Wojna Makowa | Rebecca F. Kuang


Wojna nie jest grą, której stawką są podziw i zaszczyty; to nie zabawa, nad którą czuwają mistrzowie, chroniący zawodników przed poważniejszymi urazami. Wojna to koszmar.

 大家好! Cześć wszystkim!

Przychodzę dzisiaj do Was z recenzją szczególnej książki. "Wojna Makowa" jest jednym z naprawdę niewielu tytułów, które zrobiłyby taki szum nie tylko w Polsce, ale również za granicą. Przecież gdzie nie spojrzeć - tam pojawia się omawiany tytuł i co więcej! Zbiera przy tym FENOMENALNE opinie. Jasne, zdarzają się czytelnicy, którzy wychodzili po lekturze zawiedzeni, ale trzeba przyznać, że zatrważająca większość zakochała się w dziele Kuang. 

Królowie Dary | Ken Liu

 

"Jednak mlecz nigdy nie jest arogancki, jego kolor i zapach nigdy nie przyćmiewają innych kolorów i zapachów. Ma szerokie zastosowanie praktyczne, jego liście są pyszne i leczą, a korzenie rozpulchniają zbitą glebę, więc zachowuje się jak pionier względem bardziej delikatnych kwiatów. Jednak najlepsze w jaskrze jest to, że żyje w ziemi, lecz marzy o niebie. Kiedy jego nasiona poniesie wiatr, mlecz dotrze dalej i zobaczy więcej niż rozpieszczone róże, tulipany czy nagietki." 

Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta!
Już nie mogę napisać, że nie jestem fanem fantastyki i że ten gatunek jest nowością na moich półkach, bo na przestrzeni ostatnich miesięcy dużo się zmieniło w temacie czytanych przeze mnie książek. Zatem po fantastykę sięgam coraz częściej i co najważniejsze, coraz chętniej. A w momencie, w którym ma ona związek z Chinami, to staje się ona pozycją obowiązkową na mojej liście. 

Niedawno było o science fiction "Problem trzech ciał" autorstwa Cixina Liu, czyli niełatwa, a zarazem szalenie inteligentna pozycja. Dlatego nic dziwnego, że gdy moja siostra odebrała zamówione przez nią książki i przedstawiła mi jeden z tytułów, na którym widniało chińskie nazwisko (jak się potem okazało, Ken Liu jest Amerykaninem chińskiego pochodzenia), to nie zawahałam się, aby po niego chwycić. 

Moi Drodzy, pierwsze wrażenie - będzie dobrze. Po pierwsze na okładce widnieje informacja, iż autor jest laureatem takich nagród jak Hugo, Nebula czy World Fantasy Awards, więc nie są to przelewki. Na stronach początkowych Ken Liu dziękuje babci za zapoznanie go z historią dynastii Han - kolejny plus, bo zapowiadają się nawiązania do bogatej historii Chin. Dlatego ja pełna ekscytacji przewracam kartkę, a tam uwagi o wymowie, które dodają, nazwijmy to, profesjonalizmu lekturze. Tuż obok informacji widnieje piękny i zapewne symboliczny obrazek z dmuchawcem. 
Moje pytanie brzmiało: Właściwie, co mogłoby pójść nie tak? 

No cóż, jednak mogło. 


Krótko o fabule

"Królowie dary" to pierwsza część z serii "Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu". Poznajemy w niej odważnego i żyjącego bez większym zobowiązań Kuniego Garu, który w pewnym momencie będzie musiał połączyć siły z mocno zbudowanym i zdyscyplinowanym Matą Zyndu. Zostają zmuszeni do współpracy, aby razem przeprowadzić rewolucję przeciwko obecnemu cesarzowi i jego niesprawiedliwym oraz okrutnym rządom. Jednak nie wszystko idzie po ich myśli. 

Co myślę? 

Zaczniemy miło, ponieważ to, co rzuca się w oczy to bogate i piękne słownictwo czy porównania, które tworzą zapierające dech w piersiach i zresztą, godne fantastyki, opisy. Dlatego też z łatwością mogłam sobie wyobrazić przedstawiane przez autora miasta, a panująca w nich bieda była wręcz namacalna. 
Co dziwne, postaci to już nie dotyczy. Ken Liu wprowadza je masowo do książki i czasem tak jest, że autor musi na początku obładować swoje dzieło bohaterami, ale z każdą kolejną stroną czytelnik przywyka do nich, przywiązuje się albo ich zapamiętuje. W przypadku "Królów Dary" gubiłam się non stop, a nie czytałam tego wieczorami lub nocą, aby nie móc się skupić wręcz przeciwnie, miałam dogodne warunki, więc dałam z siebie, ile mogłam, by zrozumieć tę historię i kontrolować, co się dzieje. Mimo to, tego było dużo za dużo, przez co nudziłam się, bo jak zaangażować się w postać, skoro ona nie ma nic do zaoferowania? Co więcej, niestety żadnego z głównych czy pobocznych osób nie polubiłam. Czy to jest grzechem literackim? Nie wiem, jest to kwestia sporna, czy aby książka była dobra, to musi mieć dających się lubić bohaterów, czy samych antagonistów (aczkolwiek nie jestem w stanie wymienić ani jednego tytułu, w którym pojawiłaby się taka sytuacja.) 
Co nie zmienia faktu, iż wydaje mi się, że Liu tego nie planował. Ja mam wręcz wrażenie, że on stworzył swoich bohaterów z myślą, aby ich uwielbiać, co nie jest żadnym zarzutem. Może po prostu mijam się mocno z charakterami postaci (czy to w takim razie nie świadczy o ich jednolitości? Gdy teraz nad tym myślę, to uważam, że były na "jedno kopyto", przewidywalne i do tego stereotypowe, dlatego cofam to zdanie - stąd wynikają moje odczucia.) 

"Zanim zacznę kwitnąć, wszyscy inni giną. Chociaż samotny to zaszczyt, jest wielki i heroiczny, idealnie pasuje do dziedzica marszałka Cocru. Pieśń chwali chryzantemę, nawet raz nie wspominając jej nazwy. Jest piękna." 


Niestety, nie da się ukryć, że również postacie kobiece kuleją w tej książce. Co i tak moim zdaniem, brzmi eufemistycznie, ponieważ tam nie ma żadnej dobrze wykreowanej kobiety, nie wspominając już o tych głównych rolach. Jeśli zastaniemy bohaterkę, to zwykle zachodzi ona albo w ciążę, albo zajmuje się zielarstwem, albo proponuje mężowi, aby drugi raz ożenił się, bo tak będzie lepiej, a potem jest zazdrosna, kropka. Jestem mało-odporna na takie kwestie, więc czasem musiałam przerwać lekturę i ochłonąć, przetrawić i uzbroić się na (tak podejrzewałam) kolejne, podobne sceny. 

Inna kwestia: autor, jak wiele twórców związanych z Chinami, przemycał czasem aluzje do rządów Mao Zedonga i okresu jego panowania. Co dla osoby zainteresowanej tamtejszymi regionami wyłapywanie takich "smaczków" było urozmaiceniem. Tym bardziej, że z jednej strony mieliśmy historię bazującą na dynastii Han, a tu jeszcze wpadały niuanse rażąco przypominające wydarzenia z XX wieku. Jeden z małych przykładów: 

"Zlecone przez Mapiderego palenie ksiąg i tracenie uczonych najmocniej uderzyło właśnie w Haan. Nie opłacano już szkółek w chatach i nikt z nich nie korzystał, wiele prywatnych akademii w Ginpen zamknięto, a kilka pozostałych stało się jedynie cieniami swojej dawnej chwały, gdzie uczeni bali się podawać prawdziwe odpowiedzi i jeszcze bardziej zadawać prawdziwe pytania." 

Dlatego jest mi holendernie przykro, że książka o wielkim potencjale została jedną z najgorszych, jakie ostatnio miałam okazję przeczytać. Patetyczność zamieniała się w ośmieszenie i zwiększające się pogrążenie "Królów Dary". 

I już trochę żartem pisząc, cieszę się, że to nie ja wydałam pieniądze na ten tytuł! 


Kończąc

Raczej nie chwycę po kolejny tom, bo pierwszy nie kończy się w jakimś szczególnym momencie, który zachęcałby czytelnika po kontynuowanie serii, ale kto wie. Może kiedyś przywędruje do mnie przypadkiem, a ja z czystej ciekawości (i nieco głupoty z niewyciągania wniosków) wezmę się za "Ścianę burz". 
Naprawdę ładnie i starannie są te książki wydane, więc jeśli ktoś docenia najmniejsze detale wizualne, to powinien być bardzo zadowolony. Co nie zmienia faktu, że jestem z lektury zawiedziona i przychodzi ten rzadki moment, kiedy muszę napisać, że NIE POLECAM tejże pozycji. 

