Trzecia z mojej rupieciarni

Dzień dobry wszystkim! 大家好!

Uważał, że „Kruki nad łanem zboża” to wyraz najczystszej samotności połączonej z brakiem zrozumienia ze strony otaczających osób. Dlatego nigdy na niego nie spoglądał z pełną świadomością. Raz, gdy nie zdołał opanować płynącej refleksji, która była skrajnie melancholijna, zrozumiał Vincenta. Przynajmniej tak mu się wydawało. Może było to wynikiem chęci odnalezienia kogoś, kto zrozumiałby jego stan psychiczny? A jaki jest łatwiejszy sposób na poczucie jedności z drugim człowiekiem niż ubogacenie biografii zmarłego poprzez dorzucenie własnej interpretacji?

Wpatrywał się w kontrastowe kolory, na ekspresyjne pociągnięcia pędzlem oddające wrażliwość Holendra. Ivo wyobrażał sobie swoje ciało pod krukami. Czuł na dłoniach taniec źdźbła pszenicy, a w głowie ciężar myśli van Gogha. Czy wiedząc, co robił źle, dostałby więcej otulających słów od mieszkańców Arles? Czy wtedy samotność mogłaby się stać wyborem, a nie koniecznością?

Myślał „Vincent”, ale tak naprawdę tożsamość tego artysty była równoznaczna z jego własną. W związku z tym, pytanie, czy koniec van Gogha wyglądałby inaczej, gdyby ludzie nie wywoływaliby w nim wstydu bycia takim, jakim był?, w rzeczywistości oznaczało, czy spokojniej zasypiałby, gdyby ON żył bez wiecznej krytyki jego osobowości i zamiłowań?

Gdybanie stawało się męczące. Męczyło, bo uświadamiało, a nie wolno egzystować bez fantazyjnej mgły. Lepiej mieć obsesje, lepiej myśleć całymi dniami o szyciu dla lalek, lepiej nie oddawać się społecznym regułom cicho mówiącym, że oryginalność i ekscentryczność jednostki nie wymaga pochwał i zwykłej serdeczności. Inność to nie wariactwo. To po prostu rzadkość spotykania czegoś. Nie jest to bardziej niebezpieczne albo mniej atrakcyjne. Nie jest to ani bardziej, ani mniej.

Kruki doprowadziły go do łez. Wystraszył się, że zdania pocieszenia to jedynie utopijna wizja. Albo nielegalna próba usprawiedliwiania swojego dziwactwa.

Dlatego słowa Unikko wpłynęły na niego rewolucyjnie. Samo istnienie zielonej osoby było wstrząsające. Nie z racji tego, że skórę miał koloru trawy. Nie, nie, nie. To bez znaczenia. Unikko objął jego indywidualność i pokochał, nie sądząc, że jest dziwna tylko piękna. Co najważniejsze, nie musiał za to dziękować, a wręcz nie powinien.

Mimo to, sądził, iż nadal spokojniej nie spoglądać ani nawet nie przypominać sobie o tym obrazie Vincenta. Łatwiej funkcjonował bez emocjonalnie poważnych rozważań, które stały się synonimem walki.

O tekście słów kilka

Od marca piszę "coś większego". Idzie mi to powoli, robię sobie do tego playlisty na Youtubie, dużo notatek tworzę, bo takie rzeczy powymyślałam, że teraz muszę zaczytywać się w historię Meksyku, ale może to i dobrze, bo to kraj z ciekawymi tradycjami. 
To, co tutaj udostępniam, to pierwszy fragment, który napisałam. Jest próbą. Jak to wszystko! 

