam z początku, bo zaczęło zalatywać komedią romantyczną, ale jak szybko przyszedł ten strach, tak szybko sobie poszedł.


Fabuła

Przejdźmy do fabuły, bo czuję, że zaczynam mieszać. Jianqing i Xiaoxiao to młodzi ludzie, zaczynający swoje odpowiedzialne, dorosłe życie. Przez przypadek spotykają się w pociągu i od razu zaprzyjaźniają. Chłopak zauważa, że jest ona inna od dziewczyn, które już zna, a Xiaoxiao znajduje w nim przede wszystkim wsparcie. Jesteśmy świadkami ich rozwijającej się relacji. I wcale nie jest ona nudna; różnica charakterów postaci dostarcza nam wiele przygód, problemów i starań zrozumienia drugiej strony. Co jak co, ale tworzą nietuzinkową całość.
Po latach spotykają się ze sobą, a te chwile wypełnione są górami, rzekami i nizinami emocji.

Moje, pandzie zdanie

Słucham muzyki Ludovico Einaudi i myślę o tym filmie, co samoczynnie przyprawia mnie o łzy. Nie przypuszczałam, że takie będą konsekwencje obejrzenia romansu. (Jak się okazało potem, to jednak melodramat.) Ale! Już się tłumaczę. Nie jest to byle jaki romans czy melodramat. Nie jest to nawet romans z serii romantycznych i ckliwych. Ani melodramat zrobiony na siłę, byleby płakać z błahych powodów co drugą scenę. Co to, to nie. To prawda, że produkcja przesiąknięta smutkiem, ale tym z rodzaju wyjątkowo dokuczliwych i dotykających. Na początku jest fajnie, jest sielankowo, bo dostajemy na tacy cały szereg wesołych, radosnych, a nawet szczęśliwych chwil, które produkują przywiązani do siebie przyjaciele. A potem, wyjątkowo wyjątkowa historia zmierzająca do permanentnej samotności.
To, co szczególnie zostało mi w pamięci to fakt, że Xiaoxiao była jedną z osób marzących o spokojnym życiu wypełnionym rodziną, stabilną pracą i codzienną, kolorową rutyną. Dlatego nieustannie szukała chłopaka i miała ich sporo, jednak jej związki nie były trwałe. A Jianqing na odwrót. On chciał osiągnąć sukces, chciał wielkich pieniędzy, chciał być szanowanym informatykiem i pójść w kierunku gier komputerowych. Wierzył mocno w to, że jeśli teraz klepie biedę, to dzięki jego celom, godzinom poświęconym wielu grom uda mu się zdobyć fortunę.

Stukam w tę klawiaturę i mam wrażenie, że zdania opisujące ten film brzmią tak prosto, jakbyśmy mieli do czynienia z filmem dla nastolatek i to tym z niższych półek, z oklepaną fabułą. I przyznam się bez bicia, że i ja tak myślałam przez chwilę. Nie do końca kusił mnie opis, bardziej obraz, muzyka, emocje wypisane na twarzach (i język mandaryński, chińskie ulice, wszystko chińskie!). A wcale nie dostajemy papki! Zaserwowano nam porządne kino, w którym możemy się wypłakać, pośmiać, przywiązać do bohaterów, bo trzeba uwzględnić to, że nie są oni irytujący. Są naturalni i naturalna jest relacja między nimi. 

Niesamowite i klimatyczne są też kadry. Podoba mi się zabieg kolorystyczny zastosowany przez reżysera Rene Liu. Podobnie wyglądało to w filmie Kar Wai Wonga "Happy Together", gdzie w tych szczęśliwych momentach ekran aż ociekał barwami, tętnił kolorami, a kiedy obserwowaliśmy przygnębiające, samotne okresy z życia postaci, to kadry stawały czarno-białe. Uwielbiam to, bo mam wrażenie, że reżyser jeszcze mocniej pozwala mi wgłębić się w myśli, stan przedstawionych ludzi. 


 Absolutnie subiektywne powody, dla których warto zobaczyć "My i oni": 

  1. Cudowne kadry oddające szczególność pokazanej historii.  
  2. Naturalnie przedstawieni bohaterowie. Przeurocza Dongyu Zhou. Należą się oklaski dla aktorów. 
  3. Emocjonalna relacja między dwiema młodymi osobami. Nie jest ani płytka, ani wyjałowiona. Raczej taka, która zostaje w głowie na długo i którą czuje się nawet po tygodniu od obejrzenia.
  4. Język mandaryński i wszystko powinno być jasne!!
  5. Łatwo dostępny: jest na Netflixie. 
  6. Muzyka, która przyśpiesza bicie serca. 
  7. Chińskie kino to zdecydowanie nie tylko sztuki walki. 
  8. Jeśli masz ochotę popłakać, to proszę bardzo!
  9. Mimo że, fabuła nie jest zawiła, to wciąga. 

