20 obrazów, które mnie zachwyciły

Dzień dobry! 

Malarstwo jest nieodłączoną częścią mojego życia. Co prawda, żadnego talentu do rysowania/malowania absolutnie nie posiadam, ale obrazy są nie tylko moją inspiracją - także i moim odpoczynkiem. A nawet więcej. Stanowią niezbędny element w chwilach, w których piszę. Jeśli zapoznaję się w nową kulturą, z nowym krajem to nigdy nie pomijam malarzy z danego obszaru świata. Dlatego tworzenie tego wpisu jest dla mnie czystą przyjemnością i ratunkiem w dniach pozbawionych ochoty i weny. Mam nadzieję, że i ktoś z Was znajdzie tutaj coś dla siebie! 

Trzecia z mojej rupieciarni

Dzień dobry wszystkim! 大家好!

Uważał, że „Kruki nad łanem zboża” to wyraz najczystszej samotności połączonej z brakiem zrozumienia ze strony otaczających osób. Dlatego nigdy na niego nie spoglądał z pełną świadomością. Raz, gdy nie zdołał opanować płynącej refleksji, która była skrajnie melancholijna, zrozumiał Vincenta. Przynajmniej tak mu się wydawało. Może było to wynikiem chęci odnalezienia kogoś, kto zrozumiałby jego stan psychiczny? A jaki jest łatwiejszy sposób na poczucie jedności z drugim człowiekiem niż ubogacenie biografii zmarłego poprzez dorzucenie własnej interpretacji?

Wpatrywał się w kontrastowe kolory, na ekspresyjne pociągnięcia pędzlem oddające wrażliwość Holendra. Ivo wyobrażał sobie swoje ciało pod krukami. Czuł na dłoniach taniec źdźbła pszenicy, a w głowie ciężar myśli van Gogha. Czy wiedząc, co robił źle, dostałby więcej otulających słów od mieszkańców Arles? Czy wtedy samotność mogłaby się stać wyborem, a nie koniecznością?

Myślał „Vincent”, ale tak naprawdę tożsamość tego artysty była równoznaczna z jego własną. W związku z tym, pytanie, czy koniec van Gogha wyglądałby inaczej, gdyby ludzie nie wywoływaliby w nim wstydu bycia takim, jakim był?, w rzeczywistości oznaczało, czy spokojniej zasypiałby, gdyby ON żył bez wiecznej krytyki jego osobowości i zamiłowań?

Gdybanie stawało się męczące. Męczyło, bo uświadamiało, a nie wolno egzystować bez fantazyjnej mgły. Lepiej mieć obsesje, lepiej myśleć całymi dniami o szyciu dla lalek, lepiej nie oddawać się społecznym regułom cicho mówiącym, że oryginalność i ekscentryczność jednostki nie wymaga pochwał i zwykłej serdeczności. Inność to nie wariactwo. To po prostu rzadkość spotykania czegoś. Nie jest to bardziej niebezpieczne albo mniej atrakcyjne. Nie jest to ani bardziej, ani mniej.

Kruki doprowadziły go do łez. Wystraszył się, że zdania pocieszenia to jedynie utopijna wizja. Albo nielegalna próba usprawiedliwiania swojego dziwactwa.

Dlatego słowa Unikko wpłynęły na niego rewolucyjnie. Samo istnienie zielonej osoby było wstrząsające. Nie z racji tego, że skórę miał koloru trawy. Nie, nie, nie. To bez znaczenia. Unikko objął jego indywidualność i pokochał, nie sądząc, że jest dziwna tylko piękna. Co najważniejsze, nie musiał za to dziękować, a wręcz nie powinien.

Mimo to, sądził, iż nadal spokojniej nie spoglądać ani nawet nie przypominać sobie o tym obrazie Vincenta. Łatwiej funkcjonował bez emocjonalnie poważnych rozważań, które stały się synonimem walki.

O tekście słów kilka

Od marca piszę "coś większego". Idzie mi to powoli, robię sobie do tego playlisty na Youtubie, dużo notatek tworzę, bo takie rzeczy powymyślałam, że teraz muszę zaczytywać się w historię Meksyku, ale może to i dobrze, bo to kraj z ciekawymi tradycjami. 
To, co tutaj udostępniam, to pierwszy fragment, który napisałam. Jest próbą. Jak to wszystko! 