Mam nadzieję, że Wy trafiacie na same perełki, bo u mnie jest z tym ostatnio średnio! Trzymajcie się ciepło i zdrowo, 
Panda Fińsko-Chińska 

Problem trzech ciał | Cixin Liu


Dzień dobry wszystkim! 
Dziś przychodzę z książką, na którą polowałam od dobrych kilku miesięcy, ale albo odnajdywałam ciekawsze pozycje, albo po prostu - zapominałam o niej. Aż pewnego, cudownego, chyba kwietniowego dnia znalazłam ją przypadkiem po takiej taniości, że szkoda było nie wziąć. No to wzięłam, przeczytałam i chcę napisać kilka słów o niej, bo wydaje mi się, że jest warta uwagi. 
"Problem trzech ciał" zrobił wokół siebie dużo szumu m.in. w Stanach Zjednoczonych. Ja przeczytawszy słowa "chińska fantastyka", wiedziałam, że ta granatowa okładka prędzej czy później trafi na moją półkę. Dopiero kiedy do mnie dotarła i zapoznałam się lepiej z tematem, to nie ukrywam, nieco się zniechęciłam. Książka jest z gatunku science fiction, z którym nigdy nie było mi po drodze. Ale, mleko się rozlało, a "Problem trzech ciał" uśmiechał się do mnie codziennie z biurka, więc trochę z obowiązku, trochę z ciekawości, zaczęłam czytać. 

"Upadłe anioły" mojego mistrza

Rok produkcji: 1995 rok
Miejsce: Hongkong
Długość trwania: 99 minut
Reżyser: Kar-Wai Wong
Aktorzy: Leon Lai, Michelle Reis, Takeshi Kaneshiro


"Za każdym razem, gdy potrzebuję parasola, on się zjawia. Mam nadzieję, że nigdy nie przestanie padać."
Hej, terve, 大家好! 
Nastrój mam odpowiedni do pisania. W tle soundtrack z "Upadłych Aniołów", leżę w łóżku, jest około godziny 22 i jestem sama. Myślę, że nie tylko jest to stan idealny do recenzowania, ale także do oglądania filmów wrażliwego i unikatowego magika, który wyciąga z kapelusza prawdziwe dzieła.  
Kar-Wai Wonga, bo to o nim mowa, poznałam około półtora roku temu przy okazji "Happy Together" i oficjalnie przepadłam. Zniknęłam w świecie tego człowieka. Wbrew pozorom świat, który on kreuje nigdy nie jest dobry. Zawsze wypełniony przeszywającą samotnością i tęsknotą. I ty, jako widz, też tęsknisz, nawet jeśli nie masz za kim. Mimo to, i tak chcesz wchodzić do uniwersum Hongkończyka, bo oprócz tego, kołyszesz biodrami do fenomenalnych, oddających klimatów filmów, muzyki. 
Poza tym, zdjęcia to złoto. Są specyficzne, charakterystyczne dla reżysera i kolokwialnie sprawę ujmując, wali po oczach latami 90. 


Ja tu leję słodyczą, ale prawda jest taka, że do "Upadłych Aniołów" zbierałam się prawie rok. Miałam dwa wcześniejsze podejścia i dopiero za trzecim razem udało mi się. Zanurkowałam w obrazie Wonga. 
Uwaga, pierwsze 5 minut wydawało mi się wręcz odrzucające. Nie wierzę, że to piszę, ale bałam się, że "Upadłe Anioły" zepsują mi spojrzenie na reżysera. Przez to wyobrażałam sobie, że ten film jest końcem mojej pewnej przygody kinematograficznej. 
Pomyliłam się. Uwielbiam go jeszcze bardziej. Teraz dalej mogę obrzucać go cukierkami!
"Myślałem, że Mini jej przejdzie. Ale to ja jej przeszedłem." 

Fabuła

Ciężko mówić o fabule w przypadku filmów Kar-Wai Wonga. Zwykle na ekranie dostajemy nieskomplikowaną historię, która powoli brnie do przodu. Skarbem jest kreacja postaci i dialogi wypełnione aforyzmami tak, że możesz sobie przyklejać cytaty na ścianach i nie starczy Ci domu na nie. 
W przypadku "Upadłych Aniołów" mamy piątkę bohaterów, gdzie główne skrzypce odgrywają troje z nich: zabójca na zlecenie, jego pomocnica i chłopak, którego ciężko określić jednym słowem, ale wiemy, że siedział w więzieniu, mieszka z tatą i przestał mówić. A my jesteśmy obserwatorami ich splatających się dróg. 
"Zawód człowieka jest determinowany przez jego osobowość." 

 Cukierków ciąg dalszy

Już kiedyś napisałam to na tym blogu: Kar-Wai całkowicie trafia w moje walory estetyczne i etyczne. W moje pojęcie miłości i samotności. Jego filmy sprawiają, że lepiej poznaję siebie, dlatego są osadzone głęboko w mojej świadomości i sercu, pisząc wprost. 
Główne powody, dla których ani przez chwilę nie chciałam przerywać seansu:
  • zarys głównych postaci, byłam nimi zaintrygowana 
  • wyłupywane są szczególiki z życiorysów bohaterów, które dodają im duszy 
  • zdjęcia i muzyka, jakże typowe dla reżysera
  • błyskotliwe dialogi
  • długie, przeciągające się wręcz sceny zrobione z takim smakiem, że mogłabym patrzeć na nie godzinami
Odnośnie drobnostek. Uwielbiam je, niby wydaje się, że nic nie wnoszą, a z drugiej strony to własnie one między innymi niosą ze sobą wyjątkowość i emocjonalność produkcji. Nawet taki niewinny motyw, jakim był kolor włosów jednego z bohaterów, He Zhiwu. Blond włosy symbolizowały zauroczenie. I moim zdaniem, to jest piękne i wyrafinowane. Można wręcz powiedzieć, "proszę, o to wizytówka twórczości tego pana."

Gdybym miała opisać "Upadłe Anioły" zdaniem, wyglądałoby to tak: "namiętności wymieszane z samotnością podane na hongkońską tacę." Wiem, że nadużywam słowa "samotność", ale jest jej tutaj ogrom. Spokojnie można ją porównać do tej z "Her" w roli głównej z kolejnym mistrzem, Joaquinem Phoenixem. Kończysz seans i zastanawiasz się, gdzie ja jestem i dlaczego jest tu tak smutno? 


Takim moim małym odkryciem był tutaj japoński aktor Takeshi Kaneshiro, którego widziałam już kilka razy, chociażby w "Domie latających sztyletów" czy "Chungking Express", ale mam wrażenie, że dopiero tym razem w pełni doceniłam jego kunszt aktorski. No po prostu chciało się na niego ciągle patrzeć! Jakby stworzony do roli He Zhiwu. I to właśnie z postacią odgrywaną przez niego najbardziej się zżyłam. Właściwie jedyny zarzut, jaki mogę postawić temu filmowi to, to, że ja mam niedosyt historii tego bohatera i najchętniej zobaczyłabym produkcję poświęconą tylko jemu.

Na sam koniec muszę wspomnieć o pewnej sprzeczności. Produkcja, pomimo swojej banalności fabularnej, jest nieprzewidywalna. A takiego połączenia byle jaki scenarzysta nie udźwignie. Mam nadzieję, że jeśli moja ekspresywność Cię nie przekonała, to zrobiło to oksymoroniczne stwierdzenie. Chociaż troszeczkę!


Dlatego jeśli ktoś ma ochotę na nieco inne, klimatyczne kino - polecam z całego serduszka. Tylko jeszcze raz daję znać, że najlepiej odczuwa się go wieczorami. A czasu jest teraz sporo, więc tym goręcej zachęcam!

Trzymajcie się zdrowo,
Panda Fińsko-Chińska

Moje małe (chińskie) osiągnięcia


Dzień dobry!

Po tak długiej przerwie wracam z postem wypełnionym miłością. Chcę Wam przedstawić i opisać moje ostatnie fascynacje, jakie odkryłam w ciągu minionych tygodni. Totalnie luźny wpis, ale piszę go z chęci podzielenia się tym, co mnie otacza. Poza tym, mam nadzieję, że może ktoś zainspiruje się lub zachęci do jednego z poniższych tytułów, a ze względu na obecną sytuację związaną z wirusem; czasu w domu jest wiele.  W każdym razie zapraszam.

Madame Mao | Anchee Min

"W moim rozumieniu polityka to przemoc. Rewolucja nie jest herbatką u cioci - to przemoc w najczystszej formie. Uwielbiam dawną politykę, politykę zwykłej dyktatury."