Odkrycie tygodnia: 

"Portret Jana Stryjeńskiego" został namalowany przez mamę Jana - Zosię Stryjeńską. Zaskakuje mnie to, iż obraz powstał w 1938 roku, mimo to wygląda bardzo współcześnie. Dodam jeszcze, że prawdopodobnie to wstyd, ale nigdy wcześniej nie słyszałam o tej artystce. A jestem nią zaintrygowana! 
Trzymajcie się ciepło,
Panda Fińsko-Chińska

Druga z moich rupieciarni


  Cześć, moi, 你好!
  Brakuje mi ostatnio czasu. Ciągle coś robię i nawet zaczęłam tworzyć listę tego, co mam do zrobienia konkretnego dnia, a nigdy to u mnie nie działało. A właśnie minione tygodnie pokazały mi, jak bardzo potrzebuje uporządkowania. Nie tylko w kwestii działań. 
Dawno też nie pisałam: ani opowiadań, ani wierszy, jedynie recenzje do szkolnej gazetki. Dlatego z dumą i ze śmiechem jednocześnie przychodzę do Ciebie dziś z pierwszym rozdziałem mojego małego planu. Nic poważnego. Chęć rozluźnienia, wylania z siebie słów, wyjścia z rzeczywistości, która jakoś dziwnie mglista u mnie. Na ulgę po prostu. A co lepiej poprawi humor jak nie pisanie o wróżkach? 
To trochę absurdalne ze względu na to, że sama dużo fantastyki nie czytam. Ale miałam ochotę na wróżki, no to są! Kupiłam ładny zeszyt z tukanem, dwa długopisy: czerwony i zielony. Starter pack do pisania został stworzony. Teraz tylko pisać - a tego przyprawiało mnie o ciarki. 
Bałam się, bo opowiadania nie szły mi przez długi czas. Zatrzymywałam się na piątym zdaniu i basta. Dlatego kiedy tydzień temu zaczęłam pisać i końca nie widziałam po prawie 200 słowach, stwierdziłam, że to własnie TA chwila, kiedy ja pokonałam kartkę, a nie na odwrót. 
Nieważne, że nie jest to najlepsze ani może nawet dobre. Ważne, że te słowa poniżej dały mi chwilę chwały, dumy z siebie i wcześniej wspomnianej - ulgi.