Koniec

Tak ładny film zasługuje na ładny koniec recenzji, dlatego posunę się do tego, czego zwykle nie robię, czyli do cytatu niewyciągniętego bezpośrednio z produkcji.
"Mało kocha ten, kto potrafi słowami wyrazić, jak bardzo kocha."
 Dante Alighieri
Czuję, że jeszcze wrócę kiedyś do "My i oni". Urzekła mnie historia  Jianqing i Xiaoxiao. Oboje byli charyzmatyczni i na swój uroczy sposób się dopełniali. Nie jest to lekki film, jakby się wydawało przy pierwszych minutach. Złamał mi serce, a chyba najgorsze i najbardziej dotkliwe są sytuacje, kiedy dochodzi do tych złamań, chociaż wcale się ich nie spodziewamy. Gorąco polecam!

Ja wiem, znowu coś dla wrażliwców, ale obiecuję, że Netflix zobowiązuje mnie do obejrzenia paru filmów, w których jest więcej akcji, niech będą sztuki walki i w ogóle wybuchów. Mam w planach sporo wpisów związanych z Chinami, ale co z tego wyjdzie - nie wiem, zobaczymy. Czytam m.in. "Chiny bez makijażu" Marcina Jacoby'ego i jestem zachwycona także, jeśli nie pojawi się tutaj recenzja tej lektury - to też polecam, a co!
Wszystkiego dobrego

Recenzja:
Arvostelu
影评 (yǐngpíng) tylko odnośnie recenzji filmowych! 

Minirecenzje: 6 koreańskich filmów


Hej, terve, 你好!
  Przyznam się bez bicia, że z koreańskim kinem to ja nie byłam i nie jestem zbyt obeznana. Właściwie, kojarzyłam tylko "Lament", o którym słyszę miliony dobrych słów i obiecuję sobie, że kiedyś i przed moim ekranem pojawi się ten film. 
Już przez pewien czas chodziły za mną produkcje z tego kraju, a to za sprawką bloga; How Gee. W końcu nadszedł ten dzień, kiedy włączyłam sobie jeden. Potem poszedł drugi, trzeci, czwarty i szczerze mówiąc, doszło do takiej sytuacji, że w momencie pojawienia się wolnej chwili, miałam w głowie:" No to co? Koreański film?" i zawsze kończyło się tak samo. Na koreańskim filmie.
Dlatego dziś miło mi Cię gościć w tym wpisie!

Malila - The Farewell Flowers (มะลิลา)


Hej, terve, 你好!
Dziś znowu filmowo, ale nie mogę nie podzielić się tą tajską, kinową perełką. Zanim do tego przejdę, to muszę przyznać, że marzec był i w sumie jest dla mnie ciężkim miesiącem - niby miałam urodziny, dostałam dużo dobra, a jednak ciężko znaleźć mi chęci na cokolwiek. I żywię szczerą nadzieję, że wraz z wiosną odżyję i wezmę się porządnie za bloga, który de facto - sprawia mi wiele radości i opiekując się nim, zaczynam zajmować się innymi rzeczami, chociażby fotografią, filmami, książkami. A za tym idzie jeszcze jedna konsekwencja; mogę w końcu zapomnieć o szkole, o tym, że na jutro mam to i to do zrobienia z biologii, chemii, matematyki. To wszystko odchodzi na chwilę. Nawet teraz, kiedy zamiast mieć stałą równowagi w głowie - mam piękne widoki z "Malila - The Farewell Flowers", niezwykle wzruszającą fabułę, skupiającą się przede wszystkim na relacji między dwójką zakochanych w sobie osób. O tak, tego właśnie potrzebuję. Odrobiny wrażliwości, trochę więcej pięknych działań od słów, czego nie brakuje tajskiej produkcji.
Swoją drogą, musiałam dodać oryginalny tytuł filmu w tajskich znakach, bo jejku, alfabet z tego kraju albo jak niektórzy mówią "ślimaczki" są genialne i ja chcę takie cudowności na moim blogu. 


O co chodzi? 