Cześć, moi, 你好!
Chiny mają się bardzo dobrze na Pandzi i pewnie będą się tak mieć jeszcze przez długi czas, bo mam dosyć sporą listę i filmów, i książek związanych z tym krajem. I cieszy mnie to, bo spędzam wakacje "chińsko". 
Na "Madame Mao" trafiłam całkowicie przypadkiem. Szukając serii "Talizman z nefrytu" (dziękuję Aniu za polecenie, już siedzą na mojej półce i wyglądają pięknie!), znalazłam konto pewnej Pani, która miała do sprzedania wiele pozycji związanych z Chinami i to za, nie ukrywam, wyjątkowo kuszące ceny, dlatego brałam, ile mogłam, a co!
"Pamiętasz ten poemat? Rzecz jest o cesarzu Li z epoki Tang, którego zmuszono, by powiesił swoją kochankę, Jang. Nakłonili go do tego generałowie, grożąc zamachem stanu. Historia rozdzierająca serce! Biedny cesarz. Równie dobrze mogli i jego powiesić." 

 Kim jest tytułowa bohaterka? 

Mao Zedong* - to nazwisko mówi dużo więcej niż Jiang Qing**, a to właśnie o niej jest mowa. O aktorce, o miłośniczce opery, o buntowniczce, komunistce, ale w historii Chin zapisała się przede wszystkim jako czwarta żona tak wielkiego i rewolucyjnego polityka, jakim był Mao.
Zdanie, które często pada w książce "być pawiem wśród kur" stało się dewizą dla głównej bohaterki. Zawsze potrzebowała uwagi, nienawidziła, kiedy się ją ignorowało, kiedy spychano ją na drugi plan, a późniejsza pozycja pozwoliła jej na mszczenie się za lekceważenie pierwszej damy. 
Na scenie wypadała genialnie. Zresztą, własnie dzięki przedstawieniom została zauważona przez Zedonga. A ten był jej wielką miłością. Największą. Za co nie znosiła siebie, bo Mao upokarzał ją na każdym kroku. Do końca jego życia musiała udowadniać mu jej użyteczność - dużo dołożyła od siebie do rewolucji kulturalnej. Jako że odgrywanie ról zawsze było dla niej najważniejsze, zajęła się filmami propagandowymi. Specjalnie dla Mao, aby w ten sposób krzyczeć: 'Widzisz! Jestem po twojej stronie. Jestem ci potrzebna!"


Pierwszy raz zbuntowała się, kiedy mama chciała skrępować jej stopy. Wmawiała dziewczynce, że w ten sposób coś osiągnie w życiu, że to te stopy przyniosą dobrego męża. Przez pierwsze trzy tygodnie faktycznie nosiła bandaże, jednak po tym czasie ból spowodowany ściskiem zaczął narastać. Delikatnie pisząc, był nie do wytrzymania i wtedy Jiang zerwała opatrunek, uwalniając ściśniętą część ciała. To oczywiście nie spodobało się matce, jednak przyszła żona Mao szła uparcie przy swoim. 
Przez całe życie nie mogła zapomnieć cierpienia, którego doświadczyła przy krępowaniu stóp, a na samą myśl o tym, dostawała gęsiej skórki. 
Wiązało się to też z wielkim strachem przed zostaniem konkubiną. Brzydziło ją to. Chciała być pierwszą damą. Kimś znaczącym. Pawiem wśród kur. Ale Mao jej tego nie ułatwiał. 

"W przyszłości ludzie będą pamiętali tylko jego dobre uczynki. Na przykład bardzo znaną historię o pogrzebie marszałka Czen Ii w 1975 roku, kiedy to przyjechał w piżamie [Mao], by pokazać, jak się śpieszył. Miało to dowodzić szczerości smutku Mao. Jednak prawda jest taka, że mógł ocalić marszałkowi życie, gdyby nie pozwolił hunwejbinom*** zakatować go na śmierć."

Warto? 

Nie napiszę tego z wielkim przekonaniem, ale wydaje mi się, że jednak warto przeczytać. Postać Jiang Qing jest niezwykle interesująca i pokazuje rewolucję kulturalną z drugiej strony. Poza tym, autorka nie skupia się tylko na tym wydarzeniu w książce. Ba, myślę, że to dopiero niecała druga połowa tejże lektury. Właściwie zaczynamy od dziecka. Od relacji z matką, pierwszego męża, drugiego, trzeciego, początków związanych z aktorstwem. To zaś sprawia, że lepiej jest nam zrozumieć okrutne poczynania Jiang w przyszłości. 

"Madame Mao" zaczyna się od samego końca życia głównej bohaterki. Kiedy czeka na egzekucję i myśli nad swoją córką Na. Co ciekawe, Jiang Qing jest potępiana, ale sam Mao wręcz przeciwnie. Czytając tę książkę, warto na to zwrócić uwagę i wyłapywać manipulacje Zedonga, odnosząc się konkretnie do wcześniej wymienionej informacji. 

No ale dobra! Powiem tak, ciężko było mi się na początku przyzwyczaić do stylu pisania autorki. Wszystko działo się szybko, bo zostało napisane dość zwięźle i to mnie czasem wybijało z rytmu, nawet pod koniec książki. Poza tym dialogi nie są wyróżnione, tylko stanowią ciąg razem z opisem.  Co też z początku mnie odrzuciło. Da się do tego przywyknąć, ale jak napisałam, potrzeba trochę stron. 
Mimo wszystko, dostałam zarys dwóch najważniejszych osobowości. Wyniosłam dużo informacji, a chyba to się najbardziej liczy.  Odrobinę żałuję, że wątek Wielkiego Skoku ogłoszonego przez Mao został potraktowany po macoszemu, ale jestem w stanie przymknąć na to oko, bo przedstawienie rewolucji kulturalnej nadrabia to.

Sama postać Jiang, chociaż zrobiła wiele strasznych rzeczy, wzbudzała we mnie raczej żal. Żal, że była uwięziona w wielkich, nie do ruszenia ramionach Zedonga. A i jej miłosne przygody ściskają serce. Ogólnie rzecz biorąc, jej relacje z ludźmi opierały się na wzajemnych korzyściach, na manipulowaniu, wiecznym pokazywaniu, kto jest wyżej. Tragiczna postać, tak myślę. Późniejsza pozycja pierwszej damy wcale niczego nie ułatwiła ani nie upiększyła.

"Wiejscy artyści malują na murach portrety Mao. Mój ukochany w dalszym ciągu przypomina dawnego mędrca, teraz nawet jeszcze bardziej. Jego portrety są udane, ponieważ artyści przywykli do malowania twarzy Buddy. Nie potrafią malować Przewodniczącego w taki sposób, żeby nie wyglądał jak Budda. Może właśnie jego widzą w Mao. A jestem pewna, że Mao udaje Buddę." 


Drobnostki

Lektura liczy sobie około 400 stron, ale brnie się przez to bardzo szybko z powodu czcionki i stylu pisania autorki. Książka została wydana w 2001 roku w Polsce, więc nie należy do najmłodszych, ale z łatwością można kuoić używaną i to za grosze. 
Daj znać, czy słyszałeś/aś wcześniej o "Madame Mao". Ja jeszcze w czerwcu nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego, ale od razu po przeczytaniu opisu stwierdziłam, że okej, to zdecydowanie coś, co chcę mieć na półce. A czerwona okładka wygląda pięknie!

Trochę o mnie

Wróciłam z Warszawy i wyżej widzisz właśnie zdjęcie stamtąd! Jestem po FENOMENALNYM koncercie Rammstein i chyba wezmę się porządnie za Pandzie, bo nie da się ukryć, że ją zaniedbałam, co siedzi mi na sumieniu. Lubię tutaj pisać, lubię informować o tym, co przeczytałam albo obejrzałam, a szczerze mówiąc, to mam trochę filmów za sobą (i to głównie chińskich!), dlatego co się mam nie chwalić.

Pozdrawiam cieplutko! 
Panda Fińsko-Chińska 


* W "Madame Mao" jego nazwisko wygląda tak: Tse-tung, jednak wolę wersję w pinyin.
** W "Madame Mao": Ciang Cing.
***Hunwejbini - inaczej; Czerwona Gwardia - założona przez Mao komunistyczna organizacja, do której należeli młodzi ludzie ubrani w zielone mundury z czerwonymi opaskami na rękach. Działali podczas rewolucji kulturalnej. Torturowali, zabijali osoby podejrzewane o zdradę komunizmu. Innymi słowy, byli bardzo wpływowi i robili wszystko, co Zedong kazał. 