Odkrycie tygodnia: 

"Portret Jana Stryjeńskiego" został namalowany przez mamę Jana - Zosię Stryjeńską. Zaskakuje mnie to, iż obraz powstał w 1938 roku, mimo to wygląda bardzo współcześnie. Dodam jeszcze, że prawdopodobnie to wstyd, ale nigdy wcześniej nie słyszałam o tej artystce. A jestem nią zaintrygowana! 
Trzymajcie się ciepło,
Panda Fińsko-Chińska

Dwa filmy o malarzach

"nagie stany duszy w chwilach, kiedy wszelki głos rozumu milknie" 

Taide: Zacznijmy od prehistorii


Moja przygoda z historią sztuki na Pandzi

Hej, terve, 大家好!
Moje założenie prezentuje się obiecująco. Będę publikować tutaj wpisy z historii sztuki, aby: a) utrwalić sobie lekcje b) urozmaicić bloga c) może uda mi się przekazać trochę wiedzy (byłoby to niezwykle satysfakcjonujące!) d) najprościej na świecie; umilić sobie czas. 

"Wszelka sztuka jest naśladowaniem natury." Seneka

Muszę się do czegoś przyznać. Historia sztuki jest przedmiotem, który zdaję w tym roku szkolnym na maturze i, co prawda, naukę zaczęłam dopiero we wrześniu tego roku, ale sam proces czytania, interesowania się tym jest zdecydowanie dla mnie. Nawet odważę się napisać, że zawsze gdzieś tam chowała się w mojej głowie chęć edukowania się w kierunku sztuki. Chociaż talenty w tych dziedzinach to ja mam mizerne, ale nie o to tu chodzi! 
Swoją drogą, podoba mi się wizja prowadzenia takiej, a nie innej serii. Tytuł wziął się od fińskiego słowa "taide" oznaczającego "sztukę." Jedyne, o co siebie proszę, to o regularność, bo niestety w kratkę z nią u mnie. W każdym razie, jeśli to czytasz, to już jest dobrze! 
Dziś zapraszam do samiuteńkiego początku, czyli do prehistorii, która wydaje mi się najmniej obszernym działem w podręczniku i materiałach dodatkowych. Mimo to, na pewno nie jest okresem, który można zlekceważyć. W końcu to tutaj wszystko się zaczęło. 
Źródła podam na końcu! 

"Gdzie jest człowiek, tam jest i sztuka." Stanisław Witkiewicz 


Początki nigdy nie są łatwe

Człowiek od zawsze, gdy tylko zapewnił sobie bezpieczeństwo, zaczynał dbać o estetykę swojego otoczenia. Świadomie zaczął tworzyć narzędzia około 500 tysięcy lat temu, a za jaką taką sztukę wziął się w epoce kamienia (40 tysięcy lat p.n.e. - 8 tysięcy lat p.n.e.) 
Ale dobra, co tak naprawdę nasi przodkowie wymyślali? Ano, malowidła, ryty czy płaskorzeźby w jaskiniach lub schroniskach skalnych. Nie zapomnieli również o statuetkach rzeźbionych w kamieniu lub kości. Najczęściej przedstawiały one bóstwa, jednak z formą ludzką czy zwierzęcą miały one niewiele wspólnego. Przyczyną był brak umiejętności obserwacji, inspiracji przyrodą, przez co zyskiwały mocno uogólnioną formę. 
Nie można także pominąć dekoracji ornamentalnych na broni i narzędziach. Już wyjaśniam, co to ornament. Służy on przede wszystkim do podkreślania naturalnych kształtów przedmiotów, przy czym wyodrębniały charakterystyczne miejsca dla danej rzeczy. Obiega w postaci pasów naczynia, pokrywając powierzchnię przedmiotów. Jej podstawą jest motyw, czyli element powtarzalny. Dodatkowo ornament zawsze jest kompozycją rytmiczną, otwartą. A z angielskiego to po prostu "ozdoba."