Ciężko mi napisać, o czym jest fabuła. Na pewno fani filmów akcji nie zostaną zaspokojeni. Nie dzieje się tutaj wiele pod tym względem, ale zdecydowanie nadrabia tutaj sfera psychologiczna, skupiająca się na uczuciach między bohaterami. Tak, jak wcześniej wspomniałam, "Malila - The Farewell Flowers" to przede wszystkim historia o tym, co dzieli dwie osoby; Shane'a i Picha, którzy dawniej byli kochankami. Spotykają się ze sobą po dłuższym czasie. Pich wyjechał z miasta. Shane ożenił się, ale przez pewne okoliczności, w tym alkoholizm, rozstaje się ze swoją żoną - te rzeczy i nieco więcej innych spraw dzieje się na samym początku, ale nie chcę o nich pisać, żeby nie zepsuć wszystkiego. Druga część - to już uczucia. Do tego dodałam sobie mnichów, letnie łąki, dużo zieleni, pięknych ujęć i stwierdziłam, że nie, nie wytrzymam. Było koło 23:00, a rano musiałam wstać do szkoły na 7:30, ale "bardzo mądrze" zdecydowałam obejrzeć połowę, żeby dokończyć następnego dnia i wyspać się jak normalny człowiek. 
I faktycznie skończyłam kolejnego dnia, ale koło 1:00 w nocy. Momentami wstawałam z łóżka po chusteczki, bo serce mi nie wytrzymywało tłuczone taką ilością emocji. Oczywiście, przez kolejną godzinę nie mogłam zasnąć, myśląc o tym, co się właśnie stało. I JAK JA MOGĘ ŻYĆ PO OBEJRZENIU CZEGOŚ TAKIEGO? A to jest jedno z gorszych uczuć, które doświadczam po filmach. Z milionami myśli, oddychając ciężko, stwierdziłam, a co, dołożę sobie jeszcze muzykę z tego filmu (której jeszcze przed nocnym seansem słuchałam!) i wtedy to się dopiero zaczęło. 
Są soundtracki wywołujące we mnie łzy od pierwszych sekund, chociażby takie jak  z "Brokeback Mountain", "Żegnaj moja konkubino" czy "Spragnieni miłości", ale oficjalnie dodaję do listy jeszcze tę melodię z tajskiej historii. 

Mniej uczuciowe rzeczy

Reżyserką jest Pani o niezwykle ciężkim nazwisku: Anucha Boonyawatana, która również odpowiada za scenariusz razem z Waasuthep Ketpetch. Piękne są te tajskie nazwiska. Zresztą, sam język tajski jest naprawdę wyjątkowy i zauroczył mnie w sobie podobnie jak sama historia. 
Trwa 94 minut, a swoją premierę miał niedawno, bo 2 lata temu. Zebrał też trochę nagród, m.in. za najbardziej oryginalną produkcję podczas 15-nastej edycji festiwalu filmów we Włoszech. Wydawałoby się, że taka drobnostka, ale jednak - wyróżnienie to wyróżnienie i subiektywnie patrząc, zasłużone w 200%. 


A miłości nie było końca 

Czy pojawia się w tym filmie coś, czego się nie spodziewamy? Myślę, że może jeden moment - ten kluczowy, praktycznie ostatni nie będzie dla każdego oczywisty, ale poza tym, wydaje mi się, że nie dostajemy na tacy niczego, co odwróciłoby akcję o 180 stopni. Co nie ujmuje filmowi. Tu nie chodzi o to, że mamy wytrzeszczać oczy, bo tego, a tamtego się nie spodziewaliśmy ani absolutnie nie są to chwile, podczas których śmialibyśmy się. Nie, nie, nie. Tu chodzi przede wszystkim o refleksję. O te monotonię, o niepokojący spokój, bo z jednej strony zaczyna się wszystko układać, ale jednak coś jest nie tak i zdajesz sobie sprawę, że w pewnym momencie to wszystko runie i panicznie boisz się tego momentu. W moim przypadku - ciężko to było przetrwać. 
Dlatego, odpowiadając na pytanie, co mi dał ten film, mogę stwierdzić, że pewnego rodzaju katharsis (ostatnio nadużywane przeze mnie słowo, ale tutaj to ma sens). Czułam się dobrze z tym, że w końcu mogę się wypłakać i to w dodatku nad czymś tak wyjątkowym. 
Tak szczerze pisząc, to nie wiem, czy moja fascynacja "Malila - The Farewell Flowers" jest tak hiperbolizowana ze względu na to przez jaki ciężki czas wtedy przechodziłam czy nie, ale mimo wszystko, patrzę na ten tytuł jak na coś naprawdę doskonałego i uderzającego. 
Jeśli miałabym szukać na siłę wady, to napisałabym jedną. Troszkę zaczęło mi się nudzić w drugiej części filmu po tej bombie emocjonalnej, ale uważam to za drobnostkę, patrząc na całość. Taką prawie niewidoczną.


