Chłopcy, których kocham | Anna Ciarkowska


M O R Z E

Wojna Makowa | Rebecca F. Kuang


Wojna nie jest grą, której stawką są podziw i zaszczyty; to nie zabawa, nad którą czuwają mistrzowie, chroniący zawodników przed poważniejszymi urazami. Wojna to koszmar.

 大家好! Cześć wszystkim!

Przychodzę dzisiaj do Was z recenzją szczególnej książki. "Wojna Makowa" jest jednym z naprawdę niewielu tytułów, które zrobiłyby taki szum nie tylko w Polsce, ale również za granicą. Przecież gdzie nie spojrzeć - tam pojawia się omawiany tytuł i co więcej! Zbiera przy tym FENOMENALNE opinie. Jasne, zdarzają się czytelnicy, którzy wychodzili po lekturze zawiedzeni, ale trzeba przyznać, że zatrważająca większość zakochała się w dziele Kuang. 

Pieśń o Achillesie | Madeline Miller


Hyvää huomenta!
Dziś trochę o książce, która wyskoczyła mi na social mediach totalnie niespodziewanie. Nigdy wcześniej nie udało mi się usłyszeć o tym tytule, dopiero w połowie czerwca (kiedy "Pieśń o Achillesie" miała swoją premierę w serii butikowej wydawanej przez Albatros) pierwszy raz spotykałem się z tą lekturą. Co ciekawe, wcześniej historia Achillesa i Patroklosa została wydana pod innym tytułem "Achilles. W pułapce przeznaczenia" i z tego, co wiem, była białym krukiem. Natomiast nowe wydanie sprawiło, że booktube w Polsce oszalał na punkcie tworu Madeline Miller. 
Mnie momentalnie urzekła nie tylko oprawa graficzna, ale również sam pomysł na fabułę, o czym już opowiadam! 

Niewidzialne życie Addie LaRue | V.E. Schwab


Wstęp

Cześć wszystkim!

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją książki, która jest jedną z najgłośniejszych premier tego roku. W marcu okładka "Niewidzialnego życia Addie LaRure" wyskakiwała ze wszystkich stron i kątów. Co więcej! Cztery miesiące po premierze dzieło Schwab wciąż pojawia się permanentnie w social mediach. 

Dokument, który warto obejrzeć


Wstęp

Dzień dobry! 
Indonezja. Kolejny kraj do kolekcji "narodów, które chcę zgłębiać." Co prawda, to świeża miłostka, która dopiero zaczęła się we mnie tlić, ale uważam, że Indonezji należy poświęcić wiele postów z jednego prostego powodu: ludzie mało o niej wiedzą i pozwolę sobie tutaj zacytować Łukasza Bonczola, autora książki "Zrozumieć Indonezję. Nowy Ład generała Suharto": Indonezja należy do najważniejszych członków wspólnoty międzynarodowej. Tym bardziej zdumiewa stosunkowo nikłe – a w Polsce niemal żadne – zainteresowanie jej dziejami ze strony historyków.

Dama z Seulu



Dzień dobry! 

Wstęp

    Od czasu do czasu zdarza się taki film lub książka, które nie dają mi spokoju do momentu aż o nich nie napiszę. I jak już się pewnie domyślacie, jednym z takich dzieł jest właśnie "Dama z Seulu" w reżyserii Jang Jin. 

Musicie wiedzieć, że przeczytawszy krótki opis na stronie Pięciu Smaków, coś mną na tyle poruszyło, iż pomimo zmęczenia zajęciami i nauką udało mi się wraz z siostrą usiąść późnym wieczorem przed ekranem. W głowie mi piszczało z przerażenia; "to będzie za trudny emocjonalnie film dla Ciebie!!", ale z powodzeniem uciszałem te krzyki i cierpliwie czekając na seans, popijałem owocowa herbatkę. A wszystko to bez świadomości, że jednak moja głowa miała rację: "Dama z Seulu" wyrywała ze mnie każdą z emocji po kolei. 

Te wiedźmy nie płoną | Isabel Sterling

Ciężko jest się pogodzić z tym, że ludzie, których kochaliśmy, idą dalej bez nas.                  



Hyvää huomenta! 

Wstęp


Nadal nie mam pewności, czy pisanie tej recenzji jest dobrym pomysłem. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. W każdym razie! "Te wiedźmy nie płoną" to iście popularny tytuł, który przewijał mi się non stop na instagramie, youtubie czy facebooku. Nigdy nie zwróciłem na niego większej uwagi z dwóch względów; oho, fantastyka, a ja raczej od niej stronię; natomiast po drugie, jak wiecie, nie miałem (czas przeszły jest ważny tutaj!) najlepszej relacji z młodzieżówkami. Ba! Każdą możliwą książkę w tym gatunku unikałem jak ognia. Cóż więc skłoniło mnie do chwycenia po dzieło Isabel Sterling? Kontrowersja. 

Laik vs. "Wszechświat w twojej dłoni"



Xin chào! 

W pierwszej klasie liceum miałam taki okres w swoim życiu, w którym fascynowała mnie astronomia. Trwało to góra miesiąc, ale jednak - pojawiły się podobne (kolejne zresztą) miłostki. I jak na taką zajawkę przystało; czytałam o Hawkingu, obejrzałam o nim film; wyszukiwałam wszelakiego rodzaju ogólnych informacji o naszej i sąsiedniej galaktyce, księżycu itp. Kupiłam sobie nawet książkę, którą de facto przeczytałam trzy lata później, ale mimo wszystko kupiłam. Siedziała na półce i za każdym razem, gdy na nią spojrzałam przypominała mi o chwilowej fascynacji astronomią. 

Co warto zaznaczyć, do "Wszechświat w twojej dłoni" miałam aż cztery albo i pięć podejść, ale za każdym razem mówiłam sobie "nie, to jest za trudne dla mnie" i odkładałam na kolejne miesiące. Napiszę więcej; osoby, które również znały tę lekturę powtarzały mi, że zaczęły czytać "Wszechświat...", ale zrezygnowało po kilku pierwszych stronach. Za trudne. I ostatnio znowuż podeszłam do niej z nadzieją, że może tym razem się uda (a wybrałam idealny termin; zaraz przed sesją) i o dziwo, udało się. Jestem po prawie czterystu stronach książki Galfarda. 

Okazało się nawet, że mam coś do powiedzenia na jej temat, stąd też ten wpis. 

Zacznę od informacji dla wszystkich tych, który zaczęli, ale zrezygnowali; dajcie szansę tej książce. Potem zrobi się dużo łatwiej i ciekawiej. Naprawdę. 



Moja opinia: Ta lektura ubogaciła mnie w taką wiedzę, że teraz gdy patrzę w górę, w niebo, w gwiazdy, księżyc; widzę coś całkowicie innego. Majestatycznego. Coś, co jest po pierwsze; dużo silniejsze od nas, coś, od czego to MY jesteśmy zależni, a nie coś od nas (jako od ludzkości), a w dodatku jeszcze nie odkryliśmy wszystkiego. Ha! Właściwie wiele przed nami. 

Galaktyka to skupisko około 300 miliardów gwiazd! 

Napiszę tak: kiedy przełamywałam się przez pierwsze strony, które wydawały mi się szalenie ciężkie, to im dalej w las nie tylko pojawiała się satysfakcja, fascynacja, wiara w siebie, ale również przerażenie. Ale przerażenie czym? Przecież właśnie wspomniałam, że nie ma się czego bać; tylko brnąć przez lekturę. Cóż, nie wynika to z niezrozumienia tekstu, a wręcz przeciwnie. Ze świadomości, o czym się właśnie czyta. Bo jak to tak? Jak to nasza galaktyka Droga Mleczna ma się ku sąsiedniej galaktyce Andromedzie i za cztery miliardy lat one się ze sobą połączą? Ale jak to za pięć miliardów lat słońce wybuchnie? No, jest gwiazdą, dlatego wybuch..ALE JAK TO? Dochodziło do tego, że musiałam odstawić na jakiś czas książkę, aby przemyśleć sprawę. Za wiele wrażeń jak na jedną sesję czytelniczą.