Jaskinie, w których możemy odnaleźć malowidła, to m.in. Altamira w Hiszpanii i Lascaux we Francji. W tej drugiej główna część oferuje "Salę Byków" (byki często pojawiały się na rysunkach w prehistorii czy później w Mezopotamii, gdzie wykorzystywano je do tworzenia Lamassu, czyli opiekuńczych duchów), a największe wizerunki mierzą prawie 5 metrów długości. Co ciekawe, jaskinia została odkryta przez chłopców zamieszkujących pobliskie miasteczko, a działo się to w 1940 roku, więc stosunkowo niedawno. 

Teraz powstaje pytanie: ale po co im to było? Wcześniej wspomniane kwestie estetyczne - pewnie tak, jednak miało to również związek z ich obrzędami. Wierzyli, że przedstawienie zwierzyny z przeszytymi strzałami lub włócznią wpłynie na skuteczność wypraw łowieckich. Myśleli, że w ten sposób zdobędą władzę nad nimi. Warto też zaznaczyć, że groty wypełnione malowidłami nie pełniły funkcji mieszkalnych, a stanowiły miejsca kultu. 

"Malarstwo odnajduje styl po śmierci malarza." Pablo Picasso

W jaki sposób malowali prehistoryczni artyści? 

Jak się domyślamy, pewnie palcami. Prawda! Jednak używali także patyków lub pędzli z włosia. Za farbę służyła im ochra, czyli uwodnione tlenki żelaza, które tworzyły trwały, naturalny barwnik ziemny. Miała kolory od żółci przez czerwienie aż po fiolet. A jeśli prehistoryczny artysta (od dziś kocham ten epitet) potrzebował czarnego koloru, to zwęglał zwierzęce kości. Za to, gdy chciał wyodrębnić mięśnie, rozjaśniał barwę po prostu dodając białego koloru lub rozrzedzając farbę.


Kobieta w rzeźbie i megality

Rzadko przedstawiano mężczyzn. Były to raczej żeńskie postaci, bóstwa będące symbolem płodności, urodzaju, macierzyństwa. Zdobiły świat od Europy Zachodniej aż po Syberię. Dzieli się je na stojące oraz siedzące. Figurki miały podkreślone cechy macierzyńskie i przedstawiano je schematycznie, a chodzi tu o brak oczu, ust nosa, zaznaczenia głowy, w odróżnieniu od zwierzęcych rzeźb. Statuetkom towarzyszyły obrzędy, które miały na celu utrzymanie rytmu życia i śmierci opierających się na chociażby cyklach przyrody. 
Takim klasykiem, jeśli chodzi o ten temat, jest oczywiście Wenus z Willendorfu, którą możecie zobaczyć na powyższym zdjęciu. Została odkryta 7 sierpnia 1908 roku podczas prac drogowych, a jej nazwa wzięła się z miejscowości gdzie nieopodal odnaleziono ją. Polecam bardzo ciekawy artykuł o jeszcze ciekawszym tytule: "Jak Wenus podbiła świat, zanim zrobiła to Madonna"

Grzechem byłoby nie wspomnieć o kultowym Stonehenge, czyli o kręgu megalitycznym w Anglii. Sama nazwa Stonehenge oznacza "wiszący kamień", a trzeba przyznać, że jest to wyjątkowa budowla. Jednym z argumentów, dlaczego zasługuje na takie określenie jest odkrycie prawa ciążenia. Świadczą o tym ustawione w pionowy sposób płyty kamienne, na których ułożono poziome głazy. Drugie uzasadnienie to spora wiedza astronomiczna. "Wiszący kamień" to sanktuarium słoneczne. Dzięki niemu można było określić położenie Słońca oraz Księżyca.