Dotarliśmy do końca

Co mogę dodać po takiej fali komplementów? Obejrzałam go pierwszy raz plus minus miesiąc temu i od tego czasu wracałam do pewnych fragmentów parę razy. Często tak mam. W szczególności w sytuacjach, kiedy moje samopoczucie nie jest najlepsze. Wtedy wielkim ukojeniem są filmy, poruszające mnie. Nie tylko, żeby popatrzeć na tę intensywną zieleń, ale też ze względu na potrzebę wrażliwości. Wspomnę też, że zawiera kilka drastyczniejszych scen.
Niektórzy mogą go nazwać surowym, a jednak dla mnie otulony słonecznym ciepłem i także tym, między bohaterami. 
Kolejną produkcję polecam Ci z całego mojego serduszka, dotkniętego przez Malilę. Przy okazji wprowadzę też odrobinę Tajlandii, która intensywnie chodzi mi po głowie od paru miesięcy.
Wszystkiego dobrego dla Ciebie na kolejne dni, a ja biorę się za bloga i basta!
Tajlandia: 
Thaimaa (prawda, że cudowne?)
(Tài guó) 泰国

Filmowy styczeń 2019


Hej, terve, 你好!
Kino to jedna z moich największych pasji, która zaczęła się w grudniu 2014 roku. Obejrzałam wtedy "Przetrwać w Nowym Jorku". Wprawił mnie w natrętne myśli nocą. Później wzięłam się za wszystkie filmy, w których wystąpił Leonardo DiCaprio (temu człowiekowi wiele zawdzięczam i jest dla mnie ogromną motywacją). Gdzieś tam między "Krwawym Diamentem", a "Incepcją" wkradli mi się "Uśpieni" z 1996 roku. Wtedy to się dopiero zaczęło! Prawdziwa rewolucja kinematograficzna w moim życiu! Byłam w stanie obejrzeć kilka filmów dziennie. Zagłębiać się w życie reżyserów, aktorów, scenarzystów - wszyscy byli dla mnie tak szalenie interesujący, ale oprócz wspomnianego wcześniej DiCaprio, to Scorsese skradł moje serce m.in. "Gangami Nowego Jorku."

Dalej gadam o kinie

Później Xavier Dolan przez długi czas królował na moim ekranie. I to zawsze filmy potrafiły wyciągnąć mnie ze złego dnia. Gdy pochłaniał mnie stres, to od razu pojawiały się w głowie słowa typu: "a to może coś od Tarantino na dziś." W każdym razie - gdy coś się działo niedobrego, oglądałam masowo filmy. 
Uwielbiałam dzielić się tą miłością i zdecydowanie był to mój ulubiony temat do rozmów. Przyznam teraz szczerze, że dziwnie pisze mi się o tym w formie przeszłej, ale 2017 i 2018 rok wiały filmowymi pustkami. Ciężko było mi się przełamać. Zamiast tego wypełniałam czas raczej książkami, serialami, a w połowie poprzedniego roku zatopiłam się w tajskich dramach, które dają mi kilogramy, jak nie tony radości. Bądź co bądź, jestem bardzo zadowolona z faktu, że styczeń 2019 roku przypomniał mi trochę ten intensywnie filmowy okres w moim życiu. 
Dlatego z wielką przyjemnością przedstawię Ci dziś produkcje, z którymi miałam do czynienia przez te 31 poprzednich dni. Wymieniłam je w takiej kolejności, w jakiej obejrzałam.  

Keskustelu ystäväni kanssa: Billy Elliot



Moi, cześć, 你好!
Kombinacji ciąg dalszy, a konkretniej: zapraszam Cię dziś na wpis poświęcony filmowy "Billy Elliot", który szczególnie mnie poruszył ze względu na swoją historię. Historię ukazującą walkę o swoje pasje, o swoje marzenia, a w ich osiągnięciu przeszkadza nam m.in. strach. 
Billy to jedenastoletni chłopiec uczęszczający na lekcję boksu. Jednak to nie ten sport jest dla niego fascynujący tylko balet, ale było to nie do dopuszczenia w głowie jego taty czy brata. 
W tym poście zadałam mojemu gościowi dziesięć pytań odnośnie tej produkcji. Zapraszam na Instagrama mojej przyjaciółki, gdzie zaczyna dodawać posty, w których poleca filmy. Bardzo dobra opcja dla koneserów kina! A i ja gdzieś tam się wtrynię, ot co!


Będą spoilery!

Co najbardziej dotknęło Cię w tym filmie? 

Okiem i sercem: W tym filmie najbardziej wzruszyła mnie pogoń Elliota za marzeniami i jego relacje z ojcem.
Panda: Mnie także dotknęła relacja z ojcem i bratem. Ciągle nie mogłam pozbyć się myśli, że przez zamknięty umysł tych członków rodziny Billy cierpi, bo nie może rozwijać wyjątkowego talentu i tego, co sprawiało mu najwięcej radości. 

Czego można nauczyć się od Billy'ego? 