 Ludzkie oczy pozwalają dostrzec kilkaset gwiazd należących do naszej galaktyki, Drogi Mlecznej, oraz ledwie widoczne ślady kilku innych, pobliskich galaktyk. Trzeba jednak wiedzieć, gdzie tych ostatnich szukać!  

I ja wiem, teraz ktoś może pomyśleć, że jakim cudem o tym nie wiedziałam? Poważnie, nie miałam zielonego pojęcia. A ta książka niewątpliwie otworzyła mi oczy na wiele zagadnień. 

Uważam też, że jest świetnie napisana. Przez prawie trzysta stron byłam przekonana, że jest to tak sprytnie i intrygująco napisana lektura o trudnych do pojęcia sprawach, że z całą pewnością będę ją podrzucać znajomym. Autor swoją wiedzę z fizyki wsadził w opowieść i to w dodatku napisaną w narracji drugoosobowej (czyli zwracając się niejako do czytelnika). Genialny zabieg, aby dodatkowo utrzymać uwagę odbiorcy. 

Jeśli by wysłać wiadomość na gwiazdę znajdującej się w Andromedzie (nasza sąsiednia galaktyka), to dotarłaby ona za 2,5 miliona lat.  

Hej! To w takim razie brzmi jak książka idealna! I faktycznie; jak wspomniałam, przez trzysta stron byłam oszołomiona i zachwycona, ale potem - oj potem - przez ostatnich sto kartek zastanawiałam się, czy aby na pewno czytam jedną i tę samą książkę? Stała się monotonna, a przez to nudna. Coraz mniej mnie do niej ciągnęło, co więcej; pod koniec musiałam się zmuszać do czytania. I jak 3/4 przeczytałam w niecały dzień, tak reszta zajęła mi dobrych kilka dni. Pomyślałam, że może straciłam skupienie, więc wróciłam do stu ostatnich stron, ale cóż, było dokładnie tak samo jak za pierwszym razem. Nie wykluczam, że prawdopodobnie nie mam wystarczającej wiedzy, aby hm, ekscytować się tą 1/4 lektury. Jednak mam nadzieję, że rozumiecie moje rozczarowanie. Kiedy czytasz z zapartym tchem, a później próbujesz przebrnąć jakoś do epilogu. Straszny zawód. 

Słońce jest przedstawicielem drugiej albo trzeciej generacji gwiazd. 

Nie zmienia to faktu, że ta książka stała się dla mnie rewolucją w myśleniu. Zawsze, gdy myślałam o wszechświecie, zdawałam sobie sprawę z własnej małostkowości, a po tej lekturze weszło to na wyższy poziom. I ktoś może stwierdzić, że po co o tym myśleć? Jasne, każdy ma prawo do własnego podejścia. Natomiast ja uważam, że zdobywanie wiedzy o wszechświecie jest porządną lekcją pokory, którą każdy powinien nabyć. Chociaż wiem, jak trudne jest zdanie sobie sprawy z tego, że człowiek nie jest centrum wszystkiego. 

Czy polecam? Niewątpliwie tak. Nawet mimo tych męczarni na ostatnich stronach. Myślę, że warto chwycić po tę pozycję, chociażby po to, aby dowiedzieć się, gdzie tak właściwie mieszkamy, a może kim jesteśmy wobec całości, jakie zajmujemy miejsce? W moim przypadku dobry nastrój był obowiązkowy, bo gdybym nie czuła się najlepiej, to obawiam się, że lektura mogłaby mnie dodatkowo przybić. Jak się okazuje, jestem wrażliwa na takie informacje. Jakkolwiek to brzmi. I nie chodzi mi tylko o te negatywne emocje, ale łatwo popadałam podczas lektury w zachwyt. Ogromny zachwyt. Niesamowite zdać sobie sprawę z tego, że jest się częścią (właściwie ziarenkiem) czegoś niezwykłego jak wszechświat. Polecam także robić sobie notatki podczas czytania!

"Wszechświat w twojej dłoni" na pewno jest dla mnie drogą do kolejnych książek o kosmosie.

Droga Mleczna należy do malutkiej grupy 54 galaktyk (są związane grawitacyjnie). Naukowcy nazwali tę grupę "Grupą Lokalną". Największą z nich jest Andromeda, a na drugim miejscu znajduje się Droga Mleczna. 

Niezwykłość nie kończy się na tej książce! Kiedy piszę post, który właśnie czytasz, kanał Everyday Hero (uwielbiam!) dodał odcinek pt.: "Jak wszechświat uczy pokory?". Zachęcam do obejrzenia! 



Ciekawostka na koniec. Autor książki "Wszechświat w twojej dłoni" Christophe Galfard był uczniem Stephena Hawkinga. Na powyższym zdjęciu możecie zobaczyć ich razem. Źródło zdjęcia: Oficjalna strona Dr Christophe'a Galfarda: about me.

Trzymajcie się ciepło i zdrowo, 

Panda Fińsko-Chińska

Aktor musi wiedzieć, co to rozpacz | film Song Lang



Xin chào! 

Styczeń. Piątek wieczór. Jestem świeżo po zajęciach z wietnamskiego. Idąc po wodę, nogi odmawiają mi posłuszeństwa ze względu na to, że czuję się piekielnie zmęczona. W końcu docieram do kuchni, nalewam sobie wodę do szklanki i wtedy - dopiero wtedy - dostrzegam jedno z powiadomień na komórce. "Festiwal Pięciu Smaków. Lunarny Nowy Rok. Filmy. Song Lang"

- Song Lang - powtarzam, bo ten tytuł wydaje mi się dziwnie znajomy. 

Z ciekawości sprawdzam e-maila. Podoba mi się plakat filmu. Czytam opis i z ręką na sercu (tak teatralnie!) zamieram.  

Indonezja. Po drugiej stronie raju | Anna Jaklewicz



Xin chào! 

Musicie wiedzieć, że mam straszny problem z reportażami podróżniczymi. Szczególnie, gdy mowa jest o krajach Azji Południowo-Wschodniej (bo z takimi najczęściej mam do czynienia). Miałam okazję przeczytać chociażby książkę o Malezji "Zakochanych w świecie" czy o Wietnamie Andrzeja Mellera i nie wspominam ich zbyt dobrze. "Indonezja. Po drugiej stronie raju" Anny Jaklewicz jest moją lekturą na studiach, co nie zmienia faktu, że chwytając po nią, byłam - delikatnie pisząc - sceptycznie nastawiona. Bałam się "egzotyzacji" (polecam zapoznać się z podcastem "Tajfunowych przypisów", konkretniej z trzecim odcinkiem. Podcast dostępny jest na spotify, a myślę, że warto, bo otworzył mi oczy), krzywdzących stereotypów czy rozdziałów wypchanych po brzegi opinią autor_ki, aniżeli rzetelną wiedzą. 

Istnieją dwa możliwe powody, dla których publikuję dzisiejszą recenzję: albo reportaż o Indonezji wyjątkowo wyprowadził mnie z równowagi, albo pozytywnie zaskoczył. 

"The magic fish", czyli recenzja komiksu


Wstęp

Xin chào!
Komiks autorstwa Trung Le Nguyen spadł mi z nieba. Szukałam czegoś, co nie tylko pomoże mi dodatkowo poćwiczyć język angielski (no cóż, teraz widzę skutki miesięcy bez szkoły, gdzie miałam ten język aktywnie na co dzień, a nie tylko biernie na Youtubie). Muszę jednak zaznaczyć jedną rzecz - jestem osobą, która uwielbia łączyć naukę z fascynacją, dlatego poszukiwałam czegoś około wietnamskiego. Odnalezienie takiej mieszanki wydawało mi się pestką. Niedługo zajęło mi odkrycie, że to jednak dłuższa i cięższa przeprawa przez Internet. 