Jeszcze dwa słowa o sztuce scytyjskiej. Poświęcona była przede wszystkim rzeczom służącym do dekoracji aniżeli praktycznym. Są bardzo cenione przez muzea, ale nie tylko. Wcześniej na ich punkcie bzika miała Katarzyna Wielka. Zresztą, popatrzcie tylko, co się tutaj dzieje:


Zakończenie

Jestem szczęśliwa z myślą, że seria "Taide" ujrzała światło dzienne. Poświęcę na to dodatkowy zeszyt, bo po latach będzie mi się miło wracało do takich rzeczy. Tym bardziej, że są pełne kolorów!
Czuję się dobrze, mając przed sobą herbatkę, zeszyt, cienkopisy w różnych barwach, zeszyt i materiały do historii sztuki - jestem u siebie. Zawsze wolałam pisać na kartce niż na komputerze, ale mam wrażenie, że podczas tej pory roku, jest to jeszcze bardziej wyjątkowe. 
Jesieni, bądź dla nas sympatyczna! 

Takim moim pomysłem jest również dodawanie obrazów autorstwa fińskich/chińskich artystów, które wpadły mi ostatnio w oko. Nazwa zobowiązuje! Dziś chcę pokazać dwie prace Vernera Thomé.

Pozdrawiam ciepło,
Panda Fińsko-Chińska


Źródła 
Zdjęcia (w kolejności): Lascaux,  AltamiraWenus, Grzebień, Pas Informacje: Podręcznik "Sztuka i czas" Barbara Osińska, Wikipedia, "Życie świata. Dzieje i wydarzenia"

Mity i legendy Chin | Huang Dehai, Xiang Jing, Zhang Dinghao


"Człowiek powstał jednakże głównie z gliny, a ona zawierała w sobie także błoto oraz fetor ziemi. (...) Fetor błota i ziemi pochodzący z ludzkich ciał stał się silniejszy i zaczał dominować, a dobra wola, którą ludzie otrzymali wraz z pierwotną esencją, została zduszona."
Hej, terve, ale przede wszystkim 你好!
  A dziś będzie dużo cytatów, ciepłych słów i krótka historia o pewnym altruiście. 
"Mity i legendy Chin - Epoka chaosu i bohaterów" to książka, na którą trafiłam całkowicie przypadkiem, będąc w Krakowie. Ale niewątpliwie była to miłość od pierwszego zobaczenia obrazów w środku. A zacznę właśnie od tego, od rzeczy dla mnie najpiękniejszej, czyli od wydania. Od ilości malarstwa, ceramiki, porcelany, płaskorzeźb i innych piękności pokazanych w "Mitach i legendach Chin". Do każdego z tych dzieł dodano opis - skąd, kto, czym, co opowiada, jaka legenda. Dlatego na początku podziwiałam, przeglądałam i czułam się jak w muzeum z zafascynowanym przewodnikiem. A potem zaczęłam czytać okryta kocykiem w kaktusy, wygrzewając się w słońcu. I nie wyobrażam sobie lepszego odpoczynku! 

"Tak oto z rozpadającego się ciała Pangu stopniowo powstała ziemia: każdy jej element zawierał część jego pierwotnej istoty, energicznie powiększając się jak sam Pangu, wtedy kiedy stał pomiędzy niebem a ziemią i doświadczał narodzin, starzenia się, choroby i śmierci." 

Z czym to się je? 

  Jako osoba, która wcześniej nie miała styczności z mitami Chin - stwierdzam, że jest to dobra pozycja na początek. Opisane zostały nawet takie podstawy jak chociażby yin (ciemność) i yang (światło). Dlatego ze spokojem można po nią chwycić, mając zerową wiedzę.
Dowiadujemy się, w jaki sposób Nüwa stworzyła człowieka i o tym, jak potem troszczyła się o niego:
"Nüwa stworzyła człowieka i dała mu życie, a potem pokazała, jak się mnożyć i zaludniać ziemię. Nauczyła go [człowieka] uprawy roli i innych prac. Wtedy poczuła, że może odpocząć." 
"Dzieci Nüwy znajdowały się w potrzasku. Wycieńczona bogini zebrała resztki sił, zanurkowała w największym z jezior, schwytała olbrzymiego żółwia i z jego czterech nóg wykonała filary podtrzymujące niebiosa."
  Poza tym, co doprowadziło do stworzenia instrumentów i po co one służyły. Kim był Wielki Yu czy Żółty Cesarz. Jak odkryto jedwab, a raczej która kobieta tego dokonała (z tym wiąże się szczególnie piękna legenda!). Pojawia się także historia związana z powstaniem chińskiego pisma. Raj dla osób lubujących się w mitologiach, sztuką, historią i przede wszystkim - w azjatyckim kraju, o którym mowa. 
Innymi słowy, mamy szansę dostać odrobinę wiedzy o Chinach i to przy udziale wyjątkowych obrazów, ale to nie wszystko; zdania są otoczone wyjątkową aurą. Nie brakuje kwiatów czy miłości. Wydaje się to być niczym szczególny, bo w końcu, pełno jest tego w literaturze. Ale! Tutaj dochodzi chiński, nietuzinkowy klimat, który miażdży czytelnika w ten pozytywny sposób. Rozmarza. Uwodzi. I aż chce się włączyć do tego wszystkiego tradycyjną muzykę z tegoż kraju. Miód na serce i zmysły! 
Jeden z obrazów znajdujących się w książce, a na nim pałac Pengdao Yaotai: 