Architektura | Made in China

Cześć wszystkim! 
Dzisiejszy wpis to taka trochę niespodzianka dla czytelników, ponieważ wita się z wami nie Ania, lecz Julia z bloga Juli's House.
Jest mi bardzo miło gościć na tym blogu, ponieważ obserwuje pracę Ani już od jakiegoś czasu i z każdym wpisem fascynuje mi jej pasja do tego, co robi. Bardzo się cieszę, że mogę pokazać mój punkt widzenia na Chiny. Poznacie dziś historię, ciekawostki, obejrzycie piękne zdjęcia związane z chińską architekturą. Bez zbędnego przedłużenia zapraszam do czytania! 

POCZĄTKI 

Początki architektury chińskiej sięgają mniej więcej XV wieku przed naszą erą. Dla porównania budowle w naszym kraju zaczęto stawiać dopiero w X wieku naszej ery (styl romański), w momencie w którym zaczęło się kształtować państwo polskie. W Chinach już w III wieku przed naszą erą architektura była wysoko rozwinięta i stawała się inspiracją dla innych krajów takich jak Japonia, Korea oraz Wietnam. Stąd wiele podobieństw. Pierwsze budowle wznoszono z drewna, a późniejsze z suszonej gliny. Przykładem zabytku zbudowanego właśnie z drewna jest buddyjska świątynia Foguang ( chiń. 佛光寺 ), wybudowana w 857 roku w prowincji Shanxi, Chiny.

Fot. En.chinaculture.org 

Praktyką według której wznoszono miasta i budynki było feng shui. Kan Yu, bo tak początkowo nazywano tę technikę, była rozwijana od III wieku przed naszą erą do III wieku naszej ery. Opracowanie feng shui napisał Guo Pu kilka lat później. Od tamtej pory praktyka była głęboko stosowana w życiu codziennym. 

 Założenia feng shui : 
  •  Świat wypełniony energią – chi 
  •  Harmonia i uporządkowanie 
  • Pozbycie się starych mebli, nieużywanych sprzętów i zbierających kurz dekoracji o 5 elementów feng shui : drewno, metal, ziemia, woda, ogień 

Chiny bez makijażu | Marcin Jacoby


"Wierzę, choć nie mam na to naukowych dowodów, że dzięki pisaniu znaków Chińczycy, Koreańczycy i Japończycy mają dużo bardziej niż Europejczycy rozwinięty zmysł proporcji." | str. 89

Wstęp 

Dzień dobry! 
Kiedyś, gdzieś wspominałam o tej książce i już wtedy, będąc na około setnej stronie, byłam z niej bardzo zadowolona. Teraz, mając za sobą całość - jestem nad wyraz zachwycona. A głównym powodem jest fakt, że po prostu, po ludzku zostałam uświadomiona w wielu kwestiach odnoszących się do Chin, a chyba o to chodziło, więc cel: osiągnięty i to z jaką klasą! Z kolei ta świadomość spowodowała we mnie jeszcze większą fascynację tymże krajem. 
Zanim jednak przejdziemy do konkretniejszego wyjaśnienia poprzednich słów, chciałabym co nieco napisać o samym autorze. 
Trafiłam na niego w bardzo prosty sposób! Szukając informacji odnośnie malarstwa chińskiego, znalazłam na Youtube wykład pana Marcina zatytułowanego: "Tradycja i eksperyment. Malarstwo chińskie w epokach Ming i Qing", który, zresztą, polecam. No to ja szczęśliwa, że dostałam taką górę wiedzy na ten konkretny temat, wyszukałam twórcę wykładu i tak o to mogę trzymać "Chiny bez makijażu" w rękach, z czego cieszę się niezmiernie, bo i dzięki temu częściowo zaspokoiłam chęć pozyskiwania informacji. 
Przytoczę trzy zdania zawartych na zakładkach książki odnośnie autora: "sinolog, interesuje się Chinami odkąd pamięta. Zaczynał naiwnie od filmów kungfu, co zaprowadziło go w końcu ku prawdziwym chińskim sztukom walki. Dalej były lektury coraz bardziej filozoficzne i coraz bardziej poważne, aż wreszcie nauka języka." - Czyż to nie brzmi pięknie? Brzmi! I na mnie zawsze dobrze wpływają takie słowa. Można powiedzieć, że w sumie to dodają otuchy, a szczególnie w okresie liceum, szkolnym ogólnie rzecz biorąc, kiedy wyjątkowo powątpiewa się w siebie i swoją przyszłość. I oby każdy, jak autor, tak brnął do spełniania swoich marzeń, bo, co jak co, ale mam wrażenie, że to one są jednym ze składników szczęścia. (Oj no, mogę czasem rzucić czymś takim prostym!)

"(...) błotniste pola ryżowe to nie naturalne bagna, lecz gleba trwale zmieniona przez dzisiątki lat pracy chłopów budujących skomplikowane systemy irygacyjne, stojących przez całe życie po łydki w wodzie, poganiających powolne woły do niekończącej się pracy. Oto anonimowi bohaterowie kultury chińskiej" | str. 19

Ach, te Chiny!

Nie można tego nazwać książką podróżniczą czy reportażową. Autor dzieli się z nami subiektywnymi spostrzeżeniami odnośnie kraju, którym interesuje się od lat i w którym spędził sporo czasu. I na tym ta pozycja niezwykle zyskuje, bo w końcu; człowiek zarażona pasją sam ją rozpowszechnia. A to jest w cenie.
Wyodrębniono pięć rozdziałów: Tożsamość, ludzie, polityka, gospodarka i społeczeństwo oraz Chiny dla Polaka. I w każdym z nich twórca dzieli się z nami ciekawymi kwestiami odnoszących się np. do religii, wierzeń Chińczyków (pada interesujące stwierdzenie: "Mówi się, że dawny Chińczyk był konfucjanistą na zewnątrz, buddystą w świątyni i taoistą w domowym zaciszu." / str. 109 - bardzo spodobało mi się to zdanie) czy sytuacji związanej z Tajwanem. Odpowiada na zagadnienia, które na pewno niejednego Polaka zastanawiały.
Dlaczego dziewczynkom krępowano stopy? Czy Chińczycy to naprawdę romantyczny naród? (a i ja słyszałam i czytałam tego typu twierdzenia!) Czy istnieje w ogóle coś takiego jak "chińskość", a jeśli tak, to w jaki sposób ją zdefiniować? I na to pytanie pan Marcin stara się znaleźć odpowiedź, co, jak sam podkreśla, wcale nie należy do łatwych rzeczy, bo Chiny to przede wszystkim kraj wypełniony milionami kontrastów, różnic. 
Ja najbardziej czekałam na rozdział związany z polityką, która wydaje mi się, że budzi ogrom emocji w przypadku tejże nacji. I z czystym sumieniem oznajmiam, iż powyższa książka to strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o wprowadzenie w tę tematykę.

Trzeba wspomnieć też o tym, że autor próbując nam wyjaśnić daną sytuację w kraju, nawiązuje do przeszłości, stara się nam wytłumaczyć skąd, jak, co, dlaczego, np. z jakiego powodu Chińczyków jest znacznie więcej od Chinek? Musimy pamiętać, że to niebywale stary kraj i to, co działo się w przeszłości ma tutaj wyjątkowo ważne znaczenie.
Za to szczerze dziękuję, bo "Chiny bez makijażu" to kawał rzetelnej pracy, wiedzy i wcześniej wspomnianej pasji. A w dodatku zamiłowanie jest zapakowane w zdania, które są łatwe w odbiorze, przez co nie dość, że nasz mózg nabiera mięśni to wcale się przy tym strasznie nie zmęczy, a siły przybędzie mu niemałej.

"Choć Komunistyczna Partia Chin jeszcze nie w pełni kontroluje pogodę, cudu dokonano i nad stolicą Państwa Środka zrobiło się jasno i pogodnie. Już mnie wtedy w Pekinie nie było, przyglądałem się wszystkiemu z Polski i czułem, że rok 2008 był dla Chińczyków początkiem nowej ery. Ery, w której lud żółtej ziemi, odrodzony i silny, miał pożegnać się ostatecznie z historią biedy i poniżenia i zająć należne mu miejsce wśród narodów świata. Tak przynajmniej głosiła lokalna propaganda." | str. 24

Nie kupuj, bo chińskie 

Chiny kojarzone są nie tylko z jedwabiem czy herbatą, ale również z masową tandetą sprzedawaną w sklepach. To się jakoś tak zakorzeniło w naszych głowach, że wiele osób wróży rzeczom "Made in China" krótkiego użytkowania albo patrzy na nie raczej niechętnie. Bardzo słusznie pan Marcin stwierdził, że pralka, lodówka, cokolwiek będzie lepsza, wytrzymalsza, jeśli zapłacimy za nią więcej pieniędzy i nieważne, czy pochodzi z Państwa Środka, czy nie. Proste!
Niepominięty został także fakt, że dawniej było wręcz odwrotnie. Chińskie rzeczy miały etykietkę tych porządniejszych, wytrwalszych, co mój dziadek jakiś czas temu sam zaświadczył. 