Wietnam: "Ròm" | pogadanka


Wstęp i język wietnamski 

Xin chào! 
Czułam obowiązek zakończenia tej festiwalowej serii filmowych recenzji specjalnym tytułem. Właściwie produkcją, przez którą trafiłam w ogóle na festiwal "Pięciu Smaków". Dlatego "Ròm" był dla mnie priorytetem nad priorytetami. Wisienką na torcie. Prawdziwym, wietnamskim rarytasem w przysypanej śniegiem Polsce. Cóż, towarzyszył mi także ostatniego dnia w postaci tejże recenzji, która jest dla moich uczuć szczególna, ale do tego jeszcze przejdę! 

Ciekawostka o języku wietnamskim: nie ma w nim zaimka "ty". Naprawdę. Teraz ktoś może wytrzeszczyć oczy i zapytać, co ja za głupoty wypisuję. Jak w takim razie mam się zwrócić do rozmówcy? Ano, właśnie. Zwracając się do kogoś, nazywamy go/ją starszą siostrą (chị), starszym bratem (anh), ciocia (cô), wujkiem (bác), młodszym bratem (em), babcią (bà), dziadkiem (ông), a do osoby w naszym wieku, np. przyjacielu (bạn). Dla przykładu przedstawię Wam zdanie: 
 Mama kupiła dla mnie jabłka: Mẹ mua cho con quả táo. 
A DOSŁOWNIE: Mama kupiła DZIECKU jabłka. Jest to wyraz szacunku i wydaje mi się to bardzo urocze! 
 


"Ròm" rok produkcji: 2019, reżyseria: Tran Thanh Huy  

Fabuła: Tytułowy, główny bohater Ròm ma dziwną "pracę". Czasem jest bogaczem, a czasem nie ma przy sobie ani grosza. Jednym dniem ludzie go kochają, a drugim mają ochotę go zabić. Poza tym uprzykrza mu się jakiś chłopak, bo rywalizują ze sobą w branży. Czym zajmuje się Ròm? Obstawianiem liczb w loteriach i sprzedawaniem samych losów. 

UWAGA! SPOILERY
Myślę: Zacznijmy od tego, że nią miałam pojęcia, iż w Wietnamie jest spory problem z osobami, które biorą udział w loteriach. Tracą wszystkie pieniądze, zadłużają się u szemranych typów, narażają własną rodzinę, bo może akurat tym razem uda im się wygrać grube pieniądze. I tak w kółko. Nie pomagają w tym chłopcy roznoszący losy, obiecujący, że dziś wygra właśnie ten numer, dokładnie ten, który oni podają. Zabawa trwa. Ludzie tracą pieniądze, a uwielbienie do nich wzrasta. Czy istnieje do takiej mieszanki dobre zakończenie? 

W związku z powyższym Tran Thanh Huy przedstawił niezwykle smutny obraz mieszkańców Sajgonu, którzy zarażają siebie hazardem i popadają w coraz większą obsesję na punkcie loterii. Z tego filmu uderza bieda, cierpienie i uwaga, nadzieja. Nadzieja objawia się w głównym bohaterze (którego, swoją drogą, gra młodszy brat reżysera i moim zdaniem radzi sobie wspaniale). Ròm pragnie odnaleźć swoich rodziców. Pewnego dnia trafia się okazja, aby zrealizować jego marzenie o spotkaniu mamy i taty, dlatego tak zależy mu na znalezieniu szybkiej i łatwej gotówki. Jednak wykorzystywanie uzależnionych ludzi nie jest takie łatwe, jak mu się wydawało. Na jego drodze stoi drugi chłopak - Phúc - , do którego "należał teren". Zatrzymajmy się tutaj na chwilkę. 
Relację Phuca i Roma można porównać do powtarzającej się paraboli. Jeśli widz już myśli, że między chłopakami jest w porządku, a nawet zaczynają się przyjaźnić, to chwilę później zdaje sobie sprawę z własnej naiwności. Myślę, że niewątpliwie tragedią dla bohaterów jest fakt, że absolutnie nikomu nie mogą ufać. Są zdani tylko na siebie w brutalnym środowisku, gdzie każdy musi być egoistą, aby przetrwać. 

Scenariusz jest dynamiczny, nie nudzi, a wciąga od pierwszych minut. Zaopatrzone jest to także w piękne kadry, które pokazują niejako duszność okolicy, w jakiej żyją bohaterowie. Widz zdecydowanie czuje się przytłoczony przez tę część Sajgonu. A również ciekawie prowadzona kamera, która subtelnie oddaje emocje danej sytuacji. Porównałabym to trochę do filmu "Moonlight". Dlatego też "Rom" jest szalenie refleksyjną i emocjonalną pozycją. Ściska serce, kiedy obserwuje się cierpienie głównego, tytułowego bohatera. Jego porażki niemal zmuszały do łez, a gdy udało mu się coś osiągnąć, widz zaczynał mu kibicować z całych sił. Film miałam okazję obejrzeć wraz z siostrą, która ma całkowicie inny gust filmowy ode mnie, a jednak obie przeżywałyśmy seans. Och, niektóre sceny wbijały w fotel!

Czy warto obejrzeć tę wietnamską produkcję? JAK NAJBARDZIEJ! Co więcej, uważam, że jest to najlepszy tytuł, jaki obejrzałam przy okazji Festiwalu. Jest dla mnie strasznie ważny, bo nie tylko wprowadził mnie w świat azjatyckiego festiwalu, wzbudził jeszcze większe zainteresowanie samym Wietnamem, ale przede wszystkim - został w głowie i nie chce stamtąd wyjść! 
Warto zaznaczyć jedną rzecz: zakończenie zostało zmienione. Musiało, ponieważ w innym wypadku reżyser nie mógłby go wypuścić na wietnamski rynek (pamiętajmy, Wietnam to komunistyczny kraj). Nie zmienia to faktu, że kiedy "Rom" w końcu zdobył swoją premierę w ojczyźnie, okazał się prawdziwym hitem. A ja się temu wcale nie dziwię i jeśli miałabym Wam polecić jeden tytuł na święta - byłby to właśnie ten. 

Koniec festiwalowych recenzji 

To, czego nauczyły mnie filmy obejrzane w ciągu ostatnich dni to przede wszystkim - wyrozumiałość. Jaka to była lekcja empatii! Różnorodność poruszanych tematów, kwestii społecznych, problemów sprawiała, że ja jestem wrażliwsza na ludzi. Więcej rozumiem, więcej wiem i jestem przeogromnie wdzięczna za ten niesamowity, filmowy wykład. 
A zapowiedzi przed seansami, które wprowadzały w dany tytuł, aby lepiej go zrozumieć czy same wywiady z reżyserami i reżyserkami przyniosły mi multum szczęścia. Wiem jedno, na pewno za rok również wezmę udział. Choćby jeden dzień! 

Poza tym dobrze mi zrobiło tak intensywne pisanie recenzji. Z jednej strony było to po to, aby móc wkręcić się na nowo w, no właśnie - pisanie recenzji -, a z drugiej zwykła potrzeba podzielenia się bardzo ważnym i cudownym, wydarzeniem w moim życiu, dzięki któremu genialnie kończę 2020 rok. 
Ha! Napiszę więcej! Jestem z siebie szalenie dumna, że udało mi się zrealizować te pięć postów w ciągu około dziewięciu dni. Nie wierzyłam w swoje możliwości, a jednak. Bardzo mnie to cieszy! 
Widzimy się pod koniec tygodnia. Całusy! 