Okiem i sercem: Chłopak nie dawał za wygraną i jest cudownym dowodem na to, abyśmy w życiu podążali podobną ścieżką: byli upartymi w tym, co kochamy i nie zrażać się nieprzyjaznymi spojrzeniami innych. Odnośnie kontaktów ojca z Billym to z początku wysuwa się natrętna myśl: ,,Dlaczego on mu zabrania baletu, skoro widzi, ile to dla dziecka znaczy?”, jednak z późniejszymi wydarzeniami wrócił mi do niego szacunek i sympatia, a nawet po części rozumiem jego zachowanie. Tak naprawdę chciał jak najlepiej dla swojego syna. W boksie widział przyszłościową karierę, dzięki której Billy mógłby się utrzymać, zamiast pracować w kopalniach. Cieszyłam się, gdy wreszcie pozwolił chłopcu wybrać własną życiową drogę.
Panda: Dokładnie. To piękne, że mimo tak ciężkiej drogi, jaką przeszedł Billy, po wszystkich kłótniach, upokorzeniach, w końcu dostał swoją wielką szansę i przede wszystkim - wsparcie ojca, który był dla niego autorytetem. 

W jaki sposób film wpłynął na Ciebie?

Okiem i sercem: Film odcisnął na mnie pozytywne wrażenie. Nie tylko z powodu pouczającego przesłania, ale także bardzo przypadło mi do gustu świetne wpasowanie muzyki do niektórych sytuacji. Kieruję oklaski za scenę z uciekającym bratem Billiego, a w tle piosenka, zresztą mojego ulubionego zespołu, The Clash ,,London Calling”. Na samą myśli ciarki aż przechodzą. Po prostu mistrzostwo, nic więcej, nic mniej.

Utożsamiasz się z głównym bohaterem? 

Okiem i sercem: Nie, nie utożsamiam się z głównym bohaterem. Bardziej postrzegam go jako wzór do naśladowania i motywującą postać.
Panda: To pytanie było dla mnie ważne! Sama utożsamiam się z głównym bohaterem. Wiadomo, nie ćwiczę baletu ani rodzice nie zmuszają mnie do boksu, ale widzę w nim tę determinację do rozwijania pasji, która czasem i w mojej głowie tli się. Co do motywującej postaci, jak najbardziej się zgadzam. Daje kopa do działania. 

Jak oceniasz postawę rodziny?

Okiem i sercem: Moim zdaniem w ,,Billy Elliot” nikt tak naprawdę nie był negatywnym charakterem. Wszyscy w poszczególny sposób mieli cząstkę dobra i zła, nawet nasz Billy. Rozumiem, że był młody i obudził się w nim bunt, ale postawił ojca w bardzo niezręcznej i nieprzyjemnej sytuacji. Brnął przed siebie nie zważając na konsekwencje. Nasuwa mi się na myśl Ikar, który podobnie jak Billy podążał za marzeniem, żeby wzbić się jak najwyżej i spojrzeć na świat z innej perspektywy, aby ubarwić swoje życie. Na szczęście nasz główny bohater nie skończył tak jak Ikar i osiągnął swój cel, chociaż szkoła niezbyt go usatysfakcjonowała. W związku z rodziną to muszę przyznać, że postąpili słusznie. Szczególnie chcę tutaj wyróżnić ojca, który ostrożnie rozważył decyzję chłopaka. Zgodził się na balet, jedynie gdy ujrzał, ile chłopak jest w stanie poświęcić dla swojego hobby. Ojciec z początku obawiał się o opinię innych osób. Bał się, że jego ,,dziewczęce” zainteresowanie zostanie mu zapamiętane do końca życia i będzie powodem do późniejszego wyśmiewania przez kolegów. Ludzie niestety różnie się odnoszą do ,,odmieńców”.


Ulubiona scena? Jedna jedyna, która zapadła Ci w pamięci?

Okiem i sercem: Moją ulubioną sceną był wcześniej wspomniany pościg za bratem Billiego. Wywołał u mnie wielkie emocje i nie potrafiłam oderwać wzroku, jednocześnie kibicując chłopakowi. Mimo tego myślę, że ponadto warto przywołać wydarzenie, gdy Billy prezentował ojcu swój talent. Było to symboliczne potwierdzenie mu, że balet to coś więcej niż młodociane widzimisię.
Panda: Podpisuję się pod scenę z "występem" Billy'ego przed tatą. Zapiera dech w piersiach, oczekuje się na reakcję mężczyzny i momentalnie nasuwa się myśl: "W końcu Billy, w końcu!" 

Jesteś w stanie znaleźć wadę tego filmu?