Brać czy nie brać? 

Brać! 
Polecam wszystkim osobom, które chcą zbliżyć się do tego kraju, zrozumieć chociaż troszkę tę odległą nację, a przede wszystkim: nabrać świadomości. Bo wiadomo, za tym idzie zrozumienie i śmielsza tolerancja innych kultur.  
Mówi się, że widzi się to, co się wie i jak najbardziej zgadzam się z tym stwierdzeniem. Po przeczytaniu tej książki więcej zauważam kulturowych szczegółów w chińskich produkcjach filmowych, a to miłe uczucie. 
Ano, i są zdjęcia w środku książki! A jeśli ktoś chciałby troszkę więcej o autorze poczytać to na stronie "Chiny to lubię" pojawił się trzy lata temu wywiad z panem Marcinem. O, tutaj.


I na koniec dwie rzeczy

W przeciągu 10 lat PKB w Chinach wzrosło około czterystakrotnie, a w Polsce pięciokrotnie. Dokładnie w tym samym czasie.  
A najdotkliwszymi problemami w omawianym kraju są: zanieczyszczenie środowiska i korupcja. 

Ja przyznaję, że chętnie przyjrzę się innym książkom autora. Na oku mam również jeszcze parę tworów o Chinach, ale podpisanych odmiennymi nazwiskami niż to dzisiejsze! Także będę się wszystkim dzielić tutaj, a i ambitny mam plan zafundować odrobinę fińskiej historii na Pandzi. Finowie też mają się czym pochwalić! 
Troszkę o roślinkach: Na pierwszym zdjęciu ujęta została magnolia, ale za to na drugim moja wielka duma - dynie, które bardzo ładnie mi rosną. Dlatego jest się z czego cieszyć. 
Oby lipiec był milszy niż czerwiec! Wszystkiego dobrego. 

Holandia / 荷兰


Cześć, moi, 你好!
Czerwiec dał mi w kość. A z drugiej strony to właśnie w nim chodziłam po ulicach wielu holenderskich miast, a w tym przepięknego Amsterdamu. Mogę to podsumować jednym zdaniem: pod względem emocjonalnym to bardzo kontrastowy miesiąc. 
Ale nie ma co pisać o przykrych rzeczach, a odłamać się od rzeczywistości, do której ostatnio ciężko mi się przyzwyczaić, a za to poprzerabiać zdjęcia z tego cudownego kraju i zająć się tym, co kocham nad życie, czyli ogólnie rzecz biorąc - Chinami. Dlatego mam dziś nie tylko fotografie, ale też kilka słów kojarzących mi się z Holandią.


Słówka:

Przede wszystkim:
自行车 (zìxíngchē)  - rower
Peełno rowerów na ulicach i, jak powiedział nasz przewodnik, w Holandii rowerzyści to "święte krowy". Super rozwiązanie, bo nie dość, że ekologiczne i środowisko się uśmiecha, to w dodatku eliminuje ogromne korki. [受阻 (shòuzŭ) - stać w korakch]  Same plusy! 
骑 (qí) - jeździć, np. jeździć na rowerze: 骑自行车

名胜古迹 (míngshèng gŭjī) - zabytki

(yā) - kaczka
Ano, Holandia będzie mi się kojarzyć z narodem, w którym buduje się kaczkom domki!

绿色 (lǜsè) - zielony kolor

桥梁 (qiáoliáng) - most
A to słowo kojarzy mi się szczególnie z Amsterdamem, który ma miano "północnej Wenecji" i to zdecydowanie nie bez powodu. 

(niú) - krowa
Zielone pola wypełnione krowami. I wcale nie dwoma, pięcioma czy dziesięcioma. Całe stada krów, na które patrzy się jak na obraz, jadąc przez Holandię. Do tego niech zachodzi słońce i można oglądać godzinami! To niesamowite, że ludność wydaje się całkowicie przejęta przez rolnictwo, a tak naprawdę to tylko 3% społeczeństwa.

风车 (fēngchē) - wiatrak
郁金香 (yù jīn xiāng) - tulipan
Tych dwóch skojarzeń chyba nie trzeba tłumaczyć!

奶酪 (năilào) - ser
欧元 (Ōuyuán) - euro  [外币 (wàibì) - waluta obca]
画廊 (huàláng) - galeria  
博物馆 (bó wù guǎn) - muzeum
No i muzeum Vincenta van Gogha! Nie mam zdjęć, ale jedno mogę zaświadczyć: jeśli się jest w Amsterdamie: wyjątkowe przeżycie. Ludzi jak mrówek i chociaż zwykle w zatłoczonych miejscach czuję spory dyskomfort, to w takim budynku (o ile dopcha się do obrazu) absolutnie nie liczą się tłumy. Tylko ten, na którego masz zwrócić uwagę - Vincent. (Polecam książkę "Pasję życia". Czeka na mnie jeszcze "Van Gogh życie" napisany przez Stevena Naifeha i Gregory'ego White'a Smitha, ale mam wakacje na to! I na pewno podzielę się opinią.)


荷兰 (Hélán) - Holandia

Po co takie wpisy? 

Chciałam dodać coś, co byłoby związane z Holandią, bo to kraj, który mnie oczarował swoją architekturą i wolnością, dlatego trzeba go trochę skomplementować tutaj. I tak, jadąc w środku nocy busem i wpatrując się na komórkę, żeby władować sobie do głowy parę nowych chińskich słów i znaków, wpadłam na oto właśnie pomysł. Kilka z tych wyrażeń znałam, ale wcześniej nie miałam pojęcia, jak Chińczyk powiedziałby: tulipan czy wiatrak, dlatego nauczyłam się czegoś i pewnie będę wracać do tego wpisu, gdy któregoś z tych wyrazów zapomnę, a i nóż widelec ktoś, uczący się tego języka, też dowiedział się chociażby jednego nowego znaku.
A i zdjęcia mogłam dodać!

Ach, Holandia! 

Piękne miejsce na świecie. Nie tylko, jeśli chodzi o krajobrazy [风景 (fēngjĭng)], ale z opowiadań naszych przewodników można wywnioskować, że mentalność tamtejszych ludzi stawia przede wszystkim na wolność. Matko, "wolność" to pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl, gdy ktoś wspomina o tej północnej nacji. Spędziłam tam zaledwie cztery dni i miło robiło się na sercu, gdy po drodze zauważałam liczne tęczowe flagi na budynkach (i nie mam tu na myśli tylko prywatnych mieszkań) czy buddyjską restaurację nad Morzem Północnym.
Poza tym, może to głupie, ale w Hadze chodziłam po chińskiej dzielnicy i samo to wywołało we mnie zachwyt nad zachwyty.
Na koniec ciekawostka. Przewodniczka nam wspominała, że, jeśli chodzi o Coffe shopy, z których Holandia tak słynie, to jest to głównie pożywka dla turystów, a sami Holendrzy nie korzystają z tego tak często, jak się nam wydaje.
Nazwa "Coffee Shop" wzięła się z (uwaga!!) Chin, gdzie istniały "Teahouses". A w nich sprzedawano opium. Stąd właśnie Holandia zaczerpnęła inspiracji.
Trzymaj się ciepło
Holandia po fińsku: Alankomaat 

Kadr z filmu "Twój Vincent" 

My i oni (后来的我们)


Cześć, moi, 你好!

Oryginalny tytuł /  pinyin: 后来的我们 / "Hou lai de wo men"
Angielski / polski: "Us and them" / "My i oni"

Tytułem wstępu

 Są słowa, które zdecydowanie nadużywam na tym blogu. I tym razem posłużę się jednym z nich, aby określić tę chińską produkcję.
ROZCZULAJĄCY.
Nawet teraz, kiedy jestem prawie po tygodniu od obejrzenia tego tytułu czuję, najprościej rzecz ujmując, smutek. Patrzę na te wszystkie kadry dodane w poście i nadal odczuwam wiele emocji związanych z główną parą bohaterów; Jianqing i Xiaoxiao, których będę wychwalać pod niebiosa.
  Wykorzystując sytuację, pochwalę się, że w końcu mam Netflixa i takim sposobem trafiłam na opisywaną produkcję. Zaraz po zakupie rzuciłam się na chińską twórczość. "My i oni" był moim pierwszym filmem, dlatego stwierdzam, że swoją filmową przygodę na tej stronie zaczęłam z impetem.
Przed seansem obejrzałam urywki i poczułam w nich coś w rodzaju, kurczę, chyba tak muszę napisać: sentymentu. Trochę się bałam z początku, bo zaczęło zalatywać komedią romantyczną, ale jak szybko przyszedł ten strach, tak szybko sobie poszedł.