Trzymajcie się ciepło i zdrowo 
Panda Fińsko-Chińska 

Poprzednia festiwalowa pogadanka: "Geran" i "Czasami, czasami" (Malezja) 
Aktualizacja: Na festiwalu Pięciu Smaków obejrzałem:  
4) "Wioska Ohong" (Tajwan) 
5) "Smak phở" (Polska) 
6) "Ròm" (Wietnam) 
7) "Słodko-gorzki" (Japonia) 
10) "Mekong 2030" (Laos) 
11) "Kropla piękna" (Korea Południowa) 
12) "Kulinarne historie: Posiłek na planie" (Tajlandia) 
13) "Kim Ji-young, urodzona w 1982" (Korea Południowa) 
14) "Bestie na krawędzi" (Korea Południowa) 
15) "Szczęściara Chan-sil" (Korea Południowa) 
16) "Córka przeklętej ziemi" (Indonezja) 
17) "Odleżyna" (Korea Południowa) 

źródło zdjęć: imdb

Malezja: "Czasami, czasami" i "Geran" | pogadanka

"Niech świat Cię zmieni, a wtedy Ty zmienisz świat" cytat z filmu "Mekong 2030 (Laos)"
 


Wstęp

Xin chào! 

Dziś kraj, którego jeszcze na Pandzi nie było. Co prawda, Malezja gościła na moich półkach w tym roku, ponieważ miałam okazję przeczytać reportaż o wyjątkowym państwie. "Zakochani w świecie. Malezja" - to książka, która dla takiego laika jak ja, pomogła zapoznać się na podstawowej płaszczyźnie z kulturą czy sytuacją w Malezji. Nie zmienia to faktu, że książki raczej nie polecam, bo zjadłam przy niej więcej nerwów niż się dowiedziałam. Z drugiej strony wydaje mi się, że na polskim rynku - tak, jak w przypadku Wietnamu - lektur o Malezji jest niewiele, a wręcz w ogóle. (Naturalnie, jeśli ktoś ma coś do polecenia, to chętnie przyjmę!). 

 

Mając to na względzie, nic dziwnego, że filmy malezyjskie (a konkretnie; dwa) okazały się moimi pewnikami na festiwalu Pięciu Smaków. Zanim jeszcze jednak do nich przejdziemy, chcę Wam opowiedzieć ciekawostkę. 

Połowa społeczeństwa w Malezji to "mniejszości" narodowe, tzn. głównie Chińczycy czy Hindusi. Co ciekawe, filmy produkowane przez te mniejszości/w języku innym niż malajski przez długi czas nie były uznawane za, no właśnie - malezyjskie. Dopiero w ostatnim czasie zaczęło się to zmieniać. Między innymi jeden z prezentowanych dziś tytułów "Czasami, czasami" jest produkcją w języku mandaryńskim, a sam reżyser ma korzenie chińskie. Jednak film wyraźnie przypisywany jest do Malezji. Ot, taka ciekawostka! 



Filmy


"Czasami, czasami" rok produkcji: 2020, tytuł oryginału: "Yi Shi Yi Shi De" 

Jedna z pierwszych produkcji, jakie obejrzałam na festiwalu. Z jednej strony, chciałam zobaczyć chociaż jeden film z Malezji, a z drugiej - fabuła niezwykle mnie zainteresowała.
Fabuła: Zi Ken skończył szesnaście lat. Myśli o kolejnym etapie w jego edukacyjnej karierze. Dlatego też chciałby się w końcu poczuć jak dorosły człowiek. Zakochuje się. Papuguje przed rówieśnikami teksty, które usłyszał od partnera matki. Samą matkę traktuje, jakby to ona była jego dzieckiem - wypytuje gdzie była, z kim, dlaczego wraca tak późno? Można pomyśleć, że traktuje ją chłodno, jednak okazuje się to jedynie powierzchownym założeniem. 

Myślę:

Powiem tak; od tego filmu nie miałam żadnych oczekiwań. Po prostu włączyłam go pewnego wieczoru po zajęciach z podejściem "niech się dzieje, co chce". Nie mogę ukryć, że przez pierwsze pół godziny zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie. Fabuła wciągała, relacja pomiędzy synem a matką intrygowała, bo, przyznam szczerze, jeszcze czegoś takiego nie widziałam/nie doznałam. Dlatego nic dziwnego, że nie mogłam oderwać wzroku od ekranu, ale potem. Oj, potem napięcie i intryga zaczęły opadać. Dochodziły coraz to nowsze wątki, które nic konkretnego nie wnosiły do historii. W związku z tym, że na niebie księżyc zabawił na dobre, pod kołderką było cieplutko, a film nudny, nudniejszy, to z trudnością udało mi się dotrwać do końca z pełną świadomością. Ale osiągnęłam to i wraz z ulgą po zakończonym seansie, przyszło rozczarowanie, bo "Czasami, czasami" miało w sobie wielki potencjał. Jednak muszę podkreślić, że dla reżysera, a także scenarzysty i aktora grającego główną rolę - Jacky Yeap - było to debiut i nie można napisać, iż okazał się on nieudany. Mimo wszystko, myślę, że warto obejrzeć ten film. Chociażby ze względu na ciekawie wykreowaną postać syna (gwoli ścisłości, którego właśnie zagrał sam reżyser) czy dającą do myślenia relacje między głównymi bohaterami. 

Dobrze, muszę o tym wspomnieć, ale także po to, aby delektować się językiem mandaryńskim! 

Na koniec dodam, że dla Yeapa wielką inspiracją była jego relacja z reżyserką, z którą wcześniej pracował na planach filmowych. 



"Geran" rok produkcji: 2020

Odkąd w lutym zafascynował mnie Bruce Lee i jego filmy, to z chęcią patrzę na produkcje związane ze sztukami walki. Właśnie to uczucie zachęciło mnie do obejrzenia malezyjskiej produkcji o sztuce walki zwanej "silat". Ale podkreślę - jestem totalnym nowicjuszem w temacie filmów akcji. 

Przyznam szczerze, że o silacie pierwszy raz usłyszałam przy okazji omawianego dziś filmu. Jednak dowiedziałam się w zapowiedzi "Geranu", że jest on [silat] znany szerszej publiczności przez indonezyjską serię filmową "The raid". Jeszcze nie miałam okazji zapoznać się z nimi, ale z całą pewnością przyjdzie dzień, kiedy takowy seans sobie zorganizuję, a czemu nie! 
Ostatnia sprawa: silat indonezyjski, a malezyjski różni się następującą kwestią - ten pierwszy jest raczej hm, artystyczny, przypominający taniec, natomiast drugi służy przede wszystkim do walki. A twórcy filmu "Geran" chcieli za pomocą kamery uwiecznić ich regionalną sztukę walki. Co zdecydowanie dodatkowo zachęciło do mnie obejrzenia tego tytułu. 

Fabuła: Mat Arip jest najmłodszym synem z trójki rodzeństwa, jednak to właśnie on przysparza rodzinie najwięcej problemów. Miarka się przebrała, kiedy przez jego długi, siostra, brat i ojciec zostają napadnięci przez okoliczny gang. 

Myślę: 

Powtórzę się, ale to, co najbardziej cenię w Festiwalu Pięciu Smaków to nie tylko fakt, że mogę dowiedzieć się sporo nowych rzeczy o Azji, ale także obejrzeć filmy, które są dla mnie całkowitą nowością i świeżością na ekranie. "Geran" jest produkcją niskobudżetową i to widać, ale absolutnie nie zmienia to faktu, że bawiłam się przy nim bardzo dobrze. Wiadomo, że nie jest tytułem, który po seansie zmusi widza do refleksji nad życiem i społeczeństwem, jednak same przedstawione walki wprawiają widza w zachwyt. Co więcej, nie wiem, czy powinnam to podkreślać, ale jedną z czołowych przedstawicieli silatu w tym filmie to kobieta - Fatimah. Chciałam zwrócić uwagę na tę rolę, ponieważ zawsze, gdy myśli się o tego typu kinie, raczej ma się przed oczami osoby pokroju, nawet wcześniej wspomnianego, Bruce'a Lee. 

