Dama z Seulu



Dzień dobry! 

Wstęp

    Od czasu do czasu zdarza się taki film lub książka, które nie dają mi spokoju do momentu aż o nich nie napiszę. I jak już się pewnie domyślacie, jednym z takich dzieł jest właśnie "Dama z Seulu" w reżyserii Jang Jin. 

Musicie wiedzieć, że przeczytawszy krótki opis na stronie Pięciu Smaków, coś mną na tyle poruszyło, iż pomimo zmęczenia zajęciami i nauką udało mi się wraz z siostrą usiąść późnym wieczorem przed ekranem. W głowie mi piszczało z przerażenia; "to będzie za trudny emocjonalnie film dla Ciebie!!", ale z powodzeniem uciszałem te krzyki i cierpliwie czekając na seans, popijałem owocowa herbatkę. A wszystko to bez świadomości, że jednak moja głowa miała rację: "Dama z Seulu" wyrywała ze mnie każdą z emocji po kolei. 

Recenzja koreańskiej dramy: Wise Prison Life

"I hope the exit is joyful. And I hope never to return." Frida Kahlo

Znane też jako: "Prison Playbook", "Seulgiroun Gamppangsaenghwal" lub "Smart Prison Living"  
Reżyseria: Shin Won Ho 
Scenariusz: Jung Bo Hoon, Lee Woo Jung  

Dzień dobry wszystkim 大家好

Coś o tych dramach 

Uwielbiam dramy. Przygoda z nimi zaczęła się u mnie na początku pierwszej klasy liceum, czyli około trzy lata temu. Zarywałam wtedy noce dla tajskich dram, bo to właśnie one rozpoczęły śnieżną kulę miłości do azjatyckich seriali. Później przeniosłam się nieco na chińskie i tajwańskie tytuły, a w ostatnich tygodniach kręcę się wokół tych koreańskich. I dziś jedną z nich do Was przychodzę. 

Koreański klasyk filmowy


"Czy będziesz ziarnkiem piasku, czy kamyczkiem, w wodzie utoniesz tak samo."

 Jak do tego doszło? 


Hej, terve, 大家好!
Ja naprawdę miałam dziś ominąć temat filmów i Azji, żeby powiało trochę świeżością na Pandzi (a mam pomysł na pewną serię!) Jednak musi tu paść takie wielkie, głośne: ALE. 
Ale wzięło mnie na film, a pech chciał, żebym przypomniała sobie o przepięknej melodii "The last Waltz" z "Oldboy'a" 
Ale włączyłam go sobie na telewizorze, wsuwając przy okazji czekoladę i popijając herbatkę z domowych, jesiennych zestawów. 
Ale mnie wciągnął. Ale mnie wzruszył. Ale się popłakałam podczas ostatnich scen. 
Taka dygresja: dużo łez ostatnio tutaj. Ogłaszam nadmiar "łzopędnych" rzeczy. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że pewnie większość z Was kojarzy tę produkcję, ALE nie jestem w stanie powstrzymać uzewnętrznienia wczorajszych przeżyć; muszę podzielić się moją kolejną, emocjonalną historią. Zachęcić wszystkich do jesiennego seansu w akompaniamencie cudownego, koreańskiego języka z przerażającą fabuła, po której podobnie jak po filmie "Her" z 2013 roku, czujesz się niezwykle samotnie. 


"Podobno boimy się i pocimy, bo pracuje nam wyobraźnia. Jeśli więc wyłączysz wyobraźnię, staniesz się piekielnie odważny."

O czym w ogóle jest "Oldboy"? 

Dae-su pewnego dnia zaginął. Kiedy odzyskał przytomność, znajdował się w zamkniętym pomieszczeniu. Nie wiedział, że spędzi w tych czterech ścianach 15 lat. Po tym czasie zostaje wypuszczony na wolność ("do większego więzienia", jak to zostało określone w filmie), tak po prostu. Bez żadnych wyjaśnień. 
Mężczyzna próbuje odkryć prawdę. Kto, po co, dlaczego odebrał mu wiele lat życia? A dzieło zostało wypełnione chwytającym za serce soundtrackiem, cierpieniem z powodu utraty bliskiej osoby, BRUTALNOŚCIĄ, która była tutaj potrzebna, ale w połączeniu z przenikliwą tęsknotą i świetnymi, mądrze napisanymi dialogami - sceny pełne przemocy stają się nieodłącznym elementem palety filmowych przeżyć. 

"Śmiej się, a cały świat będzie śmiał się z tobą. Płacz, a będziesz płakać w samotności." 