  A powyżej znajduje się obraz Li Sixuna (651-716), który został wspomniany na jednej ze stron. 
Teraz niewielki fragment, aby pokazać jak piękne mogą być zawarte legendy, a w tym przypadku ta o Chang'e, która poleciała na księżyc:
"Dzień i noc tłukli słodki osmantus na księżycu, by otrzymać czarodziejskie lekarstwo, i kiedy aromat kwiatów osmantusa rozchodził się w powietrzu, nasiona spadły na ziemię. Wtedy księżyc świecił jasno, a zapach wypełniał ziemię jak cień śladów miłości." 
Ckliwe? Nawet bardzo! I w moim stylu. Oczywiście, nie brakuje brutalniejszych momentów, bo to w końcu mitologia, ale ta delikatność jakoś szczególnie nie gryzła się z tą, momentami wręcz, surowością podczas czytania. Powiedziałabym nawet, że przeciwnie. 

Parę ciekawostek mniej lub bardziej znanych:

  • "W kulturze chińskiej smok jest najwyższym symbolem."
  • "Ludzie z ludu Oroqen chowają swoich zmarłych w drzewach, wierząc, że są one medium za pomocą którego człowiek może wejść po śmierci do nieba."
  • "Starożytni Chińczycy wierzyli, że żuraw jest świętym ptakiem nieśmiertelności." (W ogóle dużo myśleli o nieśmiertelności.) 
  • "Bóg, zwany Sapiącym (Xu), oddychał w pewien szczególny sposób. Często robił wydechy, wdechy natomiast znacznie rzadziej. Kiedy wydychał powietrze, bogowie mogli zstąpić na ziemię przez bramę, a gdy robił wdech, ludzie - ci, którzy zasłużyli na to swoimi uczynkami - wchodzili przez nią do nieba." 
  • "Począwszy od czasów Zachodniej Dynastii Han (206 p.n.e. - 25 p.n.e.), jedwab był eksportowany w wielkich ilościach i stał się produktem dobrze znanym na całym świecie. Droga z Chin na zachód nazwana była przez Europejczyków jedwabnym szlakiem, a same Chiny Krajem Jedwabiu."
  • "Podczas  świąt i w czasie wolnym ludzie lubili spędzać ze sobą czas, dmuchając w zwinięte liście drzew lub bambusowe rurki i bębniąc w gliniane naczynia. Żółty Cesarz czuł, że muzyka jest nie tylko miła sercu, ale stanowi też część czegoś ważniejszego."
  • "W historii rozwoju kultury chińskiej wszystko, co związane z początkami rolnictwa lub z roślinami przypisuje się Shennongowi.


Bóg medycyny

  Teraz będzie trochę o Shennongu, bo jest to postać, która szczególnie zapadła mi w pamięć i to nie tylko dlatego, że zajmował się roślinkami, ale również ze względu na jego dobroć i chęć poświęcenia się.
Nazwano go "bogiem medycyny", ale cóż on takiego wielkiego dokonał? Ano, dokonał! Umarł po zażyciu trucizny i to dosyć boleśnie, bo książka przedstawia to tak: "jego wnętrzności rozpadły się na kawałki, a z nosa i ust trysnęła krew". Shennong wraz ze swoimi przyjaciółmi zapragnęli znaleźć sposób na wykorzystanie trucizn, a musimy wiedzieć, że choroby dziesiątkowały wtedy setki ludzi. Zmuszeni byli więc zidentyfikować trucizny, jakie znajdowały się w roślinach. I bohater tej historii postanowił wziąć sprawę w swoje ręce. Robił za królika doświadczalnego, co, jak możemy się domyślić, spowodowało mocny uszczerbek na jego zdrowiu. 