"Przyszła prawda i zniknął fałsz. Zaprawdę, fałsz musi zniknąć." 

Po drugie podobały mi się przejścia scen, kiedy Mat Arip wpędzał swoją rodzinę w coraz większe problemy, a w tym samym czasie jego ojciec go bronił, a nawet faworyzował! Moim zdaniem, te momenty zostały umiejętnie pokazane i jasne, drobnostka, ale za to jaka oddziałująca i dodająca głębi całej historii. Plus akcja dwutorowa w tej produkcji sprawia, że jest najzwyczajniej w świecie - ciekawiej.  

Chcę wpis miło zakończyć, dlatego zacytuję Wam, co napisałam, gdy robiłam notatki podczas seansu: "widzę w tym filmie zamiłowanie i pasję do tego, co się robi, może dlatego tak dobrze się to ogląda." Dodam jeszcze, że aktory w "Geran" posługują się językiem malajskim! (którego też miło posłuchać). 

Na koniec: chciałam bardzo wspomnieć o tych filmach, ale musiałam umieścić je w jednym poście, bo nie czułam, że mam wiele do powiedzenia na ich temat. Mam nadzieję, że w porządku się czyta tak krótką formę!
Ściskam Was mocno,
Panda Fińsko-Chińska (i nie tylko!) 

Poprzednia festiwalowa pogadanka: "On podaje rybę, ona woli kwiaty" (Wietnam) 
Aktualizacja: Na dziś, 05.12.2020, jedenaście dni od rozpoczęcia festiwalu, obejrzałem: 
3) "Czasami, czasami" (Malezja) 
4) "Wioska Ohong" (Tajwan) 
5) "Smak phở" (Polska) 
7) "Słodko-gorzki" (Japonia) 
9) "Geran" (Malezja) 
10) "Mekong 2030" (Laos) 
11) "Kropla piękna" (Korea Południowa) 
12) "Kulinarne historie: Posiłek na planie" (Tajlandia) 
13) "Kim Ji-young, urodzona w 1982" (Korea Południowa) 
14) "Bestie na krawędzi" (Korea Południowa) 
15) "Szczęściara Chan-sil" (Korea Południowa) 
16) "Córka przeklętej ziemi" (Indonezja) 

źródła zdjęć: imdb, High on Films, Golden Horse

Wietnam: "On podaje rybę, ona woli kwiaty" | pogadanka


 Wstęp i wietnamski

Xin chào! 

W końcu przyszedł ten dzień, kiedy recenzuję wietnamski tytuł (kolejnego możecie się spodziewać w niedzielę). Przyznam szczerze, że podczas festiwalu to właśnie te wietnamskie produkcje spodobały mi się najbardziej. Przynajmniej do tej pory tak jest, a jeśli coś się zmieni, to na pewno dam Wam znać. 

Ciężko nie wspomnieć o moich studiach, kiedy piszę o Wietnamie. Jak wiecie jestem niedoszłym sinologiem. Finalnie trafiłem na filologię wietnamską, zatem uczę się tego języka od kilku dobrych tygodni. I muszę napisać, że los wiedział, co robi. Naprawdę. Teraz, gdy nad tym myślę, to wydaje mi się, że właśnie takie było moje przeznaczenie. Chociaż wiem, jak głupio to brzmi. 

Fascynuje mnie ten język. Jest przepiękny i co więcej - bardzo poetycki. Zaskakuje mnie jedynie brak na polskim rynku (ale i na tym zagranicznym) książek o Wietnamie/wietnamskich autorów. Ale spokojnie, coś udało mi się wynaleźć, a rezultaty sami będziecie mogli zobaczyć w najbliższym czasie. Reasumując, filologia wietnamska jest wielkim szczęściem i spełnieniem. Cieszę się, że finalnie brnę w tym kierunku. Ba! Już mam kilka pomysłów na przyszłość (chociażby na reportaże!), ale to wciąż jedynie marzenia. W każdym razie chcę ku nim dzielnie brnąć. 

Swoją drogą, nadal nigdy nie byłem w Poznaniu. O ironio, studiuję tam, ale bladego pojęcia nie mam, jak wygląda to miasto. Trzymam się myśli, że i tak mnie to nie ominie! Jak się pewnie można też domyślić, matury jednak nie poprawiam. Jestem w niebie, będąc w tym miejscu. A jeśli już o niebie mowa: 

Ciekawostka o języku wietnamskim: to, co moim zdaniem, wyróżnia język wietnamski, to piękne, a czasami dziwne słowotwórstwo. Popatrzcie: chân - noga, trời - niebo, ale gdy połączymy te słowa: "chân trời" otrzymamy słowo "horyzont", czyli nogą nieba jest horyzont

Niesamowite jest też połączenie słów: mặt - twarz i znowu trời - niebo. Co może być twarzą nieba? Ano, "mặt trời" oznacza "słońce". Kiedy omawialiśmy to z profesorem, to nie mogłem się nadziwić, jak szalenie urocze to jest. 

Jednak napisałem także, że "suma" słów może być czasem dziwna, np. dưa - "arbuzowate", a chuột - mysz, aczkolwiek "dưa chuột" to, uwaga, werble, "ogórek". 

Tak, arbuzowata mysz to ogórek. Więcej ciekawostek w przyszłych postach, bo jest o czym opowiadać, oj jest! 


Trochę o samym filmie

Przejdźmy teraz do filmu, a właściwie jednego z odcinków serialu "Kulinarne historie" wyprodukowanego przez HBO. Każdy z odcinków nagrali różni reżyserowie z różnych krajów. "On podaje rybę, ona woli kwiaty" (Chàng Dâng Cá, Nàng Ăn Hoa) to 52 minuty niezwykle sensualnego kina w reżyserii Phan Đăng Di, z którym miałem przyjemność spotkać się miesiąc temu przy okazji filmu "Ojciec, syn i inne historie". Nie zrobił on wtedy na mnie wielkiego wrażenia, ale nie dało mu się odmówić oryginalności. Podobnie jest w przypadku tejże produkcji.

Fabuła: film to przede wszystkim niesamowite doznania artystyczne połączone z wyjątkową kuchnią wietnamską. Reżyser skupił się na daniach rybnych, w których specjalistą okazał się jeden z głównych bohaterów - Thang. Co więcej, właśnie za pomocą wybornych dań chce dotrzeć do serca pewnej, starszej nieco od niego kobiety. Jednak okazuje się to trudniejsze niż spodziewał się tego kucharz... Kobieta jego marzeń preferuje kuchnię wegetariańską. Tutaj zaczyna się problem. 


UWAGA, SPOILERY! Myślę: 

Trzeba napisać jedno: film zbiera raczej kiepskie oceny na filmwebie (na ten moment jest to średnia 5,7), jednak to mi tylko pokazuje, że nie zawsze można sugerować się tą stroną. Otóż, ode mnie "On podaje rybę, ona woli kwiaty" (za każdym razem, gdy przytaczam ten tytuł to nie mogę się nadziwić, jaki jest piękny) to mocne 8/10. Kadry, minimalizm (okna w mieszkaniu głównej bohaterki są inspirowane obrazami Mondriana, co dodaje tylko smaku), cudowne połączenia kolorystyczne, które same zapewniłyby mi pozytywne wrażenia z seansu. Mogłabym wyłączyć dźwięk i nadal - film zrobiłby na mnie wrażenie. 