Fabuła

Przejdźmy do fabuły, bo czuję, że zaczynam mieszać. Jianqing i Xiaoxiao to młodzi ludzie, zaczynający swoje odpowiedzialne, dorosłe życie. Przez przypadek spotykają się w pociągu i od razu zaprzyjaźniają. Chłopak zauważa, że jest ona inna od dziewczyn, które już zna, a Xiaoxiao znajduje w nim przede wszystkim wsparcie. Jesteśmy świadkami ich rozwijającej się relacji. I wcale nie jest ona nudna; różnica charakterów postaci dostarcza nam wiele przygód, problemów i starań zrozumienia drugiej strony. Co jak co, ale tworzą nietuzinkową całość.
Po latach spotykają się ze sobą, a te chwile wypełnione są górami, rzekami i nizinami emocji.

Moje, pandzie zdanie

Słucham muzyki Ludovico Einaudi i myślę o tym filmie, co samoczynnie przyprawia mnie o łzy. Nie przypuszczałam, że takie będą konsekwencje obejrzenia romansu. (Jak się okazało potem, to jednak melodramat.) Ale! Już się tłumaczę. Nie jest to byle jaki romans czy melodramat. Nie jest to nawet romans z serii romantycznych i ckliwych. Ani melodramat zrobiony na siłę, byleby płakać z błahych powodów co drugą scenę. Co to, to nie. To prawda, że produkcja przesiąknięta smutkiem, ale tym z rodzaju wyjątkowo dokuczliwych i dotykających. Na początku jest fajnie, jest sielankowo, bo dostajemy na tacy cały szereg wesołych, radosnych, a nawet szczęśliwych chwil, które produkują przywiązani do siebie przyjaciele. A potem, wyjątkowo wyjątkowa historia zmierzająca do permanentnej samotności.
To, co szczególnie zostało mi w pamięci to fakt, że Xiaoxiao była jedną z osób marzących o spokojnym życiu wypełnionym rodziną, stabilną pracą i codzienną, kolorową rutyną. Dlatego nieustannie szukała chłopaka i miała ich sporo, jednak jej związki nie były trwałe. A Jianqing na odwrót. On chciał osiągnąć sukces, chciał wielkich pieniędzy, chciał być szanowanym informatykiem i pójść w kierunku gier komputerowych. Wierzył mocno w to, że jeśli teraz klepie biedę, to dzięki jego celom, godzinom poświęconym wielu grom uda mu się zdobyć fortunę.

Stukam w tę klawiaturę i mam wrażenie, że zdania opisujące ten film brzmią tak prosto, jakbyśmy mieli do czynienia z filmem dla nastolatek i to tym z niższych półek, z oklepaną fabułą. I przyznam się bez bicia, że i ja tak myślałam przez chwilę. Nie do końca kusił mnie opis, bardziej obraz, muzyka, emocje wypisane na twarzach (i język mandaryński, chińskie ulice, wszystko chińskie!). A wcale nie dostajemy papki! Zaserwowano nam porządne kino, w którym możemy się wypłakać, pośmiać, przywiązać do bohaterów, bo trzeba uwzględnić to, że nie są oni irytujący. Są naturalni i naturalna jest relacja między nimi. 

Niesamowite i klimatyczne są też kadry. Podoba mi się zabieg kolorystyczny zastosowany przez reżysera Rene Liu. Podobnie wyglądało to w filmie Kar Wai Wonga "Happy Together", gdzie w tych szczęśliwych momentach ekran aż ociekał barwami, tętnił kolorami, a kiedy obserwowaliśmy przygnębiające, samotne okresy z życia postaci, to kadry stawały czarno-białe. Uwielbiam to, bo mam wrażenie, że reżyser jeszcze mocniej pozwala mi wgłębić się w myśli, stan przedstawionych ludzi. 


 Absolutnie subiektywne powody, dla których warto zobaczyć "My i oni": 

  1. Cudowne kadry oddające szczególność pokazanej historii.  
  2. Naturalnie przedstawieni bohaterowie. Przeurocza Dongyu Zhou. Należą się oklaski dla aktorów. 
  3. Emocjonalna relacja między dwiema młodymi osobami. Nie jest ani płytka, ani wyjałowiona. Raczej taka, która zostaje w głowie na długo i którą czuje się nawet po tygodniu od obejrzenia.
  4. Język mandaryński i wszystko powinno być jasne!!
  5. Łatwo dostępny: jest na Netflixie. 
  6. Muzyka, która przyśpiesza bicie serca. 
  7. Chińskie kino to zdecydowanie nie tylko sztuki walki. 
  8. Jeśli masz ochotę popłakać, to proszę bardzo!
  9. Mimo że, fabuła nie jest zawiła, to wciąga. 

Koniec

Tak ładny film zasługuje na ładny koniec recenzji, dlatego posunę się do tego, czego zwykle nie robię, czyli do cytatu niewyciągniętego bezpośrednio z produkcji.
"Mało kocha ten, kto potrafi słowami wyrazić, jak bardzo kocha."
 Dante Alighieri
Czuję, że jeszcze wrócę kiedyś do "My i oni". Urzekła mnie historia  Jianqing i Xiaoxiao. Oboje byli charyzmatyczni i na swój uroczy sposób się dopełniali. Nie jest to lekki film, jakby się wydawało przy pierwszych minutach. Złamał mi serce, a chyba najgorsze i najbardziej dotkliwe są sytuacje, kiedy dochodzi do tych złamań, chociaż wcale się ich nie spodziewamy. Gorąco polecam!

Ja wiem, znowu coś dla wrażliwców, ale obiecuję, że Netflix zobowiązuje mnie do obejrzenia paru filmów, w których jest więcej akcji, niech będą sztuki walki i w ogóle wybuchów. Mam w planach sporo wpisów związanych z Chinami, ale co z tego wyjdzie - nie wiem, zobaczymy. Czytam m.in. "Chiny bez makijażu" Marcina Jacoby'ego i jestem zachwycona także, jeśli nie pojawi się tutaj recenzja tej lektury - to też polecam, a co!
Wszystkiego dobrego

Recenzja:
Arvostelu
影评 (yǐngpíng) tylko odnośnie recenzji filmowych! 

Mity i legendy Chin | Huang Dehai, Xiang Jing, Zhang Dinghao


"Człowiek powstał jednakże głównie z gliny, a ona zawierała w sobie także błoto oraz fetor ziemi. (...) Fetor błota i ziemi pochodzący z ludzkich ciał stał się silniejszy i zaczał dominować, a dobra wola, którą ludzie otrzymali wraz z pierwotną esencją, została zduszona."
Hej, terve, ale przede wszystkim 你好!
  A dziś będzie dużo cytatów, ciepłych słów i krótka historia o pewnym altruiście. 
"Mity i legendy Chin - Epoka chaosu i bohaterów" to książka, na którą trafiłam całkowicie przypadkiem, będąc w Krakowie. Ale niewątpliwie była to miłość od pierwszego zobaczenia obrazów w środku. A zacznę właśnie od tego, od rzeczy dla mnie najpiękniejszej, czyli od wydania. Od ilości malarstwa, ceramiki, porcelany, płaskorzeźb i innych piękności pokazanych w "Mitach i legendach Chin". Do każdego z tych dzieł dodano opis - skąd, kto, czym, co opowiada, jaka legenda. Dlatego na początku podziwiałam, przeglądałam i czułam się jak w muzeum z zafascynowanym przewodnikiem. A potem zaczęłam czytać okryta kocykiem w kaktusy, wygrzewając się w słońcu. I nie wyobrażam sobie lepszego odpoczynku! 

"Tak oto z rozpadającego się ciała Pangu stopniowo powstała ziemia: każdy jej element zawierał część jego pierwotnej istoty, energicznie powiększając się jak sam Pangu, wtedy kiedy stał pomiędzy niebem a ziemią i doświadczał narodzin, starzenia się, choroby i śmierci." 

Z czym to się je? 