Powyższy cytat to idealna kwintesencja "Oldboy'a", a szczególnie drugie zdanie jest adekwatne; widz siedzi przed ekranem i płacze. Wylewa z siebie każdą złą emocję, wszystko, co w nim siedziało, dlatego to dobra produkcja na gorsze dni. Ja co prawda, musiałam po tym seansie zafundować sobie śmieszną, luźną, chińską dramę, bo nie mogłam przestać myśleć o tragedii Dae-su, ale przypominam, że jestem nadwrażliwym odbiorcą. Mimo wszystko, film "odkurza głowę" z innych zmartwień, z całego zła, dobra, które siedzi w nas, a coś takiego było mi ostatnio wręcz wskazane. 

Pełno pięknych, surowych, ale po części także artystycznych kadrów. Gra aktorska na naprawdę wysokim poziomie, a tutaj, pandziowe brawa szczególnie zyskuje pan Min-sik Choi za perfekcyjne odegranie tak niebanalnej postaci, jaką był główny bohater. 
I po raz trzeci wspomnę o sentymentalnej muzyce. Co jak co, ale soundtrack dużo robi i słuchając czasem filmowych utworów, które gdzieś tam na Youtube przypadkowo spotkam, aż czuć, że ten i ten tytuł będzie wszczepieniem w siebie potężnych doznań. Zresztą, podobnie było ze "Spragnionymi miłości" i fenomenalnym "Yumeji's Theme" w wykonaniu Shigeru Umebayashiego. Tak dobrze jest i w tym muzycznym przypadku! 

Kłaniam się nisko również przed scenarzystami, którzy wpadli na zwalający z nóg plot twist, za pokazanie samotności w najbardziej dotkliwy sposób, w jaki mogli zrobić, za wiele, niesamowitych metafor, za nie lada łamigłówkę. Poza tym, zastosowano ciekawe zabiegi do pokazania retrospekcji. Można się w nich pogubić, jeśli ktoś ogląda film nieco pobieżnie, a to zdecydowanie nie jest wskazane, oj nie! 
I jeśli miałabym teraz podać chociaż jedną wadę tej produkcji, to jestem zmuszona napisać wprost, że pod wpływem emocji i "The last waltz" ja przepraszam, ale nie potrafię. Dobra, może to, że podczas brutalnych scen musiałam czasem zamykać oczy na ułamki sekund, ale interpretacja tego, czy to dobrze, czy źle jest indywidualna. 


Na koniec

To film pełen dziwnych, momentami obrzydzających obrazów, ale po dwóch godzinach, które minęły mi szaleńczo szybko, mogłam przyznać z czystym sumieniem, że "Oldboy" to wzruszająca historia zawierająca wiele metafor. Ogłaszam, że to jeden z lepszych tytułów, jakie widziałam w tym roku. A to bardzo odważne słowa, bo 2019 obfitował w miesiące pełne kinematografii. Zdecydowanie klasyk, który zasługuje na miano klasyka. 

Z totalnie innej beczki. Zabieram się od jakiegoś czasu do napisania recenzji mang i chciałam poczytać, jak się za to zabrać, jak przygotować, jak to ugryźć po prostu. I trafiłam na artykuł, w którym twórca stwierdził, że jeśli na blogu pojawiają się same pozytywne recenzje to wcale nie świadczy to dobrze o autorze. Nie ukrywam, że teraz tak się zastanawiam. Ja jestem jedną z tych osób, która pisze raczej o bliskich mi tworach kultury, robiących na mnie wrażenie, bo wychodzę z założenia, że lepiej coś polecać innym, a przy okazji wyrzucę z siebie to, co siedzi mi w głowie. Sprawa ma się inaczej, jeśli np. dostawałabym książki od wydawnictwa, wtedy wiadomo, że nie wszystko byłoby pochlebne. I wydaje mi się to racjonalne, ale jakoś artykuł o recenzjach dziwnie mi zbałamucił myśli. 
Żeby była jasność, ja mam ogrom radości z tego, co robię i chyba to jest najważniejsze, ale chciałabym zapytać, co Ty uważasz? 
Pozdrawiam ciepło,
Panda Fińsko-Chińska
Zdjęcia pochodzą z imdb.com

Minirecenzje: 6 koreańskich filmów


Hej, terve, 你好!
  Przyznam się bez bicia, że z koreańskim kinem to ja nie byłam i nie jestem zbyt obeznana. Właściwie, kojarzyłam tylko "Lament", o którym słyszę miliony dobrych słów i obiecuję sobie, że kiedyś i przed moim ekranem pojawi się ten film. 
Już przez pewien czas chodziły za mną produkcje z tego kraju, a to za sprawką bloga; How Gee. W końcu nadszedł ten dzień, kiedy włączyłam sobie jeden. Potem poszedł drugi, trzeci, czwarty i szczerze mówiąc, doszło do takiej sytuacji, że w momencie pojawienia się wolnej chwili, miałam w głowie:" No to co? Koreański film?" i zawsze kończyło się tak samo. Na koreańskim filmie.
Dlatego dziś miło mi Cię gościć w tym wpisie!