Sama historia jest niezwykle ciekawa. Opowiadając znajomym o tym filmie, wszyscy powtarzali, że przecież motyw łączenia jedzenia z miłością jest bardzo popularny. Cóż, ja z nim nie miałam jeszcze do czynienia, dlatego może tytuł okazał się dla mnie odkrywczy. Poza tym, "ona woli kwiaty" - myślałam, że te słowa odnoszą się do tego, że bohaterka od jedzenia wolałaby dostać zjawiskowe kwiaty, aby móc je położyć na stoliku w salonie. A tu klops - woli kwiaty, owszem, ale do spożycia. A i właśnie, dowiedziałam się, że kwiaty są powszechnym składnikiem wielu dań wietnamskich. Czy to nie jest cudowne? Mnie to momentalnie zauroczyło! Co prawda, dziad ze mnie straszny, bo w życiu nie zjadłam nic z wietnamskiej kuchni (jak np. sajgonki czy zupkę phở), ale mam już wypatrzone kilka książek o kuchni z omawianego kraju, między innymi "Vegetarian Vietnam". Trochę jest to marzenie absurdalne, bo jestem absolutnie beznadziejnym kucharzem, który próbował już wiele razy swoich sił w upichceniu czegoś dobrego, ale w końcu - próba nie strzelba. 

Jest to także niezwykle sensualne kino. Uprzedzam także, że nie trzeba się bać o to, czy zostały tutaj powielone stereotypy związane z płcią. Co prawda, reżyser Phan Đăng Di zaprzecza w wywiadzie dla Pięciu Smaków, że chciał w filmie przekazać lub poprzeć feminizm, jednak kto zabroni nam film interpretować na własny sposób? Bo nie ukrywam, że przez większość seansu miałam w głowie myśl, że twórcy produkcji specjalnie odwrócili stereotypowe postrzeganie kobiety i mężczyzny w podobnych gatunkach literackich czy filmowych. Dla samego tego aspektu warto zobaczyć "On podaje rybę, ona woli kwiaty". 

Na koniec chciałabym Was zachęcić do obejrzenia powyższego traileru na Youtubie. Nie trwa długo, bo ponad 30 sekund, ale ja gdy go włączyłam, miałam gęsia skórkę. Na pewno wrócę do tej produkcji któregoś dnia (może będę wtedy rozumieć wszystko i nie potrzebować napisów? do tego dążę!), a reżysera z całą pewnością będę śledzić, chociaż nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, ale o tym opowiem szerzej, gdy będę mieć więcej do powiedzenia. W końcu nadal są przede mną niektóre z jego produkcji. 

Moi Drodzy, mam nadzieję, że ciekawostki z języka wietnamskiego okażą się dla Was interesujące, bo nie ukrywam, że poetyckość tego języka robi na mnie spore wrażenie! 

Trzymajcie się zdrowo i ciepło. Do usłyszenia na dniach,
Panda Fińsko-Chińska (a może przede wszystkim wietnamska?)

Poprzednia festiwalowa pogadanka: "Córki" (Japonia)
Aktualizacja: Na dziś, 02.12.2020, osiem dni od rozpoczęcia festiwalu, obejrzałem: 
2) "Kulinarne historie: on podaje rybę, ona woli kwiaty" (Wietnam) 
3) "Czasami, czasami" (Malezja) 
4) "Wioska Ohong" (Tajwan) 
5) "Smak phở" (Polska) 
6) "Ròm" (Wietnam) 
7) "Słodko-gorzki" (Japonia) 
9) "Geran" (Malezja) 
10) "Mekong 2030" (Laos) 
11) "Kropla piękna" (Korea Południowa) 
źródło zdjęcia: imdb

Japonia: "Córki" | pogadanka

Wstęp

Xin chào! 
Dziś miała pojawić się recenzja jednego z wietnamskich tytułów, jednak musi on jeszcze chwilkę poczekać, bowiem w sobotni poranek, kiedy posprzątałam w kuchni, stwierdziłam, że w ramach odpoczynku od nauki, obowiązków domowych i własnych myśli - włączę sobie pewien japoński tytuł. A zwrócił on moją uwagę na festiwalu przez zdjęcie okładkowe (poniżej). Jest przepiękne i na tle pozostałych filmów wyróżnia się. 
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. 

Hongkong: "Suk suk" | pogadanka


Wstęp: 

23.11.2020r. 
Xin chào! 
Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku! Wracam dziś z wyjątkową wiadomością. Biorę udział w festiwalu Pięciu Smaków (trwa od 25 listopada do 6 grudnia), czyli azjatyckiego kina! Trafiłem na to wydarzenie całkowicie przypadkowo - szukając wietnamskich filmów. Na samym festiwalu są dwa tytuły wyreżyserowane właśnie przez wietnamskich reżyserów ("Ròm" i "Kulinarne historie: On podaje rybę, ona woli kwiaty"). Później zacząłem przeglądać inne produkcje i grzechem byłoby nie wykupić karnetu! 

Dlatego zdecydowałem się na recenzowanie obejrzanych przeze mnie tytułów, a przynajmniej części z nich. Tak, będę nadrabiać zaległości. Oczywiście, w ramach recenzowanych filmów, opowiem także o moich studiach (spoiler: filologia wietnamska okazała się przeznaczeniem i miłością). 
Chcę wrócić do recenzowania i takowy festiwal spadł mi wręcz z nieba! 

Zapraszam do zapoznania się z pierwszą opinią i widzimy się na dniach!


Trochę o samym filmie i fabule: 

Niesamowite na samym festiwalu są również wywiady z reżyserami. Jeden z nich przeprowadzono właśnie z reżyserem "Suk suk", czyli Ray'em Yeungiem. Chcę napisać o dwóch rzeczach, o których powiedział. Po pierwsze: szukanie aktorów do tego filmu zajęło prawie rok, ponieważ ciężko o starszych mężczyzn (ci, którzy finalnie zagrali mają po 65-70 lat) chętnych do zagrania gejów. Ray wspomina, że jeśli już ktoś się zgodził zagrać, to odmawiał np. pocałowania drugiego mężczyzny albo trzymania się za rękę. Dlatego też poszukiwania zajęły, ile zajęły. Po drugie: reżyser miał spotkanie w jednym z liceów w Hongkongu odnośnie najnowszego filmu i wydało mi się to genialne (z jednej strony - niestety), że mógł wziąć udział w czymś takim, bo niewyobrażalnym jest dla mnie, aby coś takiego wydarzyło się w polskiej szkole. 

Dodam jeszcze, że "Suk suk" oznacza wujka, ale tym słowem zwraca się również do obcych mężczyzn, którym chce się okazać w pewien sposób szacunek. 

Fabuła: Hoi wychował samotnie syna, odszedł na emeryturę. Pak nadal jest taksówkarzem, prowadzi spokojne życie u boku żony i dwójki dzieci, i ukochanej wnuczki. Wydawałoby się, że już są spełnionymi osobami, niczego więcej do szczęścia im nie trzeba - tylko odpoczywać i cieszyć się rodziną. Jednak okazuje się, że ich spotkanie wywróci tę monotonną codzienność o 180 stopni. 

UWAGA, SPOILERY. Myślę: 

Nie będę ukrywać, że na ten tytuł szczególnie czekałam, dlatego nic dziwnego, ze festiwal zaczęłam właśnie od "Suk suk". Zaintrygowało mnie to, że mało jest (a przynajmniej ja nie obejrzałam wiele) filmów o miłości, a może samej potrzebie bycia kochanym, starszych ludzi. Poza tym - sam fakt, że akcja rozgrywa się w Hongkongu było niezwykle kuszące. 

Ten film jest oksymoronem, ponieważ moją pierwszą myślą po zakończeniu seansu było - "spokojny chaos". Spokojny, bo chemia między głównymi bohaterami, czułostki, delikatności dawały mi pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa i sielankowości,  a z drugiej strony - ta konieczność ukrywania siebie, swojej miłości przed całym światem była dla mnie dewastująca. "Suk suk" to historia opowiedziana drobnostkami, które widz musi wyłapywać, aby seans wzbudził emocje. Jest lekcją wyrozumiałości dla drugiego człowieka. Dlatego szczerze zazdroszczę licealistom z Hongkongu, którzy mieli okazje spotkać się z reżyserem, a moim marzeniem jest, aby i Ci polscy mieli któregoś dnia okazję na tego typu wydarzenia we własnych szkołach. 