Wracając jeszcze do jego śmierci. Na górze Yanling odkryto dziwną roślinę i jeden z młodych ludzi, pełen zadowolenia, wpadł na pomysł, że roślina mogłaby wyleczyć Shennonga z zatrucia. I my już niestety wiemy, jak się to skończyło.
Czytając o tym, w głowie miałam drugiego wielkiego wielbiciela roślin - Alexandra von Humboldta. 

"Gdy Shennong nauczył już innych, jak sadzić i zbierać plony, zapragnął zbadać trującą zawartość roślin, aby ustrzec ludzi przed otruciem, gdy przez pomyłkę zjedzą coś, czego nie powinni. W tym celu osobiście kosztował różnych ziół, bylin i kłączy i w ciągu całego swojego życia określił właściwości prawie wszystkich znanych roślin świata. Odtąd ludzie wiedzieli, których powinni się wystrzegać, i dzięki temu nie umierali z ich powodu."

Warto? 

  Nie zastanawiałabym się drugi raz, oj nie! Zresztą, tak, jak na początku napisałam, samo wydanie jest sztuką. Widać dbałość autorów o każdy szczegół, a pasjonatów cenię sobie bardzo.
 Moim zdaniem, książka jest warta i czasu, i pieniędzy. Miło było zamknąć się na chwilkę w tym fantastycznym świecie razem z np. niesamowitym Houyi, który pokonał cztery złe potwory, pożerające ludzi, aby chwilkę potem przejść do jego miłości, opisanej w dość lakoniczny sposób, ale  wciąż wielkiej miłości, a ona wcale nie potrzebowała wielu słów. 
Poza tym, ta książka jeszcze mocniej uświadomiła mi, dlaczego właśnie Chiny. Historia tego kraju jest tak rozległa, bogata i inna, że wręcz automatycznym nazwałabym chwytanie przeze mnie literatury z Kraju Jedwabiu i tym samym mnożeniem wiedzy. A co! Na swój rozwój trzeba wydawać pieniądze.
No, a jaka mitologia posiada w swoim asortymencie kobietę, którą do ciąży trwającej trzynaście lat, doprowadziło odbicie wielkiej stopy?
Wszystkiego dobrego!

Chiny: 
Kiina
(zhōngguó) 中国

Malarstwo chińskie

Huang Quan

 Jak wiemy, artyści zazwyczaj mają niezwykle ciekawe biografie, które nie dość, że szokują, pomagają zinterpretować ich twórczość, to przede wszystkim inspirują do pracy. Dają mocnego kopa kreatywności, dlatego patrząc na obraz, warto zwrócić nieco większą uwagę na autora i poczytać co nieco o nim. Idealnym przykładem jest klasyczny już Vincent van Gogh*, którego jest pełno wszędzie, a raczej jego obrazów. Miło jest wiedzieć więcej, dlatego polecam Ci zagłębienie się w barwny, a zarazem przerażający życiorys Vincenta. (Polecam; ,,Pasję życia"!) W tym poście chciałabym przedstawić Ci, chociaż tak po kawałku, biografię dwóch chińskich artystów.