   Naparstnice służyły melancholikom. Gdy Hiacynta dopadła tę wiadomość, ruszyła w kierunku alei wypełnionych tychże kwiatami. A nie brakowało ich. Naparstnicom niewiele czasu zajmowało, aby rozsiać się po całym wzgórzu. Dlatego o aleję dbało paru wróżków i jeden człowiek, który swoimi czarnymi ciuchami i przepaską na włosach, raczej odstraszał nadnaturalnych. Wystarczyło jednak jedno wypowiedziane zdanie związane z kwiatami, a przerażający człowiek zaczynał eksponować swoją monumentalną, ogrodniczą wiedzę. A to imponowało każdej wróżce i każdemu wróżkowi. Hiacyncie w szczególności.
Jej zielono-białe skrzydła zawsze zwracały uwagę alejowych przechodniów. Spowodowane to było ich kolorem: zieleń i biel oznaczały wyjątkowego ogrodnika, do którego Hiacynta spektakularnie dążyła.
Kiedy stanęła przed stosem wyrzuconych naparstnic, zaczęła je przebierać, poszukując tych najbardziej okazyjnych. Nie po to, aby zdobiły salony, a żeby ich gorzki smak był odczuwalny i do tego palący, co w rezultacie oczyszczało. Niektórzy nieco bardziej kontrowersyjni wróżcy badacze i ogrodnicy twierdzili, że naparstnica oczyszcza nie tylko organizm, a i umysł szoruje ze złych myśli. I o tę tezę chodziło Hiacyncie.
Była uzdolnionym zielarzem, ale nic, co wychodziło spod jej rąk, nie pomagało młodszej siostrze wróżki  - Carrot. Carrot stanowiła ciężki przypadek. Jej kalectwo polegało na kolorze skóry. Wróżki barwiły się dokładnie tak, jak ludzie, ale kobieta wychodziła poza standard. Zamiast tego przykuwała uwagę swoim jaskrawo-pomarańczowym kolorem. Ale sama barwa to nie problem, a to, co się z nią wiązało. Gdyby jej pomarańczowa skóra spotkała się z promieniami UV, zapłonęłaby.
Dziwactem Carrot były też skrzydła. Szare, bo takie wyrosły kobiecie, zdarzały się, ale niezwykle rzadko. Świadczyły one o artystycznej duszy. W tej kwestii, a także w wielu innych, rodzice podjęli za nią decyzję, przytwierdzając własną córkę do fortepianu. Po spotkaniach z wróżkowymi psychologami uznali to za najbardziej racjonalną opcję. Szkoda tylko, że Carrot nie uczestniczyła w żadnej z tych rozmów.
Rodziców szczególnie przekonał jeden argument, który mroził im kolorową krew w żyłach. Mianowicie Carrot nigdy nie popełni samobójstwa, próbując wyjść na dwór.
To również oni odpowiadali za jej anglojęzyczne imię. Swoje dwie poprzedni córki nazwali Jukka i Hiacynta, ale patrząc na nowonarodzony skarb, uznali, że nazwanie ją „Marchewką” sprawi, iż nabierze dystansu do tego, jaka się urodziła. Jednak po polsku brzmiało to dla nich idiotycznie. Marchewka? To raczej wzbudzało zażenowanie w wróżkowych rodzicach.
Jak się po latach okazało „Carrot” również było idiotycznym pomysłem. Bowiem kiedy mała wróżka dowiedziała się, co oznacza jej imię, rozpłakała się. A na marchewki nie mogła patrzeć przez dobry rok, bo na ich widok miała łzy w oczach i nabierała rumieńców ze złości. Wyglądała wtedy jak wygrzewająca się brzoskwinia.
Nawet nie było mowy o zmianie imienia. Wróżkowa godność nie pozwalała na to. Dla nich równało się to z odrzuceniem siebie, swoich tradycji i rodziny.
Była skazana na „Marchewkę”.
Kolejnych ataków płaczu dostała, kiedy sprowadzony z Włoch wróżek, rzucał na nią aurę, wypowiadając zaklęcie w jego ojczystym języku. Po pierwsze, dlatego że nie wyglądał przyjemnie i śmierdział. Po drugie, dlatego że to oznaczało zapieczętowanie decyzji o fortepianowym życiu dziewczynki.
Jak się potem okazało, włoski wróżek miał wyzbyć z Carrot potrzeb fizjologicznych. Tamtego dnia, najstarsza z sióstr, Jukka,  zobowiązała się, aby każdego wieczoru za pomocą paru słów oczyszczać ciało i ciuchy najmłodszej z rodzeństwa.