Poza tym film obrazuje również stosunek tradycji i rodziców (swoją drogą, nie tylko azjatyckich!) do małżeństw, pozycji kobiety i mężczyzny w rodzinie, co jest przerażające i przede wszystkim - przeraźliwie smutne. Córka głównego bohatera - Paka, wychodzi za mąż. Przyprowadza rodzicom swojego przyszłego męża, z czego jej mama się cieszy, no bo w końcu córka już do najmłodszych nie należy, zatem "wypadałoby" jej wziąć ślub. Niestety, okazuje się, że takowy wybranek jest młodszy od narzeczonej, ale w dodatku nie ma pieniędzy na to, aby zorganizować wielkie wesele. Co zdaniem matki, jest bulwersujące i nie do pomyślenia. 
I właśnie - są to postaci poboczne, ale jakże dobrze budują one tło głównego bohatera! Pokazują nieszczęśliwą żonę czy problemy córki, która myśli, że tata woli jej brata niż ją. A w tym całym garnku emocjonalnych dewastacji - on, nasz bohater. Ja, jako widz, miałem ochotę ich zmusić do szczerej, otwartej rozmowy, aby mogli siebie nawzajem wysłuchać i wyrzucić to, co im leżało na sercu. Tego ewidentnie brakowało, ale da się to także wyczuć po drugiej stronie skrytego i subtelnego romansu. 

Hoi sam wychował syna, który jest bardzo religijny i chrześcijańskie tradycje chce przekazać córce, a wnuczce Hoi'a. Razem z żoną chodzą regularnie na msze. Zachęca do tego również swojego ojca. Powiedział on (syn) coś, co utkwiło mi w pamięci: "chciałbym cię odnaleźć po śmierci." - w ten sposób pragnął tatę przekonać do nawrócenia. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli chodzi o tę relację, to była ona pełna, znowuż!, niedomówień. Z drugiej strony, zastanawiając się nad tym po seansie, to niesamowite, ile emocji, myśli i wszystkiego kryjemy przed innymi ludźmi, a właściwie - najbliższymi. 
Chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawsze jest to łatwe zadanie. Tak, jak w przypadku bohaterów pięknego "Suk, suk". 


Na koniec: jeśli kogoś nie przekonuje strona psychologiczna i społeczna w filmie, to może skusi się na przepiękne zdjęcia i jedynego w swoim rodzaju urok Hongkongu? 
Wiem, że mogłem zdradzić sporo z fabuły, ale uwierzcie mi, ten film porusza mnóstwo problemów, z którymi muszą się borykać postacie na ekranie, jednak także, i miejmy to z tyłu głowy, prawdziwi, realni ludzie. Otóż właśnie, inspiracją dla reżysera do tego filmu była  książka "Oral Histories of Older Gay Men in HongKong". Jest to właściwie zbiór wywiadów, którego nie miałem okazji przeczytać (jeszcze!), jednak "Suk suk" z całą pewnością zachęcił mnie do tej lektury. 

O przyszłych recenzjach: bardzo chcę zalać Pandzię festiwalowymi recenzjami, dlatego proszę, trzymajcie za mnie kciuki, aby się udało! 
Dużo dobrego Wam życzę! 

Aktualizacja: Na dziś, 27.11.2020, trzy dni od rozpoczęcia festiwalu obejrzałem: 
1) "Suk suk" (Hongkong) 
2) "Kulinarne historie: on podaje rybę, ona woli kwiaty" (Wietnam) 
3) "Czasami, czasami" (Malezja) 
4) "Wioska Ohong" (Tajwan) 
5) "Smak phở" (Polska) 
6) "Ròm" (Wietnam) 
7) "Słodko-gorzki" (Japonia) 

    źródła zdjęć: MediumNewbloommag

Hurt & Comfort | Weronika Łodyga


Wstęp

 Xin chào!

Dziś krótko, ale konkretnie. 

Śledzę sporo kanałów na Youtube związanych z książkami, co pozwala mi być w miarę na bieżąco z nowymi tytułami na polskim rynku. Mimo to, o "Hurt & Comfort" dowiedziałam się, przeglądając jeden z Instagramów. Od razu w oczy rzuciła mi się okładka, która jest bardzo minimalistyczna, a przy tym przepiękna w swojej kolorystyce. Nic więc dziwnego, że chciałam wiedzieć o niej więcej, dlatego też poczytałam, dowiedziałam się, o czym jest, jednak w tamtym momencie stwierdziłam, że jeszcze nie, nie zamawiam tego. Poczekam. 
Dosłownie dzień później zobaczyłam ją na zaufanym dla mnie Instagramie (tzn. jeśli ta osoba poleci dany tytuł, to w 90% spodoba mi się) i w tejże recenzji debiut Weroniki Łodygi był niezwykle zachwalany. Ba! Poleciało tyle superlatywów, że więcej nie trzeba było, abym złożyła książkowe zamówienie. Żadnego czekania! 

Zaczytana i bestia | Ashley Poston



Dzień dobry, 早安, hyvää huomenta, a teraz także - xin chào!

"Zaczytana i bestia" to, jak się domyślacie, retelling "Pięknej i Bestii", a zarazem trzecia książka Ashley Poston. Tworzą one uniwersum Starfield, czyli coś podobnego do naszych Star Wars, i właśnie to łączy wszystkie tytuły napisane przez panią Poston. Zatem w głowie może się pojawić pytanie, czy należy zacząć od konkretnej książki (tzn. "Geekerella", która nawiązuje do Kopciuszka oraz baśń o Księciu i żebraku jako "Księżniczka i fangirl")? Otóż, moja odpowiedź brzmi - nie, nie trzeba. Śmiało można chwytać chociażby po tę część bez znajomości poprzednich tytułów! 


Słów kilka o tym, jak ją zdobyłam 

Słyszałam o niej dużo, bo na bookstargramie czy booktubie pojawiało się recenzji tyle, co grzybów po deszczu, ale nie miałam w planach zamawiać jej, bo listę i tak miałam zapełnioną innymi książkami. Ale! Come.book zorganizowała rozdanie, w którym można było wygrać "Zaczytaną i Bestię", więc myślę sobie, czemu nie? A temat był fajny, bo należało napisać o naszej ulubionej animacji i dlaczego akurat ona jest dla nas specjalna (ja wybrałam "Mulan"!). Udało mi się, dostałam ją, przyszła, przeczytałam i teraz chcę wypowiedzieć się o niej krótko. 
Dlatego pozwolę sobie przytoczyć słowa, które pozwoliły mi zapoznać się z omawianym tytułem! 


Mulan okazała się moim podświadomym marzeniem, który miałam odkryć dopiero w liceum. (Wcale nie chodzi o to, żeby latać z mieczem po wsi, ale kto tam wie.) Nie umiałam czytać, babcia zawiązywała mi sznurówki, a już wtedy "Mulan" mogłabym spokojnie recytować. Podziwiałam w niej wszystko; począwszy od odwagi. Ale później - po prostu odeszła w zapomnienie, co było totalnie naturalne. A jeszcze naturalniejszym wydaje mi się fakt, że od trzech lat marzę o tym, aby zostać sinologiem. Może naiwnie, ale wierzę w to, że już będąc brzdącem chińska kultura przylegała do mnie, fascynowała i została mi pisana, bo nic nie sprawia mi tyle radości, co czytanie o tym odległym kraju. Dlatego "Mulan" jest moim symbolem przeznaczenia, a kiedy moje samopoczucie to dno, oglądanie tejże animacji ma mi przypominać, do czego dążę. Jest mi potrzebna szczególnie w obecnym czasie, czekając na wyniki matur, na ogłoszenie, na jakie studia się dostałam i czy będę mogła na nich rozwijać swoje zamiłowanie. Mulan jest też skrzydłami, jakkolwiek trywialnie to brzmi.