Okiem i sercem: Ciężko mi było w tym filmie odnaleźć wady. Jako, że mam niezbyt trwałą pamięć, a film obejrzałam już dobry rok temu to niewiele w tej kwestii pamiętam, bo przymrużyłam na nie oko. Jednakże utkwił mi w głowie brak rozwinięcia wątku z babcią i matką Billego. Moja ciekawość nie została niestety zaspokojona całkowicie. Pragnę jeszcze wspomnieć o wielu opiniach, w których niektórzy twierdzili, że zakończenie nie było satysfakcjonujące. Z początku też tak uważałam. Byłam w szoku, bo w końcu kto nie czekał na pokazanie najbardziej oczekiwanego momentu w tym filmie? Chciałam zobaczyć końcowy efekt ciężkiej pracy głównego bohatera, a tutaj dostałam wyłącznie wbiegającego na scenę dorosłego Billiego, po czym reakcję rodziny. Jednakże dzień po dniu dziękowałam za taki koniec. Jestem zadowolona, że ten występ pozostawili naszej wyobraźni.

A jak z grą aktorską? 

Okiem i sercem: Mogę spokojnie przyznać, że gra aktorka była na wysokim poziomie. Niekiedy ruchy Jamiego Bella, który zagrał Billiego, sprawiały wrażenie sztucznych. Później uświadomiłam sobie, że tak naprawdę mają one w sobie urok. Jak na tak młodego wtedy Jamiego, to śmiało mogę pogratulować niezwykłego początku kariery aktorskiej.

Co należy zapewnić osobie, która bardzo czegoś pragnie, dąży do tego, aby spełnić swoje największe marzenie? 

Okiem i sercem: W takich okolicznościach myślę, że powinniśmy najpierw poznać opinię tej osoby.
Warto pamiętać o tych słowach: ,,Kto pyta, nie błądzi”, ponieważ może ona wcale nie chce pomocy, woli zajmować się swoimi marzeniami samodzielnie, bo tylko wtedy osiągnie pełnię poczucia zadowolenia. Ludzie bywają bardzo różnorodni. I przede wszystkim nie zniechęcajmy nikogo do jego pasji, a wręcz przeciwnie. Nie każdy ma w sobie taką upartość i silną wolę jak nasz Billy.  Jak potrzebuje tej chwili rozmowy o tym, to gdy chociaż wcale nas to nie interesuje, poświęćmy tej osobie chociaż minutę uwagi. 

Komu polecasz ten film?

Okiem i sercem: Osobiście każdemu polecam ten film, a w głównej mierze młodym osobom i rodzicom. Chciałabym, aby ludzie starali się zrozumieć, że w życiu to my mamy wybór, w jaki sposób będziemy postępować. Nie możemy ulegać wpływom innych osób, chyba że przyznajemy im rację, ale to też świadczy o naszej decyzji.  Teraz przypomniały mi się słowa wujka Bena ze Spider-mana: ,,Wielka siła to wielka odpowiedzialność”. My, tak jak pajęczany bohater, możemy wykorzystać naszą moc, ale musimy liczyć się z późniejszymi konsekwencjami. Pamiętajmy, abyśmy przebudzili w sobie wyrozumiałość, że tak jak i my chcemy, żeby nami nie manipulowano, co działa również w odwrotną stronę: uszanujmy wolę drugiej osoby. Nic nie jest złe, póki nie krzywdzimy innych. Jednak łatwo powiedzieć, trudno zrobić, ponieważ niekiedy sytuacja wychodzi spod kontroli. Ciężko słusznie postępować.
Panda: Ale najważniejsze to mieć dobre intencje i rozmawiać. Dużo, dużo rozmawiać z drugą osobą. Nieważne, w jakim wieku jest i może wydawać się, że to dziecinne fanaberie. Otwórzmy się na ludzi, po prostu!


Daj koniecznie znać, czy oglądąłeś/aś ten film, czy w ogóle obił Ci się o uszy? Bo muszę przyznać, że choć powstał w 2000 roku, to jednak usłyszałam o nim dopiero około miesiąc temu.
Podsumowując, jest to piękna opowieść o tym, że czasem trzeba wylać trochę łez, potu, nasłuchać się obelg, ale tylko po to, żeby koniec końców, dosięgnąć najzłocistszych marzeń.  I obyś Ty też trzymał/a to złoto w rękach! 

Keskustelu ystäväni kanssa:
Rozmowa z moim przyjacielem
我和朋友谈话 (Wǒ hé péngyǒu tánhuà) dosł. rozmawiam z moim przyjacielem

5 chińskich filmów, które uwielbiam


Cześć, moi, a przede wszystkim: 你好!
Kocham kino, dlatego gdy zaczynam fascynować się danym krajem, to prędzej czy później zaczynam wielką eksplorację kinematografii tego narodu. Chiny to jedna z moich największych, obecnych miłości. Szybko okazało się, że i chińskie filmy są zdecydowanie dla mnie. Jest to kino inne, nietuzinkowe i wciągające. W dodatku bardzo często zakrapiane chińską operą, co stanowi wisienkę na torcie. 
Dlatego wysyłam Ci moją miłość do filmów z tego kraju. Mam nadzieję, że któryś z podanych przeze mnie tytułów zainteresuje Cię. A jeśli sam znasz dobrą chińską albo ogólnie azjatycką, albo z jakiegokolwiek kraju produkcję, to koniecznie proszę o tę szczyptę miłości do filmu od Ciebie! 