  Jako osoba, która wcześniej nie miała styczności z mitami Chin - stwierdzam, że jest to dobra pozycja na początek. Opisane zostały nawet takie podstawy jak chociażby yin (ciemność) i yang (światło). Dlatego ze spokojem można po nią chwycić, mając zerową wiedzę.
Dowiadujemy się, w jaki sposób Nüwa stworzyła człowieka i o tym, jak potem troszczyła się o niego:
"Nüwa stworzyła człowieka i dała mu życie, a potem pokazała, jak się mnożyć i zaludniać ziemię. Nauczyła go [człowieka] uprawy roli i innych prac. Wtedy poczuła, że może odpocząć." 
"Dzieci Nüwy znajdowały się w potrzasku. Wycieńczona bogini zebrała resztki sił, zanurkowała w największym z jezior, schwytała olbrzymiego żółwia i z jego czterech nóg wykonała filary podtrzymujące niebiosa."
  Poza tym, co doprowadziło do stworzenia instrumentów i po co one służyły. Kim był Wielki Yu czy Żółty Cesarz. Jak odkryto jedwab, a raczej która kobieta tego dokonała (z tym wiąże się szczególnie piękna legenda!). Pojawia się także historia związana z powstaniem chińskiego pisma. Raj dla osób lubujących się w mitologiach, sztuką, historią i przede wszystkim - w azjatyckim kraju, o którym mowa. 
Innymi słowy, mamy szansę dostać odrobinę wiedzy o Chinach i to przy udziale wyjątkowych obrazów, ale to nie wszystko; zdania są otoczone wyjątkową aurą. Nie brakuje kwiatów czy miłości. Wydaje się to być niczym szczególny, bo w końcu, pełno jest tego w literaturze. Ale! Tutaj dochodzi chiński, nietuzinkowy klimat, który miażdży czytelnika w ten pozytywny sposób. Rozmarza. Uwodzi. I aż chce się włączyć do tego wszystkiego tradycyjną muzykę z tegoż kraju. Miód na serce i zmysły! 
Jeden z obrazów znajdujących się w książce, a na nim pałac Pengdao Yaotai: 


  A powyżej znajduje się obraz Li Sixuna (651-716), który został wspomniany na jednej ze stron. 
Teraz niewielki fragment, aby pokazać jak piękne mogą być zawarte legendy, a w tym przypadku ta o Chang'e, która poleciała na księżyc:
"Dzień i noc tłukli słodki osmantus na księżycu, by otrzymać czarodziejskie lekarstwo, i kiedy aromat kwiatów osmantusa rozchodził się w powietrzu, nasiona spadły na ziemię. Wtedy księżyc świecił jasno, a zapach wypełniał ziemię jak cień śladów miłości." 
Ckliwe? Nawet bardzo! I w moim stylu. Oczywiście, nie brakuje brutalniejszych momentów, bo to w końcu mitologia, ale ta delikatność jakoś szczególnie nie gryzła się z tą, momentami wręcz, surowością podczas czytania. Powiedziałabym nawet, że przeciwnie. 

Parę ciekawostek mniej lub bardziej znanych:

  • "W kulturze chińskiej smok jest najwyższym symbolem."
  • "Ludzie z ludu Oroqen chowają swoich zmarłych w drzewach, wierząc, że są one medium za pomocą którego człowiek może wejść po śmierci do nieba."
  • "Starożytni Chińczycy wierzyli, że żuraw jest świętym ptakiem nieśmiertelności." (W ogóle dużo myśleli o nieśmiertelności.) 
  • "Bóg, zwany Sapiącym (Xu), oddychał w pewien szczególny sposób. Często robił wydechy, wdechy natomiast znacznie rzadziej. Kiedy wydychał powietrze, bogowie mogli zstąpić na ziemię przez bramę, a gdy robił wdech, ludzie - ci, którzy zasłużyli na to swoimi uczynkami - wchodzili przez nią do nieba." 
  • "Począwszy od czasów Zachodniej Dynastii Han (206 p.n.e. - 25 p.n.e.), jedwab był eksportowany w wielkich ilościach i stał się produktem dobrze znanym na całym świecie. Droga z Chin na zachód nazwana była przez Europejczyków jedwabnym szlakiem, a same Chiny Krajem Jedwabiu."
  • "Podczas  świąt i w czasie wolnym ludzie lubili spędzać ze sobą czas, dmuchając w zwinięte liście drzew lub bambusowe rurki i bębniąc w gliniane naczynia. Żółty Cesarz czuł, że muzyka jest nie tylko miła sercu, ale stanowi też część czegoś ważniejszego."
  • "W historii rozwoju kultury chińskiej wszystko, co związane z początkami rolnictwa lub z roślinami przypisuje się Shennongowi.


Bóg medycyny

  Teraz będzie trochę o Shennongu, bo jest to postać, która szczególnie zapadła mi w pamięć i to nie tylko dlatego, że zajmował się roślinkami, ale również ze względu na jego dobroć i chęć poświęcenia się.
Nazwano go "bogiem medycyny", ale cóż on takiego wielkiego dokonał? Ano, dokonał! Umarł po zażyciu trucizny i to dosyć boleśnie, bo książka przedstawia to tak: "jego wnętrzności rozpadły się na kawałki, a z nosa i ust trysnęła krew". Shennong wraz ze swoimi przyjaciółmi zapragnęli znaleźć sposób na wykorzystanie trucizn, a musimy wiedzieć, że choroby dziesiątkowały wtedy setki ludzi. Zmuszeni byli więc zidentyfikować trucizny, jakie znajdowały się w roślinach. I bohater tej historii postanowił wziąć sprawę w swoje ręce. Robił za królika doświadczalnego, co, jak możemy się domyślić, spowodowało mocny uszczerbek na jego zdrowiu. 

Wracając jeszcze do jego śmierci. Na górze Yanling odkryto dziwną roślinę i jeden z młodych ludzi, pełen zadowolenia, wpadł na pomysł, że roślina mogłaby wyleczyć Shennonga z zatrucia. I my już niestety wiemy, jak się to skończyło.
Czytając o tym, w głowie miałam drugiego wielkiego wielbiciela roślin - Alexandra von Humboldta. 

"Gdy Shennong nauczył już innych, jak sadzić i zbierać plony, zapragnął zbadać trującą zawartość roślin, aby ustrzec ludzi przed otruciem, gdy przez pomyłkę zjedzą coś, czego nie powinni. W tym celu osobiście kosztował różnych ziół, bylin i kłączy i w ciągu całego swojego życia określił właściwości prawie wszystkich znanych roślin świata. Odtąd ludzie wiedzieli, których powinni się wystrzegać, i dzięki temu nie umierali z ich powodu."

Warto? 

  Nie zastanawiałabym się drugi raz, oj nie! Zresztą, tak, jak na początku napisałam, samo wydanie jest sztuką. Widać dbałość autorów o każdy szczegół, a pasjonatów cenię sobie bardzo.
 Moim zdaniem, książka jest warta i czasu, i pieniędzy. Miło było zamknąć się na chwilkę w tym fantastycznym świecie razem z np. niesamowitym Houyi, który pokonał cztery złe potwory, pożerające ludzi, aby chwilkę potem przejść do jego miłości, opisanej w dość lakoniczny sposób, ale  wciąż wielkiej miłości, a ona wcale nie potrzebowała wielu słów. 
Poza tym, ta książka jeszcze mocniej uświadomiła mi, dlaczego właśnie Chiny. Historia tego kraju jest tak rozległa, bogata i inna, że wręcz automatycznym nazwałabym chwytanie przeze mnie literatury z Kraju Jedwabiu i tym samym mnożeniem wiedzy. A co! Na swój rozwój trzeba wydawać pieniądze.
No, a jaka mitologia posiada w swoim asortymencie kobietę, którą do ciąży trwającej trzynaście lat, doprowadziło odbicie wielkiej stopy?
Wszystkiego dobrego!

Chiny: 
Kiina
(zhōngguó) 中国

5 chińskich filmów, które uwielbiam


Cześć, moi, a przede wszystkim: 你好!
Kocham kino, dlatego gdy zaczynam fascynować się danym krajem, to prędzej czy później zaczynam wielką eksplorację kinematografii tego narodu. Chiny to jedna z moich największych, obecnych miłości. Szybko okazało się, że i chińskie filmy są zdecydowanie dla mnie. Jest to kino inne, nietuzinkowe i wciągające. W dodatku bardzo często zakrapiane chińską operą, co stanowi wisienkę na torcie. 
Dlatego wysyłam Ci moją miłość do filmów z tego kraju. Mam nadzieję, że któryś z podanych przeze mnie tytułów zainteresuje Cię. A jeśli sam znasz dobrą chińską albo ogólnie azjatycką, albo z jakiegokolwiek kraju produkcję, to koniecznie proszę o tę szczyptę miłości do filmu od Ciebie! 