Co prawda, na sinologię muszę jeszcze poczekać, ale nie ukrywam, że ważny jest dla mnie ten tekst, dlatego chcę go na Pandzi na pamiątkę! 

W każdym razie, zapraszam już do recenzji. ☺ 

Fabuła

Książka ma narrację dwutorową. Z jednej strony poznajemy Rosie Thorne, która jest totalnym nerdem i introwertykiem. Jednak pewnego dnia jej przyjaciele - Quinn i Annie - zabierają ją na konwent, gdzie nastolatka poznaje tajemniczego cosplayera. Momentalnie między nimi zaczyna iskrzyć, ale następnego dnia słuch po nim ginie, a ona nawet nie zapytała o jego imię, a co dopiero o jakikolwiek kontakt. Dlatego zmuszona jest o nim zapomnieć. 

Z drugiej strony poznajemy Vance, czyli siedemnastolatka, który jest wielką gwiazdą filmową. Jego ojczym jest szefem wytwórni Starfield, a z mamą nie ma najlepszego kontaktu. Ma jej za złe wiele rzeczy, jak np. to, że kiedy wybuchnął skandal z nim na czele, ona nie zrobiła nic w jego obronie, aby zatrzymać ojczyma przed wysłaniem Vance'a na odludzie. Tam chłopak musi spędzić kilka tygodni z jego managerem Eliasem , aż do czasu ukończenia osiemnastego roku życia. 
Nie spodziewa się, że przez absurdalny splot wydarzeń, pozna Rosie Thorne, która de facto, posiada jego plakat nad łóżkiem. 

No i, co myślę? 

Ciężko nie zacząć od wizualnej strony, bo wydana została po prostu bajecznie. Kiedy tylko przypomnę sobie o tej książce, to muszą ją wziąć w ręce i jeszcze raz - przyjrzeć się jej. Tytuł na przodzie okładki czy z boku jest holograficzny, co z pewnością wyróżnia się na tle innych wydań na mojej półce. Poza tym, rysunki na początkowych stronach były miłym zaskoczeniem. W związku z tym, wydawnictwo dostaje ode mnie 6+ za możliwość nacieszenia oka! 

Nie wiem dlaczego, ale ciągnie mnie do młodzieżówek w ostatnich miesiącach. Tę książkę super mi się czytało po pracy. Byłam zmęczona po całym dniu, a mimo wszystko, okrywałam się kocykiem w salonie, robiłam sobie herbatkę i mogłam się skupić na historii, bo nie jest ona wymagająca. Przeczytałam ją w ciągu trzech dni, ale! Myślę, że gdyby mnie bardziej wciągnęła, to spokojnie wystarczyłby dzień, aby się z nią zapoznać w całości. No właśnie, gdyby tylko historia mnie zaangażowała. 
Dużo nad nią myślałam, aby dobrze przekazać moje uczucia względem niej i dochodzę do jednego wniosku. Gdyby akcja skupiałaby się na pobocznych bohaterach, a nie głównych - to bardziej by mnie to zaangażowało. Nie mogę ukryć, że Vance i Rosie działali mi na nerwy, napiszę to wprost, bez żadnych eufemizmów. Pojawiały się przebłyski, kiedy byli jeszcze do przetrwania, np. scena w szopie, ona była akurat urocza! Aczkolwiek nadal nie zmienia to tego, że chętniej poczytałabym o tacie głównej bohaterki (którego jej przyjaciele nazywali "Kosmicznym tatą", co mnie urzekło, jak cała jego osoba), bo to właśnie na akcje z nim wyczekiwałam. 
Historia jest przewidywalna, ale wcale nie ujmuje to książce. Czasami takie rzeczy są potrzebne, nie zawsze trzeba czytać wybitnych tytułów i w żaden sposób nie jest to gorsze/lepsze. Mimo to, cieszyłam się przy ostatnich stronach. Nie tym, jak zakończyły się losy Rosie i Vance'a, ale że w ogóle dobrnęłam do końca. 

O czymś jednak muszę jeszcze wspomnieć. Jestem wrażliwa na pewne kwestie i tematy. Dlatego, gdy zobaczyłam, że tłumaczka wprowadziła czasowniki w formie "zaczęłobym", "powiedziołom", itd. to przyklasnęłam. Już tłumaczę. W języku polskim jest niemały problem z zaimkami dla osób niebinarnych. W języku angielskim używa się zaimków they/them. A w "Zaczytanej i Bestii" to Quinn jest takim człowiekiem, więc jestem naprawdę zadowolona, że tłumaczka nie poszła na łatwiznę. I jasne, są to normalne rzeczy, które nie powinny robić wrażenia, a mimo to, nie spotkałam się jeszcze w literaturze po polsku z przytoczonym przeze mnie zabiegiem. 

Z przykrością muszę skończyć tę recenzję, ale nie jestem zachwycona najnowszą pozycją od Ashley Poston. Jasne, jest dobra do poczytania po męczącym dniu, ale nie uważam, aby to była najlepsza młodzieżówka, jaką przeczytałam w swoim życiu. Co więcej, raczej musiałam się do niej zmuszać niż faktycznie czerpać radość z czytania. Ale wciąż - wygląda przepięknie na półce! 
Nie polecam, niestety, jednak jestem wdzięczna za możliwość zaspokojenia mojej ciekawości. 


Na koniec - chwalę się ostatnim, lalkowym zakupem. Tym razem V z Mattela, który wygląda po prostu cudowanie i w dodatku ma na sobie ciuchy, jakie sama chętnie założyłabym. Dlatego też, mam kolejnego, pięknego towarzysza na biurku! 

sách - książka
búp bê - lalka

Wszystkie zakładki, które widoczne są na zdjęciu, są autorstwa spells.book i uwielbiam je! 

Ściskam Was ciepło, 
Panda Fińsko-Chińska (i wietnamska, a co!)

Recenzja koreańskiej dramy: Wise Prison Life

"I hope the exit is joyful. And I hope never to return." Frida Kahlo

Znane też jako: "Prison Playbook", "Seulgiroun Gamppangsaenghwal" lub "Smart Prison Living"  
Reżyseria: Shin Won Ho 
Scenariusz: Jung Bo Hoon, Lee Woo Jung  

Dzień dobry wszystkim 大家好

Coś o tych dramach 

Uwielbiam dramy. Przygoda z nimi zaczęła się u mnie na początku pierwszej klasy liceum, czyli około trzy lata temu. Zarywałam wtedy noce dla tajskich dram, bo to właśnie one rozpoczęły śnieżną kulę miłości do azjatyckich seriali. Później przeniosłam się nieco na chińskie i tajwańskie tytuły, a w ostatnich tygodniach kręcę się wokół tych koreańskich. I dziś jedną z nich do Was przychodzę. 

Problem trzech ciał | Cixin Liu


Dzień dobry wszystkim! 
Dziś przychodzę z książką, na którą polowałam od dobrych kilku miesięcy, ale albo odnajdywałam ciekawsze pozycje, albo po prostu - zapominałam o niej. Aż pewnego, cudownego, chyba kwietniowego dnia znalazłam ją przypadkiem po takiej taniości, że szkoda było nie wziąć. No to wzięłam, przeczytałam i chcę napisać kilka słów o niej, bo wydaje mi się, że jest warta uwagi. 
"Problem trzech ciał" zrobił wokół siebie dużo szumu m.in. w Stanach Zjednoczonych. Ja przeczytawszy słowa "chińska fantastyka", wiedziałam, że ta granatowa okładka prędzej czy później trafi na moją półkę. Dopiero kiedy do mnie dotarła i zapoznałam się lepiej z tematem, to nie ukrywam, nieco się zniechęciłam. Książka jest z gatunku science fiction, z którym nigdy nie było mi po drodze. Ale, mleko się rozlało, a "Problem trzech ciał" uśmiechał się do mnie codziennie z biurka, więc trochę z obowiązku, trochę z ciekawości, zaczęłam czytać.