Xu Beihong 
  Zacznijmy od tego, że Xu Beihong to jeden z najważniejszych malarzy w Chinach.  Jego ojciec Xu Dazhang również był utalentowanym artystą. Co prawda, nie mógł utrzymać w ten sposób rodziny, dlatego zajmował się hodowlą arbuzów. Jednak cała okolica kojarzyła go raczej z malowania portretów. Widząc talent swojego syna, wdrążył go w świat sztuki, co było strzałem w dziesiątkę. Przyszły malarz pod opieką swojego taty zapoznawał się z chińskimi klasykami i uczył się kaligrafii. Xu Beihong wyjechał do Szanghaju, aby tam studiować zachodnie malarstwo i język francuski, gdzie poznał filozofa - Kang Youwei. To właśnie on najprawdopodobniej był przełomem dla rozkwitającej dopiero kariery Xu. Filozof przekonał go, że chińska sztuka nie ma przyszłości, jeśli nie będzie czerpać inspiracji z Zachodu. Dlatego też Beihong, łączył w swoim dziełach elementy rysunku chińskiego i europejskiego.
  Malarstwo chińskie na początku XX wieku zaczęło nieco inspirować się zachodnią twórczością, np. używając farb olejnych. Xu Beihong to pierwsza osoba, która zajęła się malarstwem olejnym. Był mistrzem w rysowaniu takich zwierząt jak; konie i bawoły wodne.
Xu Beihong


Huang Quan 
  Urodził się w 903 roku w Chengdu**. Był wielką inspiracją dla ówczesnych wtedy malarzy. Zaczął on swoją zabawę ze sztuką w wieku 12 lat, kiedy to uczył się od Diao Guangyin zajmującego się rysowaniem ptaków oraz kwiatów. Diao miał jeszcze jednego ucznia, który ślepo podążał za nim i jego stylem. Huang Quan chciał rozwijać swój talent i wypracować charakterystyczną dla siebie technikę.
  Nie poprzestał tylko na jednym nauczycielu. Chińczyk zaczął pobierać lekcje od Sun Wei, którego specjalizacją była woda oraz Li Sheng, czyli lokalnego malarza zamiłowanego w krajobrazach. Huang Quan mógł w ten sposób stworzyć swój, unikatowy styl, łącząc każdą z umiejętności nabytych od mistrzów. Sam Huang Quan specjalizował się w malowaniu ptaków, bambusów, kwiatów i drzew.
Huang Quan

Dlaczego malarstwo chińskie jest dla mnie takie wyjątkowe?
  Malarstwo jest w stanie wywołać we mnie wiele emocji; od tych najprostszych, po te skrajne. Jednak patrząc na dzieła dwóch wcześniej wspomnianych artystów, czuję spokój. Mogę włączyć sobie muzykę klasyczną, przeglądać ich twórczość i mieć poczucie chwilowego spełnienia, co szczególnie dobrze oddziałuje po szkole! Żywe kolory, bliskość z naturą, a przede wszystkim oryginalność sprawiają, że chińska sztuka działa na mnie kusząco. Powoduje, że chętnie wracam do niej za każdym razem, gdy gromadzi się w mojej głowie niepokój.
  Chcę jeszcze pokazać obrazy wykonane przez chińskiego mistrza akwareli Liu Yi. Są one nieco inne od jego poprzedników, gdyż Liu Yi urodził się dużo, dużo później od Xu Beihong czy Huang Quan, bo dopiero w 1953 roku i z pewnością widać tutaj wpływ malarstwa europejskiego, o którym mówił wcześniej wspomniany Kang Youwei.


(Baletnice zawsze kojarzą mi się z Edwardem Degasem) 
Dzień dobry, hyvää huomenta, 你好
  Wydaje mi się, że nie mogłam zacząć tego bloga od innego wpisu. Malarstwo chińskie jest od niedawna bliskie mojemu sercu. Bardzo miło jest mi powitać każdą osobę, która pojawiła się tutaj i mam nadzieję, że obrazy przedstawione w tym poście chociaż troszkę przybliżyły Ci wizję sztuki pochodzącej z części Azji.
Liu Yi


*(Taka mała ciekawostka! Jego nazwisko czyta się jako "hoh", bo w niderlandzkim "g" wymawiamy jako "h")
** Chengdu to miasto we wschodnich Chinach, które słynie przede wszystkim z pand. Znajduje się tam największy rezerwat pand na świecie. Liczy on ponad 200 zwierząt. Poza tym, bardzo dobrze rosną tam bambusy!
Malować obraz:
 Maalata maalaus 
画画 (huà huà)
Wszystkie informacje pochodzące o chińskich artystach z:
Wikipedii, WikiArt.org, Britannica.com
Obrazy pochodzą z:
Google Grafika, Pinterest