To wszystko doprowadziło do tego, że Carrot spędzała godziny w samotności. Czasem zajrzała do niej Jukka albo Hiacynta. Od czasu do czasu pojawiał się też Robert, czyli rudy, wąsiasty mężczyzna. Z początku przychodził do niej jako psycholog, ale po paru miesiącach zasłużył na pasowanie go przyjacielem.  Za to w soboty spędzała parę godzin z ludzkim nastolatkiem imieniem Dawid, który dostawał od wróżki lekcji gry na fortepianie. A trzeba wiedzieć, że pomarańczowa wróżka to istota wybitna, jeśli chodziło o wydobywanie dźwięków z tego instrumentu. Choć nie był on dla niej wyzwalający ani pocieszający wręcz przeciwnie. Fortepian symbolizował jej niewolnictwo. Przypominał o beznadziejnej sytuacji życiowej. Był samotnością. W dodatku tą z rodzaju ciągłych.
Hiacynta wiedziała, że lekiem może być tylko wolność, a nie ziołowy nawar. Mimo to, próbowała brnąć dalej w uszczęśliwianie siostry w roślinny sposób. Musiała tylko upewnić się, że nerki Carrot funkcjonowały normalnie. Naparstnice mogły być rozwiązaniem. Jeśli jednak nie były wydalane, to gromadzenie ich doprowadzało do śmierci. 
Hiacynta starała się na wszelkie sposoby rozweselić pomarańczową siostrę. Nie tylko przez wytwarzanie ziół ani dzięki rozmowom, ale ogrodniczka sprowadziła dla Carrot dwa pieski i kotka. Wiedziała, że kocha zwierzęta i rośliny. Na jej fortepianie znajdowało się wiele orchidei.
- Malwa należy do Quosta. Jeannin to peonia, a ja orchidea – powtarzała wróżka inspirując się słowami Vincenta, do którego lgnęły słoneczniki.
A te słowa zawsze burzyły Jukkę. Oskarżała siostrę o brak szacunku i miłości do swojej rasy.
- Dlaczego zawsze wymieniasz przykłady ludzkich artystów? – dopytywała pełna pretensji.
Jukka to też był ciężki orzech do zgryzienia. Z całej trójcy ona najbardziej przypominała rodziców. Nie tylko pod względem charakteru, ale także skrzydeł.
Mamie i tacie wyrosły ciemno-fioletowe narządy lotu. A to nie byle co! Zatem Jukka szykowała się w kierunku politycznej, przedsiębiorczej lub urzędniczej przyszłości. Wybrała tę trzecią opcję. Znowuż podobnie jak rodzice.
Co prawda, ogrodnik czy zielarz nie zarabiał mało, ale to dzięki najstarszej siostrze reszta mogła żyć w materialnym luksusie.
Jukka, chociaż próbowała być skrajnie ułożona i elegancka, była pełna sprzeczności. Nigdy z nikim nie związała się.
- Po prostu nie znalazłam nikogo wystarczającego. Zdaje się, że współczesne wróżki próbują dosięgnąć ludzkiej głupoty – sztucznie powtarzała, a i tak każda z nas wiedziała, że Jukka panicznie bała się związków.
Mimo to, pracowała we wróżkowej, krakowskiej gminie, zajmując się sprawami cywilnymi.
Jak rodzice, sądziła, że najlepsza rodzina to tradycyjna, wróżkowa rodzina. Co między innymi oznaczało, iż trzy siostry zostały skazane na to, aby mieszkać ze sobą do śmierci. To wróżek miał obowiązek wprowadzić się do wróżki, a krzywo patrzono na braci żyjących pod jednym dachem po osiągnięciu dorosłości. Odbierano ich za nieodpowiedzialnych albo nieudanych. Bo jak nie można obtoczyć się czerwoną aurą po tylu latach życia?
Dlatego Jukka patrzyła nieprzychylnie na „sobotniego”, jak go nazywała, Dawida. Ludzie zawsze byli dla niej aroganccy i jacyś niedorzeczni, ale w przypadku nastolatka miała wręcz pewność, że chłopak chciał skrzywdzić Carrot. Pył pod jej skórą aż wrzał, gdy oczy najstarszej siostry dostrzegły wątłą postać z falą blond loków. Wiedziała, że te infantylne ciuchy chowały pod sobą diabła.
 Jednak pozwoliła mu przychodzić ze względu na samą Carrot, która uwielbiała 17-letniego chłopca. Jakby sobotnie lekcje stanowiły sens życia wróżki. A zabierając komuś jedyny cel w życiu, pozbawia się go snu. Spokoju. Ochoty. Dobroci. I życia. Po śmierci rodziców czuła się odpowiedzialna za pomarańczową skórę wróżki.
Nie mogła tego zrobić jej kochanej siostrze.
Chciała być tak opiekuńcza jak rodzice i niejako skończyć to, co zaczęli. Chociaż wiedziała, że za każdym razem, gdy Dawid przekraczał próg domu wróżków, dotykał Carrot, przynosił jej ciasta, to rodzice Jukki klęli na nią za martwą tęczą.
- Ale oni są już jak dęby – powiedziałaby Hiacynta, gdyby Jukka z nią porozmawiała – tylko im zostało patrzeć przez wieki.