Żegnaj moja konkubino 

Klasyk! Z tym filmem wiążę szczególne emocje. Nie tylko ze względu na to, że jest to tytuł, który w ogóle wprowadził mnie w chińskie szeregi, ale również na litry łez, jakie wylałam podczas seansu, na zachwyty nad kostiumami, na grę aktorską, a przede wszystkim - na historię. Niezwykłą, przejmującą historię.
Akcja dzieje się w Pekinie, w latach 1924-77, a wszystko krąży wokół opery i przyjaźni między dwoma mężczyznami, którzy razem wychowywali się w niezwykle surowej, przerażającej szkole aktorskiej. Poddawani są wycieńczającym treningom, które mają sprawić, że chłopcy staną się idealnymi śpiewakami operowymi. Cheng Dieyi jest postacią bardzo oddaną swojej pracy, uważa ją za sens życia i odnoszę wrażenie, że to sprawia, iż zaczyna ograniczać jego scenicznego partnera - Xiaolou. 
Mamy tu parę historycznych wydarzeń; m.in. rewolucję kulturalną. Poza tym, jest to produkcja, która rozkochała mnie w chińskiej operze, jakże osobliwej, pięknej, symbolicznej! Dużo psychologii, dużo refleksji, a bohaterowie skomplikowani w swoich czynach, a w szczególności zagubiony Dieyi, który nie widzi świata poza teatrem i swoim kocham Xiaolou - mężczyzną chcącym żyć normalnie ze sympatią Juxian. 
Całość jest niejednoznaczna, momentami brutalna, ale w tym wszystkim jednak piękna i przeraźliwa. Pokazująca, ile człowiek jest w stanie zrobić, aby osiągnąć swój cel i zatrzymać przy sobie osobę, która wcale nie chce z nim być "na wieczność." 
No i kurczę, Leslie Cheung w swojej roli jako Dieyi niezastąpiony. Warto zobaczyć nawet tylko dla niego i pozachwycać się osobliwością tego filmu.


Zawieście czerwone latarnie

 Jest 1920 rok. Akcja dzieje się w północnych Chinach. Młoda Song Lian po śmierci ojca wie, że nie ma szans, aby udać się na studia, dlatego zostaje zmuszona wyjść za bogatego, starszego mężczyznę. Jej przyszły mąż Chen - ma już trzy inne żony, które mieszkają w jednym zamku i konkurują ze sobą o względy małżonka. Wiedzą, że dzięki jego sympatii są silniejsze niż reszta.
Kolejna produkcja z lat 90. Film pełen czerwieni i przesiąknięty smutkiem, a do tego wszystkiego znajdziemy tam elementy opery. Niejednobarwne postacie, wiele zwrotów akcji i niezwykła scenografia szczególnie w ostatnich scenach, które sprawiają, że człowiek oniemieje na ich widok. Straszne życie kobiet uzależnionych od jednego mężczyzny. Cierpienie, które poruszy każdego z oglądających. Bo jak można obojętnie wpatrywać się w człowieka siedzącego w "więzieniu", kiedy wcale nie zrobił niczego złego?
Wszystko utrzymane w kolorach czerwieni, co wydawałoby się błahostką, a jednak ta głęboka czerwień dodaje klimatu. Klimatu do przerażających, frustrujących scen. Nie ma w tym filmie miejsca na ludzką godność.
Polecam również soundtrack. Mnie zachwyca za każdym razem. Otula mocnym, pięknym głosem i motywuje do robienia wyjątkowych rzeczy.


Wszyscy albo nikt 

To z kolei produkcja bardziej familijna, która wpadła mi w ręce przez przypadek, a mianowicie: słuchając soundtracku na YouTube i zakochałam się w nim momentalnie. Ta melodia może jest znacznie inna od tej z "Zawieście czerwone latarnie", ale równie emocjonalna i brzmiąca raczej przygodnie. A po seansie staje się jeszcze bardziej wyjątkowa. 
Akcja dzieje się w biednej wsi położonej w górach, gdzie funkcjonuje niewielka szkoła. Jednak pewnego dnia nauczyciel musi wyjechać do swojej chorującej matki, a sołtys podejmuje decyzję, aby zastąpiła go nastoletnia Wei Minzhi. Zostaje jej postawiony warunek: jeśli do powrotu nauczyciela, żaden uczeń nie wypisze się ze szkoły - dostanie zapłatę. Jak możesz się domyślić, jeden z jej podopiecznych ze względu na biedę, musi wyjechać, aby pomóc swojej rodzinie. Dziewczyna rusza za nim do wielkiego miasta. 
Produkcja, która uczy pokory, a przynajmniej mi poszerzyła horyzonty myślowe, a na kredę do tablicy patrzę w nieco inny sposób. Kiedy nauczyciel wyrzuca niewielki fragment kredy do kosza, od razu przypominam sobie ten film. Idealny na sobotni albo niedzielny, leniwy wieczór. Nie trzeba nad nim dużo myśleć, a wywołuje wiele uśmiechu na twarzy, a sama nawet płakałam na koniec. Dobra rzecz na rozluźnienie, nieważne, w jakim humorze się jest.