Żegnaj moja konkubino 

Klasyk! Z tym filmem wiążę szczególne emocje. Nie tylko ze względu na to, że jest to tytuł, który w ogóle wprowadził mnie w chińskie szeregi, ale również na litry łez, jakie wylałam podczas seansu, na zachwyty nad kostiumami, na grę aktorską, a przede wszystkim - na historię. Niezwykłą, przejmującą historię.
Akcja dzieje się w Pekinie, w latach 1924-77, a wszystko krąży wokół opery i przyjaźni między dwoma mężczyznami, którzy razem wychowywali się w niezwykle surowej, przerażającej szkole aktorskiej. Poddawani są wycieńczającym treningom, które mają sprawić, że chłopcy staną się idealnymi śpiewakami operowymi. Cheng Dieyi jest postacią bardzo oddaną swojej pracy, uważa ją za sens życia i odnoszę wrażenie, że to sprawia, iż zaczyna ograniczać jego scenicznego partnera - Xiaolou. 
Mamy tu parę historycznych wydarzeń; m.in. rewolucję kulturalną. Poza tym, jest to produkcja, która rozkochała mnie w chińskiej operze, jakże osobliwej, pięknej, symbolicznej! Dużo psychologii, dużo refleksji, a bohaterowie skomplikowani w swoich czynach, a w szczególności zagubiony Dieyi, który nie widzi świata poza teatrem i swoim kocham Xiaolou - mężczyzną chcącym żyć normalnie ze sympatią Juxian. 
Całość jest niejednoznaczna, momentami brutalna, ale w tym wszystkim jednak piękna i przeraźliwa. Pokazująca, ile człowiek jest w stanie zrobić, aby osiągnąć swój cel i zatrzymać przy sobie osobę, która wcale nie chce z nim być "na wieczność." 
No i kurczę, Leslie Cheung w swojej roli jako Dieyi niezastąpiony. Warto zobaczyć nawet tylko dla niego i pozachwycać się osobliwością tego filmu.


Zawieście czerwone latarnie

 Jest 1920 rok. Akcja dzieje się w północnych Chinach. Młoda Song Lian po śmierci ojca wie, że nie ma szans, aby udać się na studia, dlatego zostaje zmuszona wyjść za bogatego, starszego mężczyznę. Jej przyszły mąż Chen - ma już trzy inne żony, które mieszkają w jednym zamku i konkurują ze sobą o względy małżonka. Wiedzą, że dzięki jego sympatii są silniejsze niż reszta.
Kolejna produkcja z lat 90. Film pełen czerwieni i przesiąknięty smutkiem, a do tego wszystkiego znajdziemy tam elementy opery. Niejednobarwne postacie, wiele zwrotów akcji i niezwykła scenografia szczególnie w ostatnich scenach, które sprawiają, że człowiek oniemieje na ich widok. Straszne życie kobiet uzależnionych od jednego mężczyzny. Cierpienie, które poruszy każdego z oglądających. Bo jak można obojętnie wpatrywać się w człowieka siedzącego w "więzieniu", kiedy wcale nie zrobił niczego złego?
Wszystko utrzymane w kolorach czerwieni, co wydawałoby się błahostką, a jednak ta głęboka czerwień dodaje klimatu. Klimatu do przerażających, frustrujących scen. Nie ma w tym filmie miejsca na ludzką godność.
Polecam również soundtrack. Mnie zachwyca za każdym razem. Otula mocnym, pięknym głosem i motywuje do robienia wyjątkowych rzeczy.


Wszyscy albo nikt 

To z kolei produkcja bardziej familijna, która wpadła mi w ręce przez przypadek, a mianowicie: słuchając soundtracku na YouTube i zakochałam się w nim momentalnie. Ta melodia może jest znacznie inna od tej z "Zawieście czerwone latarnie", ale równie emocjonalna i brzmiąca raczej przygodnie. A po seansie staje się jeszcze bardziej wyjątkowa. 
Akcja dzieje się w biednej wsi położonej w górach, gdzie funkcjonuje niewielka szkoła. Jednak pewnego dnia nauczyciel musi wyjechać do swojej chorującej matki, a sołtys podejmuje decyzję, aby zastąpiła go nastoletnia Wei Minzhi. Zostaje jej postawiony warunek: jeśli do powrotu nauczyciela, żaden uczeń nie wypisze się ze szkoły - dostanie zapłatę. Jak możesz się domyślić, jeden z jej podopiecznych ze względu na biedę, musi wyjechać, aby pomóc swojej rodzinie. Dziewczyna rusza za nim do wielkiego miasta. 
Produkcja, która uczy pokory, a przynajmniej mi poszerzyła horyzonty myślowe, a na kredę do tablicy patrzę w nieco inny sposób. Kiedy nauczyciel wyrzuca niewielki fragment kredy do kosza, od razu przypominam sobie ten film. Idealny na sobotni albo niedzielny, leniwy wieczór. Nie trzeba nad nim dużo myśleć, a wywołuje wiele uśmiechu na twarzy, a sama nawet płakałam na koniec. Dobra rzecz na rozluźnienie, nieważne, w jakim humorze się jest.


Happy Together

A to już nie jest film dla wszystkich. Raczej dla osób, które wolą nieco bardziej psychologiczne rzeczy. Dużo symboliki. Przygnębiający obraz rzeczywistości, gdzie barwy wszystkiemu nadaje drugi, ważny dla nas człowiek. I właśnie kolory: na nie warto zwrócić uwagę w tym filmie. Na samym początku dostajemy czarno-biały ekran, później zaczyna nabierać barw, żywych, pięknych barw, a z jakiego powodu, to zachęcam do przekonania się! I niech Cię nie zniechęcą pierwsze sceny. Produkcja wyjątkowa na swój oryginalny sposób.
"Happy Together" opowiada o relacji między dwoma mężczyznami. Akcja dzieje się w Ameryce Południowej, gdzie Lai Yiu-fai rozpoczyna pracę w barze. Nie posiada ekskluzywnego mieszkania, nie inwestuje w swoją przyszłość w Argentynie; zbiera pieniądze na to, aby wrócić do Chin. Jednak jego były partner Ho Po-Wing krzyżuje jego plany.
Ciężki, surowy film. Z genialnymi aktorami (znowuż Leslie Cheung!) i z przygnębiającą atmosferą, która zostawia w pamięci ślad po sobie.


Żyć!

Ciężko mi napisać o tym, o czym był ten film. Działo się w nim wiele rzeczy, wiele istotnych kwestii, które poruszały moje pożarte szkołą serduszko. Jednak z czystym sumieniem mogę napisać, że jest to jeden z przedstawicieli porządnego, chińskiego kina.
Mamy ukazaną rodzinę. Bogatą rodzinę, która jednak przez jednego z jej członków traci cały dobytek. Znowu pojawia się tutaj motyw rewolucji kulturalnej, hazardu i walki, aby wyjść cało, aby przetrwać. Do tego dochodzi rola matki i ojca i ich poczynania, gdy okazuje się, że jedno z dzieci tej pary cierpi i nie jest do końca sprawne. Film uczy szacunku do pieniędzy i ludzi, którzy szczerze się o nas martwią.
Genialna Li Gong, która, jak w przypadku "Zawieście czerwone latarnie" czy "Żegnaj moja konkubino" hipnotyzowała, oddała się tej roli w sposób niezwykle emocjonalny i piękny. Dlatego mogę przyznać, że jestem zakochana w jej talencie. Oglądanie sztuki, jaką daje nam Li Gong na ekranie to sama przyjemność.
Sam film jest na bardzo dobrym poziomie, akcja dzieje się na przestrzeni wielu lat, przez co dla mnie związanie się z bohaterami było jeszcze łatwiejsze - poznałam większość ich ciężkiego życia, przez które szli imponująco odważnie.


Koniec końców 

Wyszło na to, że każdy film, który tu podałam pochodzi z lat 90. Z całego serca polecam wszystkie tytuły, ale dodam, że jednak dla mnie najpiękniejszą i najważniejszą produkcją jest "Żegnaj moja konkubino", bo jest to niepowtarzalna sztuka, wyjątkowa, potężny wyciskacz łez i w ogóle pełen emocji i to takich, z którymi nie mogłam sobie poradzić. 
Podkreślam, że kino chińskie jest inne niż to, do którego większość z nas została przyzwyczajona. Niektóre rzeczy są nietypowe, czasem nawet podchodzące pod te komiczne w naszej świadomości, mimo że wcale nie powinny takie być, ale da się do tego przyzwyczaić, a wręcz pokuszę się o stwierdzenie, że atrakcyjniejsze pod wieloma względami wydaje mi się to kino. Warto przekonać się samemu i proszę daj mi znać, jeśli obejrzałeś/aś jedną z wymienionych produkcji albo podziel się ze mną innym tytułem, który szczególnie Cię poruszył. 
Trzymaj się ciepło!
Ps. pierwsze i ostatnie zdjęcie to kadry z filmu "Żegnaj moja konkubino"
Zdjęcia z google grafika
Kino: 
Elokuvateatteri
电影院 (diànyĭngyuàn)