Notatnik:
Muistikirja
(bù zi) 簿子

Jedna z moich rupieciarni

Dzień dobry, hyvää huomenta, 你好
  Pierwszą swoją poważną książkę napisałam, gdy chodziłam do trzeciej klasy szkoły podstawowej. Wypisałam wtedy cały zeszyt 32-kartkowy, który na okładce miał rudą dziewczynkę z kręconymi włosami i to właśnie o niej była opowieść. Po zakończeniu mojego wielkiego projektu, pobiegłam do mojej wychowawczyni i oddałam jej moje wypociny do sprawdzenia. Zeszyt nie wrócił do mnie, ale mimo wszystko, duma jaka mi wtedy towarzyszyła nadal tli się w czeluściach mojej głowy.
  Pisanie to wyżywanie się. Stukasz w tę klawiaturę, nawet czasem nie myśląc, co dokładnie piszesz, ale wiesz, że te zdania oczyszczają każdy kłębek, który potem chciałby się przeistoczyć w, być może, gorsze samopoczucie. Tak przynajmniej jest ze mną. Gdy, cytując Konrada z "Dziadów", tworzę nieśmiertelność jest mi najzwyczajniej w świecie lepiej.
Dlatego chcę podzielić się z Tobą kawałkiem tego, co czasem wypiszę w zeszycie. Inspiracja do tego fragmentu; "Pasja życia", czyli niesamowita biografia Vincenta van Gogha.