Happy Together

A to już nie jest film dla wszystkich. Raczej dla osób, które wolą nieco bardziej psychologiczne rzeczy. Dużo symboliki. Przygnębiający obraz rzeczywistości, gdzie barwy wszystkiemu nadaje drugi, ważny dla nas człowiek. I właśnie kolory: na nie warto zwrócić uwagę w tym filmie. Na samym początku dostajemy czarno-biały ekran, później zaczyna nabierać barw, żywych, pięknych barw, a z jakiego powodu, to zachęcam do przekonania się! I niech Cię nie zniechęcą pierwsze sceny. Produkcja wyjątkowa na swój oryginalny sposób.
"Happy Together" opowiada o relacji między dwoma mężczyznami. Akcja dzieje się w Ameryce Południowej, gdzie Lai Yiu-fai rozpoczyna pracę w barze. Nie posiada ekskluzywnego mieszkania, nie inwestuje w swoją przyszłość w Argentynie; zbiera pieniądze na to, aby wrócić do Chin. Jednak jego były partner Ho Po-Wing krzyżuje jego plany.
Ciężki, surowy film. Z genialnymi aktorami (znowuż Leslie Cheung!) i z przygnębiającą atmosferą, która zostawia w pamięci ślad po sobie.


Żyć!

Ciężko mi napisać o tym, o czym był ten film. Działo się w nim wiele rzeczy, wiele istotnych kwestii, które poruszały moje pożarte szkołą serduszko. Jednak z czystym sumieniem mogę napisać, że jest to jeden z przedstawicieli porządnego, chińskiego kina.
Mamy ukazaną rodzinę. Bogatą rodzinę, która jednak przez jednego z jej członków traci cały dobytek. Znowu pojawia się tutaj motyw rewolucji kulturalnej, hazardu i walki, aby wyjść cało, aby przetrwać. Do tego dochodzi rola matki i ojca i ich poczynania, gdy okazuje się, że jedno z dzieci tej pary cierpi i nie jest do końca sprawne. Film uczy szacunku do pieniędzy i ludzi, którzy szczerze się o nas martwią.
Genialna Li Gong, która, jak w przypadku "Zawieście czerwone latarnie" czy "Żegnaj moja konkubino" hipnotyzowała, oddała się tej roli w sposób niezwykle emocjonalny i piękny. Dlatego mogę przyznać, że jestem zakochana w jej talencie. Oglądanie sztuki, jaką daje nam Li Gong na ekranie to sama przyjemność.
Sam film jest na bardzo dobrym poziomie, akcja dzieje się na przestrzeni wielu lat, przez co dla mnie związanie się z bohaterami było jeszcze łatwiejsze - poznałam większość ich ciężkiego życia, przez które szli imponująco odważnie.


Koniec końców 

Wyszło na to, że każdy film, który tu podałam pochodzi z lat 90. Z całego serca polecam wszystkie tytuły, ale dodam, że jednak dla mnie najpiękniejszą i najważniejszą produkcją jest "Żegnaj moja konkubino", bo jest to niepowtarzalna sztuka, wyjątkowa, potężny wyciskacz łez i w ogóle pełen emocji i to takich, z którymi nie mogłam sobie poradzić. 
Podkreślam, że kino chińskie jest inne niż to, do którego większość z nas została przyzwyczajona. Niektóre rzeczy są nietypowe, czasem nawet podchodzące pod te komiczne w naszej świadomości, mimo że wcale nie powinny takie być, ale da się do tego przyzwyczaić, a wręcz pokuszę się o stwierdzenie, że atrakcyjniejsze pod wieloma względami wydaje mi się to kino. Warto przekonać się samemu i proszę daj mi znać, jeśli obejrzałeś/aś jedną z wymienionych produkcji albo podziel się ze mną innym tytułem, który szczególnie Cię poruszył. 
Trzymaj się ciepło!
Ps. pierwsze i ostatnie zdjęcie to kadry z filmu "Żegnaj moja konkubino"
Zdjęcia z google grafika
Kino: 
Elokuvateatteri
电影院 (diànyĭngyuàn)