         W poprzednim wcieleniu, jeśli reinkarnacja istniała, musiała być motylem. Poruszała się zwinnie, ale odnosiło się wrażenie, że ludzie płoszyli ją, sprawiali, że natychmiastowo uciekała. Oczy za to miała kocie, jasnobrązowe i wędrujące po gabinecie. Nieśmiałość była jej wizytówką, podobnie jak podkręcone, ciemne włosy i dłonie pianisty.
         Wstałem i podałem jej rękę.
― Dzień dobry – zacząłem. – Kasia, dobrze pamiętam?
― O nie, nie! – zaprotestowała. Po tych słowach wiedziałem, że pomyliłem się, co do jej nieśmiałości. – Tylko nie Kasia. Proszę mówić mi Urszula, byłabym wdzięczna.
Uścisnęła moją dłoń. Była chodzącą słodyczą, dlatego intrygowała mnie. Takie osoby stanowiły idealny kontrast – choć lukier na zewnątrz to próchno w środku. Miałem nadzieję, że z jej ust padnie coś złego.
         Niepewnym ruchem poprawiła żółtą sukienkę na sobie i usiadła na kanapie. Gdy usadowiłem się naprzeciwko niej, rozpocząłem, uśmiechając się:
― Wybacz, że o to zapytam, ale dlaczego Urszula?
Widziałem po jej twarzy, że lubiła to pytanie; rozpromieniła się i oczy nabrały blasku, jakby stały się bardziej pewne siebie. Znowu poprawiła sukienkę.
― Podoba mi się dużo bardziej i mam wrażenie, że pasuje do mnie – odpowiedziała z nieukrywaną dumą. – Poza tym…kojarzy mi się z pewną osobą, nieważne. Proszę mówić mi Urszula i żadnych zdrobnień, dobrze? One mnie brzydzą.
Jej słowa mogłyby się wydawać atakujące, władcze, ale ton głosu dziewczyny był melodyjny, owiany sympatyczną aurą, przez co słuchało się chętnie, ale niekoniecznie chciało skupiać przy tym nad treścią.
Miała też wyraziste piegi i ciemne oczy. Twarz jakby wyjęta z jednej z disneyowskich bajek.
         Zapoznawanie się nie zajęło nam długo. Uwielbiała mówić o sobie; nie za bardzo słuchać, ale nie miało to większego znaczenia w tamtej chwili. Oboje rozkoszowaliśmy się sobą w gabinecie; ona przez mówienie, ja przez moją ciszę i jej melodyjny hałas.
― Mam wstręt do ciuchów, które mają inny kolor niż żółty – mówiła. – Czuję się brzydka, jakaś wyblakła w czerwieni, niebieskim czy bieli. Kocham żółte sukienki! Chciałabym chodzić tylko w nich.  Odczuwam, że jestem wtedy bardziej urocza, że uśmiecham się samymi ciuchami. Moi rodzice, jako oddani fani czerni, bieli czy szarości, krytykują mnie za moją żółć, ale proszę pana! Chyba mamy poważniejsze problemy niż ubrania swoich dzieci, które są już po dwudziestce, prawda? Mogliby zadbać o moją głowę, a nie garderobę.
― Rozumiem, że twoje relacje z rodzicami nie są najlepsze.
Zamyśliła się. Myślami przebiegała galaktyki. Miałem wrażenie, jakby analizowała każdy fragment ze swojego dzieciństwa.
Po chwili skrzywiła się i uśmiech szybko nie wrócił na jej usta.
― Nie lubię myśleć o nich, o tym, że z nimi mieszkałam. W ogóle nie przepadam za swoją przeszłością. – Znowu zatrzymała się na chwilę, aby pozbierać wszystko w głowie. Trwało to parę minut. Patrzyła się wtedy na paprotki. Kochałem te rośliny, byłem pewien, że to one między innymi ułatwiały mi pracę; pomagały ludziom zaufać. – Jestem im wdzięczna za Vincenta.
― Vincenta?
― Tak, Vincenta van Gogha. Moi rodzice interesują się sztuką i dawkowali mi ją od najmłodszych lat. Teraz pan rozumie? To absurd, że ludzie, którzy mają takie zainteresowanie za każdym razem ubierają się jak na pogrzeb, a na ich twarzach maluje się powaga większa od Panoramy Racławickiej. Ich charaktery są adekwatne do wyglądu.
― To wszystko sprawia, że chcesz być inna od nich?
― Ja jestem inna od moich rodziców!
To zdanie, choć pełne złości, powiedziała zadziwiająco cicho; nie tyle nie była pewna słuszności wypowiedzianych słów, ale jednak coś powodowało, że popadła w niewielką rozpacz, która odbierała jej pewność siebie.
Widząc, jak wcześniej ucieszył ją Vincent, dopytałem o niego. Urszula zaczęła nie tylko ożywać, ale również emanować euforią.
― Och, mój Vincent! – Oczy zakochane, ciało i umysł obtoczone głęboką miłością. – Za mojego artystę jestem wdzięczna rodzicom. Rozpoczęłam z nim romans bardzo młodo. Teraz czuję, jakbyśmy byli starym małżeństwem po wielu przejściach. To osoba, z którą mogłabym rozmawiać godzinami, inspirować się nią, patrzeć na jego obrazy dniami i nocami, zachwycać się nimi na nowo i myśleć o nim.
Ucichła i nie przestawała się uśmiechać. Miała dołeczki w policzkach i coraz smutniejsze oczy, co kontrastowało z jej ustami.
         Urszula skrzyżowała ramiona i wydawałoby się, że tym gestem odgrodziła się ode mnie. Jakby przeżywała w głowie coś wspaniałego, jakby rozmawiała z samym Vincentem, jakby naprawdę czuła jego obecność. Zarumieniła się, przez co jej twarz nabrała łagodniejszych rysów. Oddychała ciężko. Dziewczynie zajęło paręnaście dobrych minut, zanim przypomniała sobie o mojej obecności. Spojrzała wtedy na mnie przestraszona. Kolejne chwile mijały, a ona próbowała w tym czasie zabrać głos, ale kiedy zadawałem jej pytanie – milczała. Wiedziałem jednak,  że walczyła o słowa.
Pustym wzrokiem wpatrywała się w podłogę. Nerwowo bawiła się palcami. Zastanawiałem się, dlaczego zabierał z niej życie; dlaczego ona dawała się zawładnąć? Potrzebowała kogoś, kto zająłby się nią? Wyczuła w nim tę samotność, którą ona odczuwała równie mocno?
―Vincent? – zapytałem po następnej dłuższej przerwie.
― Vincent – odpowiedziała w końcu.
― Czego on chce od ciebie, Urszulo?
― Chce, żebym wróciła do Holandii.
― Co myślisz o tym pomyśle?
― Nie mam na tyle pieniędzy. Rodzice nie pomagają mi, odkąd wyjechałam na studia.
Jej słowa były bez krzty emocji. Mówiła wolno. Również, co chwilę, poprawiała swoją sukienkę. Chciałbym widzieć smutek Urszuli, nie pustkę. Nie nudziła mnie będąc wypłowiałą z emocji, ale bardziej przerażała. Gdy mówiła przechodziły mnie dreszcze, a jej wzrok wywoływał gęsią skórkę, co było rozrywką, ale kiedy oglądało się to w słabym horrorze. A nie mając horror w swoim gabinecie.
― Dlaczego to on nie odwiedzi ciebie? – zadałem kolejne pytanie, uważnie przypatrując się jej mimice i gestom.
Wyraz twarzy Urszuli zmienił się. Nie zrozumiała mojego pytania i patrzyła na mnie, jak patrzyłoby się na największego idiotę na świecie. Rozchyliła usta i dalej wędrowała, oziębłym wzrokiem po pomieszczeniu, myśląc.
― Przecież Vincent żyje tak ubogo i skromnie jak nikt inny – tłumaczyła i tym razem czułem troskę w jej słowach. Mówiła coraz ciszej.  – Nie zna pan jego historii? Proszę mi nie mówić, że kojarzy go pan tylko z ,,Gwieździstą nocą” i ,,Słonecznikami”. Zrobi mi się wtedy źle i będę czuć, że rozmawiam ze złą osobą.
Nie podobało mi się to, że to Urszula wywoływała we mnie presję. Jednak nie przychodziło mi do głowy inne rozwiązanie. Opowiedziałem jej wszystko, co wiedziałem o Vincencie – począwszy od pracy jako duchowny, kończąc na najpopularniejszych ciekawostkach z życia artysty. Słuchała mnie z nieukrywaną ciekawością. Jak wcześniej zauważyłem to, że mogłaby mówić dużo o sobie, to dodałbym również, że i temat Vincenta była dla niej intrygujący i zadowalający.
Piętnaście minut, które minęło, było czasem wypełniającym gabinet słowami „impresjonizm”, „niedoceniany”, „wiecznie zakochany”, „zdeterminowany”. Powtarzała, że chciałaby mieć tyle wytrwałości, co van Gogh, że marzy jej się odkryć taką pasję, na którą nie szkoda by życia.
― Ile ja bym dała, aby pragnąć dzielić się wszystkim z ludźmi, bo wystarczyłoby mi atelier, a w nim sztalugi, pędzle, farby i ja jako symbol szukania satysfakcji w obrazach! – mówiła, patrząc na mnie ze łzami w oczach. – Chcę do Amsterdamu, Hagi czy Paryża, ale ja nie mam Thea. Brakuje mi osoby, od której mogłabym dostać miłości i takiej, dla której pragnęłabym jej trochę oddać. Za mało we mnie środków do dzielenia się.
Uśmiechnęła się przez łzy. Spuściła wzrok, ale wydawało się, że mimo wszystko ktoś ją pocieszał – Vincent osładzający i uszlachetniający każdą minutę Urszuli.
         Serce mnie ściskało na myśl o jej pokoju. Opowiedziała, że kocha żółty kolor, zatem takie musiały być ściany. Dokoła obrazy impresjonisty, ale nie tylko. Meble również nabrały motywów z jego dzieł, czym zajęła się sama Urszula, chwytając w ręce farbę i pędzel. Gdy skończyła, była przygnębiona, bo nie odczuła niczego. Malowanie nie sprawiało jej radości, za co przepraszała przez całą noc Vincenta, mając go obok. Wyobraźnia mówiła dziewczynie, że mężczyzna przytula ją mocno i dałaby sobie rękę uciąć, że tamtej nocy czuła masywne ciało Vincenta. Nazajutrz wstała i spojrzała na meble. Wiedziała, że wyglądały dobrze, bo natchnął ją van Gogh.
         Rozmowa z nim trwała. To była żywa dyskusja, podczas której nie przestawała płakać. Miała czerwoną twarz i trzęsące się dłonie. Podałem dziewczynie chusteczki, a ona nawet na nie nie spojrzała.
― Dlaczego on sugeruje, że go nie kocham? – zapytała. – Dlaczego innym kobietom potrafi przekazywać tyle czułości, a dla mnie jej skąpi? Nikt nie chce mi się oddać!
         Zanim trafiła do szpitala psychiatrycznego, to minęło paręnaście dni, podczas których samotność Urszuli była straszniejsza, dawała o sobie znać na każdym kroku, a nawet w jej, przepełnionym Vincentem, pokoju.
Gdy wychodziła, znowu poprawiła swoją żółtą, jak słoneczniki, sukienkę.

Kocham Cię: 
(Minä) Rakastan sinua. 
我喜欢你 (wǒ ài nǐ)